poniedziałek, 23 marca 2015

Ciało jako świątynia



"There is no place of pilgrimage as fabulous and as open as this body of mine, no place more worth exploring" - Saraha 

Przez ponad siedem lat mojej praktyki nigdy nie przepadałem za medytacją z zamkniętymi oczami. Mój umysł niemal natychmiast odpływał i pogrążał się w nijakiej, ciemnej nieświadomości zaludnionej wspomnieniami i myślami. Celem mojej medytacji - wówczas wewnętrznie podzielonej - był odwrót od tej sfery, którą oskarżałem o sabotowanie mojej uważności. Dlatego zdecydowanie wolałem medytować z otwartymi oczami, co na początku przychodziło z trudem, potrzeba bowiem czasu, żeby przyzwyczaić oczy do nieruchomego wpatrywania się przed siebie. Pojawia się przykre wrażenie "łopotania" wzroku, które wynika z ogniskowania uwagi na nieruchomym widoku.  

Czasami podczas medytacji z otwartymi oczami pojawiało się we mnie wrażenie, jakobym się w coś zagłębiał. Bardzo dokładnie pamiętam parę takich przypadków, i niemal wszystkie z nich miały miejsce podczas formalnych praktyk lub odosobnień wypełnionych intensywną praktyką; pamiętam np. jak patrzyłem na dzwon, przy którym akurat przypadło mi miejsce do siedzenia. Wówczas właśnie pojawiło się wrażenie zagłębiania, któremu towarzyszyło rozmycie wzroku i poczucie bycia "w środku". Z czasem zauważyłem także, że refleksja "o, co to jest?" natychmiast rozprasza ten subtelny stan. Dopiero niedawno udało mi się go zrozumieć.

Medytacja z otwartymi oczami posiada bardzo ważną funkcję. Wyprowadza ona uwagę poza ciało i pozwala jej spocząć na neutralnych zjawiskach, szczególnie na dźwiękach. Nasze wzrokocentryczne społeczeństwo potrzebuje dźwięków; i to nie muzyki, ale naturalnych soundscape'ów jako rodzaju antidotum. Neutralność i efemeryczność dźwięków jest jak strumień, w którym można obmyć i orzeźwić uwagę. Generalnie, zewnętrzna sfera dźwięków, jako naturalnie istniejąca poza sprawstwem ego jest dobrym punktem wyjścia do medytacji nieruchomej. Umysł wie, że nie może nic zrobić z tym, czego doświadcza, a przez to bezwiednie puszcza /let go/. Początki praktyki ch'an to zatem parusekundowe momenty spoczęcia w lejących się dźwiękach ulicy czy przyrody, a potem gwałtowne wessania w myślący umysł, ponowne wyłonienie się, słuchanie, wessanie, i tak w kółko.

Wrażenie zagłębiania, o którym pisałem wyżej wynika z przeniesienia uwagi do wnętrza własnego ciała. Długotrwałe spoczywanie w tym stanie wymaga jednak zjednoczenia uwagi; roztopienia sztucznej relacji, w której istnieje ktoś uważny i kierunek uwagi, a także jej obiekt. Być może właśnie to roztrojenie jest przyczyną nieustannego rozpraszania się w pierwszych latach praktyki; człowiek zaślepia swoje ciało, w celu ukierunkowania uwagi na zewnątrz. Dlatego uwagę trzeba nieustannie odnawiać, co dzieje się po spostrzeżeniu, że została ona utracona. 

Roztopienie relacji uważnego podmiotu i uwagi ukierunkowanej w jakąś stronę staje się możliwe wraz z roztopieniem samego ego. W bezpośrednim doświadczeniu ego jest wielką ciemną plamą, która uniemożliwia żywe obserwowanie życia własnego wnętrza, czyli dokładnie ciała. Innymi słowy, musimy wyślepić jakąś część doświadczenia, aby usytuować tam samych siebie. To wyślepienie jest "ślepą plamką", tylnymi drzwiami, przez które zachodzą nas od tyłu myśli i wyobrażenia, których staramy się "pozbyć" podczas medytacji na rzecz uważności. Cały ten układ jest jednym wielkim przystankiem na drodze duchowego rozwoju. W końcu, na skutek rafinowania własnego doświadczenia musi on ulec roztopieniu, aby praktyka mogła rozwijać się dalej. 

A teraz chciałbym bardziej syntetycznie odnieść się do tego, co napisałem wyżej. Dlaczego początkującym praktykom odradza się medytowanie z zamkniętymi oczami? Wyłączenie tak ważnego zmysłu w naszej wzrokocentrycznej kulturze prowadzi do naturalnego skierowania uwagi do wewnątrz. Problem początkującego tkwi w tym, że jego niezadbane wnętrze jest wypełnione chaosem nerwowych myśli i emocji (które chińczycy zwą nian (粘)), co w buddyźmie określane jest jako papañca. Przytaczam poniżej dwie definicje papanczy, jedną autorstwa Lusthausa (bardziej naukową), drugą zaś autorstwa bhikku Nanamoli, bardziej dosadną: 

"[papañca to] psycho-lingwistyczne namnażanie kognitywno-wolicjonalnych projekcji na doświadczenie; lub lingwistyczny 'nadmiar' odpowiedzialny za i wynikający z mylenia interpretacji z 'rzeczywistością'”



„[papañca jest] skłonnością wyobraźni (...) do erupcji w postaci zalewu mentalnego komentarza, który zaciemnia nagie dane postrzegania"


To zachwarzone czy zaniedbane wnętrze, jak już pisałem, nie jest jednak "umysłem", klasycznym już - i niezrozumiałym, bo niemożliwym do uchwycenia (oczyść swój umysł!) - buddemem lecz po prostu ciałem. Mówiąc inaczej to, co określane jest jako umysł w przeróżnych dyskursach duchowych jest ciałem. Ciało i umysł istnieją w sprzecznie samotożsamej relacji, którą można nazwać dwójjednością. Czy jeszcze innymi słowy: droga do umysłu wiedzie poprzez ciało, ponieważ zawsze trzeba dojść do niego >>poprzez<< coś innego, ponieważ bezpośredni akces oznacza natychmiastowe pogrążenie się w myślach. Myśli przecież nie są umysłem, lecz jego tworami. Umysłu jako takiego nie da się wskazać bezpośrednio; można go tylko sfabrykować i retroaktywnie* podstawić pod własne doświadczenie. A to wszystko niepotrzebnie i bez sensu. 

Kwestia jest tak perwersyjna, że większość buddyjskich dyskursów zabrnęło na metafizyczne manowce tworząc z umysłu bożka, który jest "naturą rzeczywistości", pisany z dużej litery, etc. (przy okazji, słowo "umysł" mające tłumaczyć citta albo xin jest błędem translatorskim dokonanym przez niemieckich religioznawców) Taki konstrukt to ciało obce w żywej tkance doświadczenia; nikt bowiem nie może wskazać i rozpoznać umysłu, zaś stwierdzenie, jakoby "umysł był przestrzenią" dodaje przestrzeni niepotrzebną cechę współkonstytuującą, jaką ma być rzekomo jej bycie umysłem. 

Porzućmy te wygibasy: w konkretnym doświadczeniu umysł jest ciałem. Dojście do tego doświadczenia nazwałem sobie Ocieleśnieniem. Podążając za perspektywą R. Raya, oświecenie to całkowite i pełne ucieleśnienie /enbodiment/. Wątek ten rozwinę jeszcze niżej. Medytacja z zamkniętymi oczami jest swoistym papierkiem lakmusowym poziomu osobistego ucieleśnienia. Jeżeli zamykasz oczy w medytacji i zaczynasz odpływać, oznacza to, że ciało jest wciąż zbyt mocno zasnute mgłami niewiedzy i ucieleśnione postrzeganie jest niemożliwe. Jeżeli natomiast po zamknięciu oczu jesteś w stanie - w mniej lub bardziej jasny sposób - doświadczyć przezroczystości własnego ciała, praktyka z zamkniętymi oczami otwiera na zupełnie nowy wymiar postrzegania. Przezroczystość ciała oznacza, że uwaga /awareness/ prześwietla je i może spocząć w jakiejś części ciała od wewnątrz, np. w stopach, a przez to zintensyfikować jego odczuwanie. (Zgodnie z teorią qigong trzeba podkreślić skutki zwracania uwagi na dane części ciała; np. kierowanie lasera uwagi wprost na serce przyspiesza jego bicie, co może być niebezpieczne dla zdrowia. Jeżeli zatem chcesz doświadczyć bicia własnego serca rozszerz uwagę na cała klatkę piersiową (co odpowiada rozogniskowaniu spojrzenia), co utworzy sferę obejmującą również serce. ) 

Takiemu, wewnętrznemu doświadczaniu ciała odpowiada palijski termin kāyagatāsati, który oznacza właśnie uważność zwróconą na ciało. Już zatem w Kanonie Palijskim, a także w chińskim ch'an, nieodmiennie zrośniętym z ciałem z uwagi na sztuki walki oraz qigong i neigong mamy do czynienia z silnym naciskiem na rolę ciała w procesie rozwoju duchowego. Niestety, zwesternizowane postacie zenu zostały pozbawione tego fundamentalnego  komponentu, co ogromnie okaleczyło cała tradycję; jedyną praktyką somatyczną są pokłony, które swoją intensywnością na szczęście wynagradzają niedostatek innych praktyk. W Kwan Um jest także soen yu, które jest niestety zmarginalizowane wobec innych praktyk w tej szkole, a szkoda.

Tradycja fenomenologiczna rozróżnia dwa ujęcia ciała, które okażą się bardzo przydatne w naszych rozważaniach. Mamy zatem ciało przedmiotowe, czyli körper, a także ciało doświadczane, u Merleau-Pontiego zwane schéma corporel. Mówiąc dosadnie, ciała jako körper możemy doświadczyć jedynie podczas dotykania zwłok. Körper to zmaterializowane i abstrakcyjne postrzeganie ciała jako bryły czy mięsa. Niestety, w naszej kulturze, w której ciało od zawsze jest wrogiem albo niewolnikiem umysłu, błędnie bierzemy ciało za körper, co jest przyczyną naszej stopniowej samozagłady. 

Schéma corporel jest znacznie ciekawsze. Jest to obraz ciała, który doświadczamy bezpośrednio; szczególnie intensywnie, kiedy zamykamy oczy. Schéma corporel jest blisko związane z propriocepcją i zmysłem dotyku. Oprócz medytacji z zamkniętymi oczami, dobrym testerem poziomu propriocepcji jest derwiszowskie kręcenie się dookoła własnej osi; kto potrafi tak robić bez wahań równowagi, a potem utrzymać się na nogach po paru kwadransach kręcenia się, posiada mocno osadzone ucieleśnienie i poczucie schéma corporel.  




Odpowiednikiem schéma corporel w buddyjskim tantryzmie jest tzw. ciało subtelne. Historia religii oferuje również inne kulturowe określenia ciała subtelnego, np. jism asli haqiqi w Sufiźmie, soma athanaton w Hermetyźmie, ciało tęczowe, ciało błogości, ciało diamentowe, etc. To właśnie ciało subtelne jest ciałem-jako-świątynią. Ciało subtelne jest ożywieniem ciała przedmiotowego, körper, jest u-umysłowieniem ciała, i przemiennie ucieleśnieniem umysłu. Ciało subtelne jest zatem zjednoczeniem umysłu i ciała w osobistym doświadczeniu. W tybetańskiej tantrze odkrycie ciała subtelnego i praca z nim jest koniecznym warunkiem do osiągnięcia Urzeczywistnienia. Być może w chrześcijaństwie ciało subtelne jest po prostu Duchem Świętym. Inaczej mówiąc, ciało subtelne jest jedynym konkretem w doświadczeniu, z którego mógł wyłonić się Duch Święty jako abstrakt zreifikowany w teologii chrześcijańskiej. Chrześcijaństwo używa przeniesień jako sposobu na podkreślenie relacji i uniknięcia utożsamienia (My w Chrystusie, Chrystus w Ojcu, etc), w ten sposób ciało określane jest jako świątynia Ducha Świętego, ergo; jest to miejsce, w którym Duch Święty się pojawia. Tym tropem idąc, Duch Święty zjawia się w körper jako ciało subtelne. 


Dzięki ucieleśnieniu umysłu każda myśl posiada swoje miejsce; w rzeczy samej bowiem każda myśl przejawia się w jakimś miejscu ciała, i to pojawienie się posiada dwa rodzaje: pierwsze to spięcie, drugie jego brak. Myśl powstała ze spięcia jakiegoś miejsca ciała (na bardzo subtelnym poziomie) posiada charakter neurotyczny i męczący. Chińczycy nazywają ją nian (粘) co oznacza klejący się, lgnący. Etymologia taka sama jak w słowie kleśa, czyli "sticky thoughts". Innymi słowy, męczące dyskursywne myśli tworzące mentalną kurzawę zwaną papañca, są imitowane przez ciało przy pomocy spięć, czy też inaczej: same te spięcia takie myśli generują. 
Kiedy ciało jest rozluźnione i rozjaśnione świadomością można natomiast doświadczyć myśli jako zjawisk cielesnych. Prowadzi to do odkrycia nowego wymiaru myślenia jako doświadczenia. 

Każda bowiem myśl czy zjawisko psychiczne posiada swoją jakość. Obserwowanie myśli oznacza przyglądanie się życiu myśli jako zjawisk takich jak np. dźwięki. Można także powiedzieć, że możliwe jest zmysłowe obserwowanie myśli poprzez zmysł dotyku. Myśli posiadają jednak dalece subtelniejszą naturę niż dźwięki i dlatego tak trudno je uchwycić jak coś doświadczalnego. Większość ludzi ignoruje tę jakość co skutkuje popadaniem w treść myśli. Popadanie w tym kontekście to pogrążanie się, zamraczanie czy też afektywne angażowanie, które opowiada nam nasz umysł. Treść myśli zasadniczo składa się ze słów i wewnątrz siebie nie może przynieść nic więcej oprócz kolejnych słów. Doświadczenie jakości myśli ukazuje niesłychane bogactwo i potencjalnie nie ma dna czy też końca. To znaczy, można się nieskończenie wyczulać na jakośćci myślenia i naturalnie poznawać i pogłębiać doświadczenie jakości myśli.  

Tu pojawia się zasadnicza różnica konceptualizowania i czucia; konceptualizacja eksploruje treść, zaś czucie jakość zjawisk psychicznych. Dzięki czuciu myślenie staje się zjawiskiem cielesnym, a granica pomiędzy umysłem a ciałem stopniowo obumiera i zanika. Dzięki temu granica zostaje rozpoznana jako szkodliwa zasada paraliżująca naturalne przejawianie się myśli; jawi się jak kolec wbity w łapę tygrysa. 

Czucie myśli jest zasadniczo doświadczeniem estetycznym. To znaczy, że taki rodzaj doświadczenia - myśli/zjawisk psychicznych jako cielesnych jest naturalnie piękny. Zachwyt nad takim czuciem nigdy nie ustaje, ponieważ subtelności zjawisk zachodzących w somie nie da się porównać z niczym innym. Ciało zapośrednicza także każde doświadczenie zewnętrzne, więc po prostu jeżeli coś jest przyjemne, to pojawia się usytuowana w ciele przyjemność, jej wrażenie. 

Dlatego też aktywność ustanawiania rzeczy zewnętrznych (np. człowiek, samochód, "sukces") obiektami pożądania ma na celu utworzenia "dźwigienek", które wzbudzają w umyśle przyjemne doznania, kiedy obiekty pożądania zostają "zdobyte" na mocy jakiejś gry społecznej.

Cwaniaki zaś omijają ten mechanizm i nie zapośredniczają przyjemności zewnętrznymi, trudnymi do zdobycia i nietrwałymi obiektami, tylko wzbudzają bezpośrednio te doznania (miłości, ekscytacji czy orgazmu), które w potocznym doświadczeniu są uwarunkowane jakimiś bytami. Pewnie dlatego Joseph Ratzinger stwierdził, że buddyzm to forma autoerotyzmu. Osobiście wolę jednak autoerotyzm od sadomasochizmu chrześcijańskich hardkorowców zakładających włosienicę. Ale to tak na marginesie. 

Dzięki ucieleśnieniu umysłu można zatem doświadczać zachwytu wzbudzającego zachwyt nad tym zachwytem, a to wszystko w ciele: jako pulsujące doświadczenie, które wewnątrz treściowej postaci myśli przybiera postać rekurencyjnego myślenia o myśleniu i tak dalej (#postmodernizm). 

Zapomniałem wspomnieć o jednej kwestii: człowiek pogrążony w treściowej postaci myślenia i tak naturalnie wzbudza jakości, które są pod dane treści skojarzeniowo podłączone. To taki sam mechanizm zapośredniczania jak w przypadku wyżej opisanych obiektów pożądania. Innymi słowy, dana treść, obraz, np. naga kobieta wzbudza jakość podniecenia, a jednocześnie je zapośrednicza, przez to podniecenie zostaje uwarunkowane i wraz z powtarzaniem tej korelacji coraz trudniej je wzbudzić przez coś innego. Odnieśmy teraz ten przykład do całej aktywności mówienia: Lacan zwrócił uwagę na to, że mowa nie ma funkcji informującej (ma ją tylko w racjonalistycznym redukcjoniźmie), lecz ewokującą, wzbudzającą. Typowy przykład to telewizja, ale koniec końców; każda rozmowa. Dlatego też, jak rzekł Hegel, zawsze mamy na myśli coś innego niż to, co chcemy powiedzieć. Istota tego powiedzenia, która przez długi czas była dla mnie trudna do uchwycenia, dzięki perspektywie somatycznej staje się jasna i oczywista. 

Pogłębianie wyczulenia na głębie pojawiających się w ciele zjawisk nieustannie prowadzi do nowych odkryć. Być może to tzw. powięź (dzięki Iza!) odpowiedzialna jest za zaskakujący spektakl fenomenów nieustannie rozgrywających się podczas myślenia. Całe wyzwanie tkwi w tym, żeby zauważyć myślenie, które następuje nieświadomie - w momencie jego dziania się człowiek jest nieświadomy, kiedy zaś uświadamia sobie własną nieświadomość, nieświadomość znika, a wraz z nią myślenie (komizm tego oglądania się za siebie samego można porównać do szympansa, który zląkł się własnego odbicia w lustrze). 

Można jednak bystro uchwycić somatyczne echo myśli w danym miejscu ciała. Można także przywołać jakiś mocny obraz czy wspomnienie, nie będzie to jednak miało takiego szczegółowego charakteru, jak naturalny proces myślenia odbywający się codziennie w ciele. Innymi słowy, przywołanie mocnego obrazu wywoła np. ciarki, które przejdą po plecach czy ramionach. Natomiast standardowe nian, sticky thoughts, albo neutralny szum myślowy następujący w ciele wzbudza dalece bardziej subtelne, a przez to piękniejsze sensacje. W przypadku nian, można doświadczyć siateczek spięć w danej części ciała, najczęściej na twarzy (twarz jest bowiem najpopularniejszym instrumentem performowania myśli u ludzi ze względu na skojarzenie aktywości psychicznej z głową), większość ludzi jest jednak tak pospinana, że nie potrafi odróżnić kolejnych warstw napięć rozgrywających się w ciele (stricte, w powięzi). 

Ciało subtelne nie posiada dna ani końca. Jak wyżej, konwencjonalna granica fizyczności czyli skóra jest podtrzymywana jedynie mocą odgórnego założenia, które jest kolejną warstwą spięć usztywniających somę. Dlatego też, popularne w buddyjskich dyskursach słowo "rozpuszczanie" zyskuje konkretne znaczenie w perspektywie somatycznej: rozpuszczanie siateczek spięć-granic prowadzi w końcu do wrażenia braku granicy pomiędzy ciałem a otoczeniem. 

Co więcej, ciało nie posiada także dna; jego głębie można eksplorować w nieskończoność. A może nie w nieskończoność; trzeba sprawdzić samemu. Niemniej np. podróże szamańskie można bez problemu przedstawić jako proces zagłębiania się w ciało, które albo jest tutaj bramą, albo po prostu zawiera w sobie "światy dolne", "światy górne"**, etc. Jak pisałem wcześniej, teoria qigong oferuje dojście do poziomu głównych organów ciała (z czego najtrudniejsza do przeniknięcia świadomością jest wątroba), ale to nie koniec: można przeniknąć świadomością do poziomu komórkowego (tzw. cellular breathing), zaś dalej - kto wie! - może już poziom hipermakro, czyli galaktyki. Nie mogłem sobie odmówić tej uwagi, zresztą w optyce Wszystko-jest-Jednym jest ona czymś oczywistym. 

Poniżej udostępniam inicjacyjną praktykę somatyczną, która jest pierwszym krokiem w stronę doświadczania opisanego wyżej. W następnym poście postaram się napisać przejrzyste wprowadzenie do tej praktyki, nazywanej Dziesięciopunktową. 





-------------------------------------------------------

*retroaktywność to tworzenie konceptu, który potem podstawia się przed własne doświadczenie i dalej twierdzi że koncept zawsze tam był. Klasycznym przykładem retroaktywnego podstawienia jest utożsamianie się z "ego" 

**trzeba jednak podkreślić, że podtrzymywanie poglądu w którym ciało człowieka oddziela koniec końców stalowa granica od całej rzeczywistości jest kolejną iluzją. Jest to iluzja w doświadczaniu samej rzeczywistości; nie sposób dotknąć tej granicy, można ją jedynie  retroaktywnie założyć. There is no spoon, only what bends is yourself. 

niedziela, 1 marca 2015

Ciało jako obrzydliwość







 




Jakiś czas temu dzięki blogowi pewnego mnicha therawadyjskiego natrafiłem na serię filmów na youtube eksponujących martwe ciała w przeróżnych konfiguracjach i sytuacjach. Filmy te zawierają zdjęcia z pogromów, ciała w różnym stadium rozkładu, resztki organizmu po sekcjach zwłok (i same nagrania z sekcji zwłok), ludzi dotkniętych dysplazją Lewandowskiego-Lutza, fragmenty szkieletów, ludzkie organy i narządy, itd. Tissa Dissanayaka, który jest autorem powyższych filmów korzysta również z medycznych planszy opatrujących poszczególne części ciała medycznym komentarzem. Po zdjęciu rozciętej klatki piersiowej pojawia się np. plansza wyjaśniająca działanie układu oddechowego.



Każdy z filmików zaopatrzony jest w ścieżkę dźwiękową Sutty Girimananda. W powyższej sutrze Buddha zostaje poproszony o rozmowę z mnichem Girimanandą, który zapadł na ciężką chorobę. Buddha wymienia zatem kolejne części ludzkiego ciała:  


Otóż Anando, bhikku rozważa to ciało od podeszew stóp w górę i od włosów na głowie w dół, zawarte w skórze jako pełne wszelkiego rodzaju nieczystości. Na to ciało składają się włosy na głowie, włosy na ciele, paznokcie, zęby skóra, mięso, ścięgna, kości, szpik, nerki, serce, wątroba, przepona, śledziona, płuca, jelita grube i cienkie, kał, żółć, flegma, śluz, krew, pot, łzy, tłuszcz, ślina, smarki, olej stawów i mocz.  


Wyżej wspomniane filmy można rozumieć jako wizualną postać medytacji, którą zalecał Buddha. Pytanie brzmi, jaki jest jej sens? Mamy do czynienia z bezpośrednią, pozbawioną metaforyki ekspozycją poszczególnych fragmentów ludzkiego ciała. Systematyczne wymienianie przez Buddhę poszczególnych części ciała skojarzyło mi się z językiem medycznym. Jest to właściwie jedyny dyskurs w naszej kulturze, który mówi o ciele w sposób obdarty z wszelkich estetycznych i symbolicznych warstw, które my sami na ciało nakładamy.  



Sutta Girimananda, a także inne, np. sutta Kayagatasati zalecają spojrzenie na ciało jako na coś obrzydliwego. Wariacje tego zalecenia można zauważyć także w innych religiach, chociażby w chrześcijaństwie czy hinduizmie. Tego rodzaju medytacje mają bardzo prostą funkcję; mają one odczarować i uwolnić ciało z w/wym. warstw, którymi je owijamy. Ciało jako obiekt pożądania czy jako  zjawisko estetyczne wpisane w zmienne normy piękna i brzydoty zatraca swoją rzeczywistość. Ma to dosyć przykre konsekwencje dla właściciela ciała.  



Główną konsekwencją jest odcięcie ciała od pola doświadczenia. Kierunek doświadczania większości ludzi jest skierowany na tzw. "zewnątrz". (Ująłem to słowo w cudzysłów, ponieważ tak naprawdę owo "zewnątrz" jest raczej uzewnętrznioną projekcją norm, oczekiwań, pragnień i innych umysłowych tworów.) Natomiast słynne "wnętrze", którego poszukują duchowi drifterzy i zblazowana klasa średnia to po prostu rzeczywistość ciała. Mamy w ten sposób bardzo konkretne znaczenie tego, co miałoby oznaczać tajemnicze "zagłębianie się w swoje wnętrze". Zwykle bowiem to "wnętrze" jest wyjaśniane w mętny i metafizyczny sposób. 



W ścieżce duchowej często pojawia się moment przełomowy, po którym postrzeganie swojego wnętrza w ogóle staje się możliwe. Czasami przychodzi on niezauważalnie, czasami uderza jak grom. W momencie takiego przełomu człowiek staje się zdolny do postrzegania własnych zjawisk umysłowych. To one, co oczywiste, zachodzą "wewnątrz". Prostym wyjaśnieniem tego przełomu jest poluzowanie barier, którymi człowiek obłożył swoje ciało. Na Zachodzie mamy całą kolekcję takich barier sygnowanych imieniem myślicieli i tradycji; dualizm ciała i umysłu ma rodowód chrześcijański, odgraniczenie jednego i drugiego odsyła do filozofii Kartezjusza, etc. A więc, możemy mówić o somatycznych konsekwencjach wielkich idei filozoficznych; zazwyczaj opłakanych dla naszego kontaktu z własnym ciałem. Sam dualizm ciała i umysłu, a także wyniesienie umysłu ponad ciało jako "jeźdźca", który okiełznuje i panuje nad swoim "koniem" prowadzi do wyparcia ciała z pola doświadczenia i zmechanizowania go.  



Buddha w przemyślny sposób używa odrazy jako środka do odpośredniczenia ciała. Odraza czy obrzydliwość jako uczucia nieprzyjemne stanowią antidotum na afektywne przywiązanie do ciała. W Kanonie Palijskim pojawia się ciekawy przypadek mnicha, który osiąga oświecenie po spotkaniu na polnej ścieżce kobiety uciekającej przed swoim mężem. Następnie, gdy nadbiega mąż, roześmiany mnich stwierdza, że widział tylko "kupkę kości", i nie widział żadnej "kobiety", żadnej "żony". Kluczem otwierającym umysł mnicha było tu słowo "zęby", które w palijskim oznacza także "kości"*.  



W momencie oświecenia (w sensie kensho)  mnich ujrzał uciekającą kobietę jako czystą fizyczność, odpośredniczoną od wszelakich warstw, takich jak kobieta (=obiekt pożądania), żona, istota posiadająca jaźń, etc. Warto zwrócić uwagę na rolę języka w duchowym przełomie mnicha; mianowicie podobieństwo znaczeniowe "zębów" i "kości".  



Odraza i obrzydliwość nie mają jednak na celu nieustannego postrzegania ciała w ten sposób. Jak pisałem, stanowią jedynie antidotum na przywiązania, których przykra natura chroni się pod płaszczykiem przyjemności. Wg R. Raya w samej Dhammapadzie pojawia się wielokrotnie powtarzane w różnych tradycjach buddyjskich przekonanie, że ciało jest bramą do wyzwolenia**. Co ciekawe, podobna dwuznaczność pojawia się także w tradycjach chrześcijańskiej i hinduskiej. W chrześcijaństwie, jak stoi w Piśmie "ciało jest świątynią Ducha Świętego" (1 Kor 6, 18-20), a mamy jednocześnie cały szereg przykładów na krańcowe samoumartwienia, takie jak noszenie włosienicy, biczowanie, przytwierdzanie pleców do kolczastego krzyża, czy nawet, jak w przypadku jednej oblatki, wyrwanie sobie obcęgami fragmentu ciała jako kary za popełniony grzech. Z kolei w hinduizmie ciało wielokrotnie jest metaforą społeczeństwa czy rzeczywistości (jak w micie Puruszy), a jednocześnie pod-sekty Śiwaickie takie jak kapalikowie czy aghori słynęli z pozostawania w bliskości z rozkładającym się ciałem na polach cmentarnych, czy wręcz medytowania na zwłokach. Trzeba spojrzeć na te kwestie kontekstowo, żeby nie tworzyć wirtualnych sprzeczności.  



A zatem, odraza i obrzydliwość są proponowane przez Buddhę jako antidotum na oderwanie ciała od pola żywego doświadczenia. Dlatego też na mikroblogu podanym poniżej udostępniam m.in przeróżne "obnażone" ujęcia ludzkiego ciała z przeróżnych źródeł. Podobne zdjęcia, dzieła sztuki i grafiki mają ogromną wizyjną moc; już jeden rzut oka na zdjęcie przedstawiające układ oddechowy może wywołać refleksję, że nie jest to jakiś abstrakcyjny obrazek, lecz próba oddania tego, co tu i teraz, na żywo, wydarza się w naszym wnętrzu.  



Teraz, kiedy czytasz te słowa czytelniku, Twoje ciało nieustannie żyje i przelewa się w rozmaitości swoich procesów umożliwiających Twoje funkcjonowanie. Zarówno w tybetańskiej tantrze, jak i chińskim qigong wspomina się o takim procesie, który będę jeszcze rozwijał na tym blogu. Jest to proces poszerzania świadomości swojego ciała, co umożliwia nie tylko rozluźnienie napięć zaciskających się na jego żywej tkance, ale także bezpośrednie doświadczenie jego pracy na poziomie biologicznym i subtelnym. To właśnie teoria qigong umożliwia "biologiczny" (tzw.) rodzaj obserwacji: od nieskończonego wyczulania się na subtelności oddychania przy pomocy różnych mięśni, przez wyczucie bicia własnego serca (a w dalszej perspektywie: zwalniania jego rytmu, jak to czynili hinduscy jogini), po dotarcie świadomością do pracy żołądka, wątroby i trzuski, które są ważnymi organami w medycynie chińskiej. Właśnie tak: praktyka medytacyjna skierowana na ciało (Kayagatasati: mindfullness immersed in the body) umożliwia ekspansję uważności zdolnej objąć nawet funkcjonowanie wątroby. Celem tej praktyki w teorii qigong jest wyregulowanie qi w wątrobie, innymi słowy objęcie tego narządu świadomością po prostu naturalnie go uzdrawia. Na tym kończę niniejszy tekst, mając na celu stopniowe ukazywanie czytelnikowi głębi ciała z kolejnych, ciekawych perspektyw. 




http://bodynautics.tumblr.com - mój mikroblog zawierający wizyjne i inspirujące ujęcia ludzkiego ciała, przydatne w praktyce bodyworkingu, taijiquan, qigong czy somatycznych medytacji buddyzmu tybetańskiego.






*tu zastrzegam sobie możliwość błędu, bo piszę z pamięci i nie mam dostępu do tego zbioru sutr, w którym znajduje się ta przypowieść. 



**stwierdzenie to wyraził Ray w cyklu Mahamudra for the Modern World, cytując z pamięci palijski werset z Dhammapady, ale nie udało mi się jeszcze znaleźć tego wersetu i podać źródła