sobota, 12 sierpnia 2017

Wprowadzenie do Dharma Ocean i grupy studyjnej w Trójmieście



DHARMA OCEAN 

Dharma Ocean jest społecznością praktyków w Kolorado (Północna Ameryka) oraz na całym świecie, która podąża ścieżką ucieleśnionej duchowości. Dharma Ocean jest nie-monastycznym lineażem opartym na ludziach świeckich, tzw. joginkach i joginach (praktykach), dla których medytacja somatyczna jest życiowym priorytetem. 

Dharma Ocean to inspirująca i żywa wspolnota, w której głęboko dbamy o siebie. Nie jesteśmy jednak zorganizowaną religią. Jesteśmy dużą i rozproszoną społecznością bez sprecyzowanych granic, ale połączonych wspólną inspiracją skierowaną na ciało i codzienną Miłość życia. Nie trzeba podpisać żadnego formularza ani spełnić szeregu wymagań, żeby być częścią naszej społeczności somatycznych praktyków. Poprzez połączenie się z naukami, już jesteś członkiem lineażu, a jej płomień zaczyna w Tobie płonąć.  

Dharma Ocean jest tłumaczeniem tybetańskiego imienia Trungpy, Chökyi Gyatso i odzwierdla podstawową misję transmisji nauk Trungpy Rinpoczego skierowanej do współczesnego świata.  

Podstawowe wartości fundacji Dharma Ocean.

Ucieleśnić, uwolnić i szeroko udostępniać unikalną drogę do przebudzenia i ludzkiego spełnienia nauczanego przez Chogyama Trungpę, Reggiego Raya i jego starszych uczniów, tworząc żywą wspólnotę praktykujących. 

1. Ukazywać fundamentalne dobro ludzkiej istoty - nasze własne wzrodzone ucieleśnienie i wewnętrzną doskonałość 

2. Świętość całego życia i doświadczania - wszystko, co się pojawia jest ekspresją wielkiej mądrości i potencjalnymi bramami do natychmiastowego przebudzenia 

3. Codzienna praktyka "nieodwracania się" - aby rozwinąć postawę całkowitej akceptacji i otwartości skierowanej na doświadczenie, i odnalezienie w tym transformacji spełnienia i urzeczywistnienia, którego tak wielu ludzi poszukuje.



ZAŁOŻYCIELE


Dharma Ocean i lineaż Dharmasagara są utrzymywane przez doktora Reginalda Raya oraz Caroline Pfohl. Jako współ-dzierżcy (co-lineage holders), na nich spoczywa odpowiedzialność rozwoju i prezentacji nauk Dharma Ocean dla świata. Pod tym przewodnictwem, starsi studenci zostali wyszkoleni jako nauczyciele i obecnie przekazują nauki i praktyki Dharma Ocean poprzez programy realizowane na miejscu i online, a także przez prowadzenie lokalnych wspólnot (sangi). 




Dr Reginald Ray jest współzałożycielem i duchowym dyrektorem fundacji Dharma Ocean oraz emerytowanym profesorem zwyczajnym na uniwersytecie Naropa.  Ukończył studia religioznawcze w Divinity School na Uniwersytecie Chicago. Jego promotorem był Mircea Eliade, jeden z wiodących historyków XX wieku, m.in. autor "Archaicznych Technik Ekstazy". Reggie studiował także z jungowską terapeutką Dr June Singer, a także samodzielnie przeszedł przez proces terapeutyczny. 

W 1970 roku Reggie poznał  Chögyama Trungpę, tydzień po tym jak nauczyciel dotarł do USA. Ray został jednym z jego pierwszych uczniów. Przeprowadził roczne badania w Indiach, ale także podróżował po innych miejscach świata, kontaktując się z szamanami z Ameryki Południowej, ale także rdzennymi ludami Afryki. Współpracował z afrykańskim szamanem Malidome Somé. Od dwudziestego roku życia zgłębiał somatyczne techniki wschodu i zachodu, tradycyjne i współczesne, praktykuje także regularnie Qigong. Mądrość tych tradycji może być odnaleziona w naukach i praktykach Dharma Ocean.

 W 1974 przeniósł się do Boulder, gdzie zasiadł w radzie studiów buddyjskich Uniwersytetu Naropa. Przez trzydzieści pięć lat działał w Naropie, rozwijając wiele inicjatyw i projektów Trungpy. Jako uczony i profesor działał w całym Stanach Zjednoczonych i Europie. Reggie spędził łącznie 6-7 lat na różnych odosobnieniach, zarówno je prowadząc jako nauczyciel, jak i w samotności jako jogin.  

Caroline Pfohl jest współzałożycielem i dzierżcą lineażu Dharma ocean. We wspólnocie pełni rolę Desug (Obrońcy Radości). Caroline założyła także fundację Hemera poświęconą przedstawianiu świeckich, kontemplatywnych praktyk szerokiemu społeczeństwu, z naciskiem na edukacją, kobiety i dzieci oraz sztukę.  
Ukończyła poziom magisterski w szkole Wharton na uniwersytecie Pensylwanii, a także w słynnej London School of Economics. Współpracowała z międzynarodowymi korporacjami oraz NGOs,włączając w to UN w zakresie planowania strategicznego.

Caroline natrafiła na nauki Reggiego Raya we wczesnych latach zerowych (po 2000 roku). Kiedy pierwszy raz uczestniczyła w programie Dharma Ocean odnalazła silne połączenie z lineażem oraz osobiście z Reggiem. Jej wkład w organizację doprowadził do poszerzenia działalności Dharma Ocean o internet, zbudowanie ośrodka odosobnieniowego Blazing Mountain oraz podróży Reggiego po całym USA. 
W programach Dharma Ocean Caroline szczególnie zaangażowała się w praktyki dot. przestrzeni serca (bodhicitta) oraz relacji i partnerstwa. Jako Desung dba także o uzdrawianie, zdrowie i dobrobyt społeczności. W fundacji Hemera zajmuje się wczesnym rozwojem dzieci, systemami edukacji i wsparciem psychologicznym w kontekście kontemplacji. 



ZASADY: Zaangażowanie: komunikacja i praktyka.

Grupa studyjna powstała, żeby zgłębiać nauki i wykładnię lineażu Dharma Ocean, a przede wszystkim nauczyć się praktyk, które mogą mieć transformujący wpływ na nasze działania, relacje i poznanie. Żeby jednak to mogło "zaskoczyć" potrzebne jest pewne zaangażowanie. 

Wielu ludzi ma alergię na słowo "powinieneś", nie mówiąc już o "poświęceniu", poczuciu obowiązku czy odpowiedzialności. 
Zależy nam na uniknięciu ciężarków, które są pod nie podczepione. Zaangażowanie jest bliższe fascynacji, żarliwości czy zakochaniu niż wypełnianiu obowiązków.
Spójrzmy na zaangażowanie w świetle rezultatów, które może nam przynieść: owoców praktyki. 

Praktyka duchowości somatycznej nie tylko rozpuszcza nasze napięcia i umożliwia głębszą wrażliwość i relaks, ale także wyposaża nas w nowe możliwości. Polega to na cierpliwym wykształcaniu nowych połączeń nerwowych, dzięki którym możemy ucieleśniać się z momentu na moment

Ucieleśnienie to możliwość odczuwania ciała od wewnątrz, jako różnych obszarów (stopy, obszar miednicy, obszar piersiowy, gardło, głowa) wtopionych w całość ciała. Ucieleśnienie to kontakt ze swoim ciałem, kontakt ze sobą. To nasz podstawowy cel droga w lineażu Dharma Ocean.

Ten stan jest na początku bardzo kruchy i ciągle nam "ucieka". Kiedy dajemy się rozproszyć przez codzienny zgiełk, mimowolnie odcinamy się od ciała. Możemy to rozpoznać po objawach: naszą głowę rozpychają myśli, ciało jest otępiałe i obolałe od napięć, świadomość zawężona (wwiercająca się w myśli). 

Dlatego, aby ustanowić głębszą, odporną na zwroty życia relację z ciałem, potrzebujemy regularności, zafascynowania i odpowiedzialności. Ich odnalezienie jest możliwe dzięki zaangażowaniu.  

Grupa służy do wspólnego odświeżania i odnawiania tego w sobie. Chcemy naruszyć nasze "zbite" nawyki zachowania i myślenia /habitual patterns/, troche zmienić ścieżki, którymi dreptamy w świecie. Te zmiany zachodzą na poziomie poznawczym i fizjologicznym, dlatego oddziałują na wszystkie rzeczy, które robimy, sytuacje w których jesteśmy.  
Dzięki ucieleśnieniu możemy inaczej być w świecie, zwiększyć pole manewru naszych ruchów, poruszać się swobodniej. Doznawanie przyrody i relacje z innymi ludźmi nabierają nowych odcieni, które wyzwalają zachwyt i twórczą inspirację.  

Zmiana głębokich wzorców działania i percepcji może kojarzyć się z ciężką pracą i oporem. Świat nieustannie wtłacza nas w nie z powrotem, bo inaczej nie umiemy sobie z nim radzić.  
Ten wysiłek może stać się bezwysiłkowy /effortless effort/, inspirujący i radosny dzięki zaangażowaniu.  

Tak naprawdę im szybciej dojdziemy do pierwszych rezultatów praktyki, tym łatwiej nam potem osadzić się w nowym postrzeganiu. Bycie hipnotyzowanym przez słowa charyzmatycznych ludzi nie jest konieczne. Odkrywamy zmiany w ciele dla siebie, na swój unikalny sposób.

W praktykach Dharma Ocean możemy wzbudzić w sobie odczuwalne przekształcenia w naszym poznaniu, takie jak: 

-odnalezienie przyjemności i schronienia w ciele 
-uwrażliwienie zmysłów, które umożliwia "rozsmakowanie się" w czego doznajemy 
-większe bogactwo stanów emocjonalnych (obustronnie) 
-intensyfikacja "witalności" ciała, więcej poczucia mocy czy siły na co dzień 
-niesamowita, utrzymująca się przyjemność z samych procesów fizycznych: oddychania, poruszania się, rozciągania, fizycznej bliskości z innymi ludźmi  
I wiele innych!   

Wspólne zaangażowanie znajduje swoją ekspresję w:  
1. płynnej, regularnej komunikacji między nami
2. codziennej praktyce w ilości min. 25 minut (Reggie sugeruje godzinę, a wieloletni praktycy spędzają zwykle 3 godziny dziennie na praktykach różnych rodzajów)  


1. Komunikacja: 
Mówienie i słuchanie o ucieleśnieniu przypomina o nim oraz integruje ucieleśnienie z różnymi codziennymi zadaniami. Ucieleśnienie nie może być wyizolowane do specjalnego czasu praktyki. 
Wymiana myśli i doświadczeń z żywymi ludźmi odświeża nasze ucieleśnienie, inspiruje do jego przywracania. 
Nasze rozmowy są najlepszym sposobem uczenia się i przyswajania. 
Komunikacja daje także poczucie bliskości i wspólnoty. Znajdujemy wspólny słownik i język do myślenia o naszym wnętrzu, jego procesach, mówimy do życzliwych uszu o naszej radości no i zmartwieniach i cierpieniu.  
Nie chodzi o komunikację jako zasadę, która pcha nas do mówienia. Każdy dociera do siebie ze swoim tempem, docieranie jednak rozpoczyna się od przyzwolenia, lekkiego otwarcia. Stąd angielska nazwa "community": zjednoczenie wspólnoty i komunikacji. 

2. Regularna praktyka 
Jak pisałem, ucieleśnianie się jest procesem, który wymaga czasu, pielęgnacji i uwagi. Wiele zmian zachodzi niepostrzeżenie i uwidacznia się dopiero podczas przełomów. 

Codzienna praktyka nadaje rytm, relaksuje, wyostrza zmysły i koncentrację, a także dodaje energii. Nauczenie się regularności bez zbędnej ingerencji superego, bez napięć także zajmuje czas. Nasza obowiązkowość często jest neurotyczna i konfliktowa: to spuścizna po naszych rodzicach. 

Praktyka jest higieną percepcji, często przypomina bardziej prysznic niż mistyczną przemianę. Gonitwa myśli, napięcia i sztywne ciało, ospałość, obolałość czy przemęczenie niekoniecznie jest rezultatem głębszych problemów. To po prostu warstwa kurzu, która osiada na naszej percepcji. Stopniowo możemy nauczyć się, jak dbać o siebie bardzo instynktownie, a także uwolnić uzdrawiającą samoregulację naszego ciała.  

Dlatego codzienna praktyka jest konieczna do satysfakcjonującego życia i jego rozwoju. Wspieramy się w niej nawzajem, a także robimy ją podczas spotkań. 












czwartek, 27 lipca 2017

O Świętej Rzeczywistości






Poznaje się świat, poznaje język opisu świata, ale nie poznaje się siebie. Większość ludzi – prawie wszyscy, jak sądzę – do śmierci nie nauczy się języka, w którym mogliby siebie opisać.
Kiedy mówię o kimś, że jest tchórzem, to znaczy, że uważam, iż zachowuje się tchórzliwie – nie znaczy to nic więcej, ponieważ oczywiście nie zajrzę mu w głąb duszy i nie dowiem się, czy jest tchórzem. Tego języka nie mogę jednak użyć do opisu samego siebie: w zakresie mojego doświadczenia pozostaję jedyną osobą, dla której słowa, czyny, zaniechania stanowią zaledwie blade i w gruncie rzeczy przypadkowe odbicie tego, co kryje się pod nimi, co stanowi ich przyczynę i źródło. Istnienia owego źródła doświadczam bezpośrednio, podczas gdy części mych zachowań nie jestem w ogóle świadom, a wszystkie odbieram w sposób niepełny, skrzywiony. Sami zawsze ostatni się dowiadujemy, jakiego idjotę zrobiliśmy z siebie w towarzystwie. Lepiej znamy intencje naszych czynów niż owe czyny.  Lepiej wiemy, co chcieliśmy powiedzieć, niż co naprawdę powiedzieliśmy. Wiemy, kim chcemy być – nie wiemy, kim jesteśmy.
Język do opisu naszych zachowań istnieje, ponieważ tej rzeczywistości doświadcza wielu ludzi i mogą między sobą omówić czyjąś ostentacyjną uprzejmość lub czyjeś faux pas. Język do opisu mnie samego nie istnieje, ponieważ tej rzeczywistości nie doświadcza nikt poza mną.
Byłby to język do jednoosobowego użytku, język niewypowiadalny, niezapisywalny. Każdy musi go sam stworzyć. Większość ludzi – prawie wszyscy, jestem przekonany – do śmierci się na to nie zdobywa. Co najwyżej powtarzają w duchu cudze opisy własnej osoby, wyrażone w owym języku pochodnym – w języku drugiego rodzaju – albo wyobrażają sobie, co by w nim o sobie powiedzieli, gdyby dane im było spojrzeć na siebie z zewnątrz. Żeby cokolwiek o sobie rzec, muszą sami dla siebie uczynić się obcymi.-Jacek Dukaj, Lód




Moim pierwszym słowem, które odnosiło się do sfery przeżyć było "klimat", czy "atmosfera". 

To moje pierwsze słowo z języka pierwszego rodzaju: pierwsze słowo intymne, które opisywało to, co czułem, ja: dla mnie.


Jako dziecko, bywałem w różnych miejscach, z czego najbardziej pamiętam Sopocki las i spacery z dziadkiem. Wówczas czułem w sobie coś niezwykłego, co nazwałem - tak po dziecinnemu - klimatem. 

Potem wracałem do domu i odświeżałem to odczucie w zaciszu mojego pokoju. Pewnego dnia odkryłem, że ów "klimat" odżywa we mnie, kiedy przywołuję go pamięcią. Nieuchwytne i subtelne wrażenie. Podobnie w snach: bardzo rzadko je pamiętam, lecz pamiętam atmosferę przenikającą sen, z którego się wybudziłem. 
Wrażenia wykrzesane z niemożliwych sytuacji, w których uczestniczyłem jako śniące dziecko. Budziłem się ze zdziwieniem, a w życiu nie istniał słuchacz: człowiek, któremu mógłbym o tym opowiedzieć. 
Bardzo tęskniłem. W miarę dojrzewania, zacząłem szukać drogi do klimatu, żłobiąc ją poprzez język. Moje działania ślepo zaczęły się orientować do tego celu.

Odkryłem, że nie da się tego wzbudzić swoją wolą. Bezradnie ścierałem drogocenne wspomnienia by doznać klimatu przez moment. Odkryłem, że on może przyjść tylko sam, tak jak motyl może sfrunąć na dłoń. Odkryłem, że klimat wyzwala się ze zdarzeń minionych: wspominając letni obóz lub wydarzenia z zeszłego roku, odkrywałem otaczający je niesamowity nimb, aurę. Właśnie klimat.   

Podczas spacerów w Sopockim lesie odnajduję miejsce, które w genealogii moich wspomnień zajmuje zaszczytną, pierwotną pozycję. 
Po prawej stronie w sopockim lesie znajdują się stare, spróchniałe deski. Zapytałem kiedyś dziadka o te deski i wyjaśnił mi, że chronią one ziemię przed obsunięciem. "To takie tamy" - powiedział dziadek. Układały się w stopnie, jakby tarasy. 

Odświeżałem w sobie to wspomnienie chyba tysiące razy. Udawało mi się wejść do środka i przez mikroskopijny, pozaczasowy moment byłem tam: byłem paruletnim dzieckiem obok dziadka, który prowadził jamnika na smyczy.  
Udawało mi się chwilowo zapomnieć o swojej obecnej tożsamości, o całym moim życiu i żrących je zmartwieniach i problemach. 
Starłem do wspomnienie na proszek i został z niego okruszek, ziarenko, atom...
...ale kiedy uda mi się do niego podłączyć, albo samo do mnie przychodzi, wszystko ożywa na powrót.  


Mój ruch w stronę tego, co nazwałem klimatem był zupełnie ślepy i instynktowny. Poznałem coś i zacząłem tego szukać w głębi swojego doświadczenia.   

To był mój pierwszy krok, a potem szedłem dalej. I zacząłem rozumieć, i chyba zrozumiałem. 

Pozwól, że wyszeptam to do Twojego ucha:
Żyjemy w Świętej Rzeczywistości. 

Czy odrobina wspomnienia, najmniejszy atom klimatu może nagle wybuchnąć jako cała Rzeczywistość?

Możemy odkryć ją na moment, tak jak widzi się twarz człowieka w oknie samochodu, który spływa deszczem. Jest jak rozpoznanie ojca w ulicznym tłumie ludzi po drugiej stronie planety, w obcym mieście, po jego śmierci. 
Synku, jak wyrosłeś - mówi do mnie. 
Mówi, bo Rzeczywistość z nami rozmawia.

Mówi deszcz, mówią mijający ludzie i mówią wydarzenia. Bóg nie rozmawia z człowiekiem zrzucając mu na głowę kamienne tablice: mówi przez zdarzenia i sytuacje, ich ciąg, ich rozwój, ich objawianie. 

Jaka jest wiadomość? 
Wiadomość to poruszenie. Czuję, jak wpływa na mnie dwudniowy deszcz zalewający Sopot. Jestem poruszany. 
Odkrywam, że deszcz jest żywy i się do mnie zwraca. To ruch ku mnie, który jest osobisty. Rozpoznaję go w sobie, bo go przyjmuję. Daję się poruszać Rzeczywistości dookoła mnie. Poruszam się w zgodzie z potężnym Nurtem. Potężnym, wielowymiarowym i złożonym. 
Wiosłuję po nim moimi działaniami, rozbudzającymi - w niepojęty sposób - kręgi wodne w tym Nurcie. Moje działania nie są moim domem; pozostaję otwartym i wystawionym na Rzeczywistość.  

Ujrzenie Rzeczywistości jako całości uświęca ją. Starannie uwalniam uwięzione kawałki, rozluźniam ich granice. Ludzie przestają być ludźmi i stają się sytuacjami. Paru ludzi tworzy wielość wkomponowaną w pogodę, miejsce w którym jestem, moje zmęczenie i ból moich pleców. Wszystko miesza mi się nieprawdopodobnie, aż do zatracenia obrysów. Rzeczywistość rozlewa się i nie ustaje: trwa trwa i trwa. Ludzie zwracają się do mnie i wchodzą głęboko: nie blokuję ich swoją skorupą, ale przyjmuję w moją głębię. 
Każdy kontakt może być rodzajem wystawienia. Obserwuję, jak rozmowy tekstowe ożywiają mój umysł: jak bardzo funkcjonuję w chmurze komunikacji.  
(Odpowiednie moduły z mozołem wykonują moją pracę: sprawdzania claimów 😄.) 

Święta Rzeczywistość to Ty.    

Rzeczywistość jako całość nie jest bezładną strugą. Rzeczy są zanurzone w niej: unoszą się jej nurtem, wzbijają na fale, zapadają w głąb. Wszystkie one jednocześnie są nią. Jako Ona, jest Ty. Jesteś. 

Jesteśmy. Jesteśmy Razem! Spędzamy nieustannie czas, współporuszając się. Odnajdujemy swoje ścieżki i spacerujemy nimi. Spotykamy się - zawsze Ja i Ty - w różnych miejscach, jednak zawsze razem. 
Ta spójność, zbliżenie wszystkiego jest tak kojąca i wzbudza zachwyt. 

JAK zmienia się w JEST: Rzeczywistość JEST tylkojedną żywą istotą, w którą się wpatruję, którą czuję, od której uciekam i to wszystko dzieje się w nieprawdopodobnie ciągłej komunikacji.
Tysiąc oczu patrzy we mnie, tysiąc rąk mnie dotyka, tysiąc ramion niesie mnie przez świat, tysiąc uszu słyszy moje myśli. 


JESTEM TYLKO JA I TY, nasze MY, nasze RAZEM, już zawsze.










niedziela, 16 lipca 2017

O cudzie współbycia :)




Dedykuję TOBIE 💓

Dlaczego niektórzy ludzie odnajdują tak głębokie porozumienie, które dla innych może być tylko piękną fikcją? Mój tekst jest poświęcony relacji miłosnej, ale może być przydatny także w każdej innej. Obecność Miłości jest jednak kluczowa do zaistnienia skarbów, które staram się poniżej opisać.


Bycie z ukochanym człowiekiem jest rodzajem cudu. Oddanie go w słowach jest wyzwaniem, które mobilizuje nie tylko wszystkie siły ekspresji, ale także świadomość ich zasięgu i zastosowania. 

Różne rodzaje pisarstwa usiłowały już oddać cud współbycia, komponując wiersze i pieśni, tworząc koncepcje takie jak rezonans limbiczny, czy idącą w miliardy historię wspólnych wcieleń.   

Wszystkie są jednak środkami ekspresji. Złożone naukowe wywody budują pewność. Ułożone, rytmiczne dzieła oddają złożone piękno współbycia poprzez moc tekstu i ludzkiego głosu.  
Wiara we wspólne wcielenia dodaje głębi podkreślonej ilością: spędziliśmy razem tysiące żyć, będąc dla siebie rodzicami i dziećmi, kochankami i wrogami. 
Nasze obecne współbycie jest kulminacją tego wszystkiego. To dlatego nasze słowa i uczucia rozpoznają swoją bliskość. Bliskość przykrytą zapomnieniem, które nie ujmuje jej intensywności.  

Powyższe środki proponują odpowiedzi i wyjaśnienia, lecz w tym tekście szukam czegoś innego. Chcę ułożyć słowa tak, aby rozjaśnić cud współbycia. 
Słowa mają nie służyć roztaczaniu pięknej fikcji, którą ktoś mógłby wkładać w swoje życie. Chodzi o proste rozumienie. 

***

Martin Buber, austriacki filozof i religioznawca odnalazł na to dobry sposób. Esencją pisania Bubera jest relacja Ja i Ty. Tekst, rozwijany na tej parze słów staje się dialogiem, odbywa się w relacji.  

Ja i Ty jest współbyciem. 
Nie jest to jednak zlepienie dwóch odrębności w karykaturalną syjamską kukłę. Nie jest także ustaloną umową pomiędzy osobnymi Ja i Ty, który poprzez wymianę (i handel) zaspokajają swoje potrzeby (tzw. egoism a deux). Te rozwiązania są porażką dla współbycia; porażką, którą tak często obserwujemy w naszych związkach... 
Współczesne zmiany obyczajowe wytworzyły także inne postacie związków, którymi ludzie regulują swoją bliskość. Związki otwarte, poliamoryczne, szwedzkie Särbo, postawy minimalizujące odpowiedzialność to tylko niektóre z nich.

Takie projekty związkowe to formy, które służą regulacji bliskości oraz przedłużeniu lub naprawie tego, co zepsute lub utracone. Są także pewnym unieruchomieniem, w które popadamy mimowolnie lub które ustalamy.   


***

Współbycie kieruje uwagę w inną stronę, potrzebujemy też innych słów, aby wyrazić pole, w którym może zaistnieć.

Mówię o żywej relacji: wymianie komunikatów, odnoszenia się do siebie nawzajem (relating with each other).  

Odnoszenie się jest ruchem w stronę kochanej osoby.

Ty pytasz - Ja odpowiadam. Ty wypowiadasz - Ja odpowiadam. Ty robisz - ja się odnoszę. To jak kolejne kroki stawiane przez parę nóg, czy skrzydła uderzające harmonijnie w powietrze.

Mnóstwo działań i myśli pośrednio nawiązuje do ukochanej, a przez to się odnosi - sięga - dociera. 
Nie chodzi tu wyłącznie o komunikację niewerbalną; na kolejnych stadiach relacji pewne myśli rodzą się już w odniesieniu do ukochanej osoby. Jeżeli nie odniesie się ona bezpośrednio, ponieważ myśl nigdy nie zostanie wypowiedziana, odniesie się do mnie jako układu, który uległ zmianie przez myśl, która narodziła się specjalnie dla niej. Do tego jeszcze wrócę. 


Każde odniesienie się jest zaproszeniem: robię coś i czekam, co sama zrobisz. To ekscytujące; Twoja odpowiedź wypływa całkowicie z Ciebie - ze sfery Innej ode mnie, a więc nieznanej. Wypowiadam coś i obserwuję, jak wyłania się...najpierw ukazuje w oczach...i już jest.
 Niezależnie od głębin porozumienia, jakie mogą osiągnąć ludzie, każda odpowiedź nadchodzi z Nieznanego i dlatego jest nowa! 

Nigdy nie przewiduję, co powiesz -oczekiwanie na odpowiedź narasta we mnie jeszcze zanim skończę. Rzucam słowa w powietrze i pozostaję otwarty. Odpowiedź trafia mnie prosto w serce, rozlega się we mnie, na tafli umysłu namnażają się kręgi wodne, jakby zaczęło padać. Czasami moje odniesienie się jest staranne, bo ważę słowa, czasami zupełnie spontaniczne. 
Rozmowa nie kończy się, gdy przestajemy rozmawiać; mój umysł dalej wyradza z siebie rzeczy, pozostaję dotknięty długo jeszcze zanim się rozstaniemy, rodzę i rodzę.


(Ludzie usiłują okiełznać  Nieznane i jego niespodzianki podstawiając pod partnerów ich wyobrażenia - biorą z pamięci pulę ich reakcji, obiektywizują je jako nawyki i wyczekują na powtórzenia. Ta mimowolna strategia wynika ze strachu, którą mamy przed tym, co do nas przychodzi. Wolimy odnosić się do znanego, czyli defacto do siebie samych! Czym jest bowiem dla mnie moja własna pamięć, jeżeli nie czymś moim, opisanym jako "Ty"? To jest fałszywe Ty. I niby w ten sposób mam Cię "znać"?)  

Strumień współ-odnoszenia się (co-relating-with) nie jest jednak wymianą (sharing), ani handlem. Nie zachodzi tu wymiana konkretów: rzeczy, komunikatów, czegoś. Wypowiadalne konkrety są jedynie pretekstami albo interface'm całego procesu, w którym poruszamy siebie nawzajem. 

Określone "rzeczy" są widzialnym szczytem góry lodowej, a samo współodnoszenie przenika całą górę...i rozwibrowuje ocean, w którym jest zanurzona.  
Oczywiście, nie obejmujemy tego w całości. Odczuwamy jednak przyjemne drżenie, które jest echem wstrząsów następujących gdzieś w głębi nas. Poruszamy siebie nawzajem, nawet bardziej niż do szpiku kości.   

Nie możemy poprzestać na komunikatach bezpośrednich! Jak pisałem, sam impuls psychiczny, który zrodził się dzięki Tobie dotrze do Ciebie w taki czy inny sposób: poprzez moją zmianę, poprzez ładunek moich słów. 

Współodnoszenie się przekracza kontakt fizyczny, czy zapośredniczony przez technologię. Kiedy zostanie nawiązany na głębokim poziomie, po prostu trwa i uwalnia się /unfolding/. Samo zaistnienie współbycia jest tajemnicą, którą Reggie Ray określił jako "pre-existing union"

(Nie zamierzam tu odwoływać się do eksperymentów fizyki kwantowej, gdzie dwie, o lata świetlne oddalone od siebie cząstki reagują tak samo.)

Dlatego, odnalezienie z kimś takiej relacji następuje samoistnie. Dalej jednak wymaga biegłości, która niektórych ludzi cechuje naturalnie, u innych zaś zostaje rozpoznana i wytrenowana. 
Musimy przejść przez kolejne zasieki upraszczającej, konwencjonalnej komunikacji, które zarastają nam drogę do samych siebie. Czasami te przeszkody po prostu znikają: połączenie jest zbyt wielkie. Gdy zaś pojawiają się na horyzoncie, mogą być zutylizowane, nie stanowią problemu (połączenie jest zbyt wielkie). Czasami są po prostu uroczym wstępem do dalszych kroków w głąb. Chwilowe sprężenie czy opór podkreśla następujące otwarcie.  

Królestwo Ty  

Jak wielokrotnie pisałem, podstawowym czynnikiem sabotującym nasze relacje jest superpozycja wyobrażonego na realne. Zastępujemy żywe doświadczanie Innego przez kukłę w umyśle, zlepioną ze wspomnień i wniosków na jej temat. 
Rozumiemy poznawanie kogoś jako zbieranie informacji, które następnie mylimy z osobą tuż przed naszymi oczami.  
Ta strategia odcina nas od ludzi tu-i-teraz, uniemożliwia nam bycie z nimi, serwując jedynie nagrody pocieszenia: przebłyski prawdziwego Innego, tu to tam, gdy nie pilnujemy za bardzo. Nasze rozmowy klinują się w zużytych tematach i rytuałach, które kiedyś wzbudziły w nas sympatię do siebie. Słowa przeciekają opornie, twarze tężeją. 
Czy naprawdę możemy być ze sobą tylko w taki sposób? To tak bezmiernie nudne! 





Buber wskazuje, że wszystkie działania zmierzające do "czegoś" należą do Królestwa Ono (It); krainy przedmiotów. Kiedy więc urzeczawiamy Innego (j/w), automatycznie lokujemy go w tej sferze, przez co tracimy wgląd w to, co Buber nazwał Królestwem Ty.   

Kiedy odróżnimy te dwie sfery, rozumiemy lepiej dlaczego żywa relacja, współodnoszenie nie sprowadza się do "wymiany rzeczy" (te są tylko pretekstami). 

Królestwo Ty jest Nieznane; nie można go przemierzać przy pomocy zaznajomionych rzeczy, a raczej przez dozwolenie na przepływ i jego mądrą pielęgnację. Miłość nadaje temu zbawienną moc, zapewniając bezpieczeństwo i scalając zbłąkane cząstki...

Dzięki miłości, przepływ współodnoszenia jest uzdrawiający i sprawia przyjemność. Gdzie sięga, tam przynosi dobro bez żadnych wycelowanych interwencji. Nie chodzi o przepracowywanie rzeczy uznanych za chore, stłumione czy wymagające naprawy. Dyskurs kultury terapeutycznej czyni mnóstwo tu zamieszania... 

Królestwo Ty jest rzeczywistością Innego, do której Ja udzielono dostępu. Jak się domyślacie, jest to doskonale przemienne: Ja jest Ty dla Innego, a jednocześnie Ja przygląda się w oczach Ty.  

Relacja Ja i Ty nie ma nic wspólnego ze zderzaniem dwóch osobnych rzeczy! Królestwo Ty nie jest odgraniczoną sferą! Cała relacja ma zwierciadlany charakter, lustro jest doskonałą metaforą wyjaśnienia współbycia i współodnoszenia się. 

Nie trzeba chyba mówić, że dwa lustra ustawione naprzeciw siebie tworzą (w sobie nawzajem!) nieskończoność? Ludzka nieskończoność - odbijanie mnie w Tobie i Ciebie we mnie - to nie pasywna nieskończoność obramowanych luster, ale Spotkanie dwóch żywych ludzi, która oświetla wszystko, co pojawia się w nim.

W tym spotkaniu, w relacji tworzy się pole, które jest po prostu Nami. Ja i Ty to My. Jest zrodzone i pielęgnowane komunikacją, ale przekracza ją. Nie jest miejscem, ani żadnym "polem". Jest współobecnością, nałożeniem się na siebie Królestw z nieuchwytnymi granicami. Albo, wraz z uwalnianiem się relacji (współodnoszenia), "pole" wykształca i umacnia się. Rozszerza się. 😄


Relacja przeto, używając Ja i Ty jako skrzydeł, trwa i rozwija się dla samej siebie.
Jeżeli mogę tylko być w samym połączeniu, pozostawać w relacji, żywić się nią, spoczywać w niej, nie robiąc kroku poza. Wszelkie tematy i oczekiwania są drugorzędne; relacja, brzemienna w pole trwa dla samej siebie.  
Dostraja się (odnawia) naturalnie do siebie używając wszystkich sytuacji i słów, które nadchodzą, używając jako paliwa rozbudzającego ogień. 

...






































piątek, 23 czerwca 2017

Byłem tam



powyższy obrazek to okładka książki Ijlasa Churiego "Jalo" , wyd. Karakter (https://www.karakter.pl/ksiazki/jalo)


Istnieje piekło dla odtrąconych ludzi.
Potrafię je sobie wyobrazić, biorąc w dłonie wszystkie listy, myśli i słowa, które nigdy nie dotrą do Ciebie. Moje uczucia, wypowiedziane w słowach i ułożone w listach są jak małe rączki, które wyciągają się i chwytają powietrze.
Do Ciebie, do Ciebie i do Ciebie, ale zawsze do CIEBIE.

Dziesiątki odrzuceń zbudowały pokój głęboko w moim sercu. Jest tam stół, krzesło, długopis i nieskończoność kartek papieru. Widzę siebie z oddali, pokój ma wielkość główki od szpilki. Jestem tam, ale też w paru innych miejscach jednocześnie, wszystkich na skraju przepaści. Uwięziony i zgubiony.

Siedzę zgarbiony, bo nie dbam już o prostą sylwetkę. Pochylony nad kartką, skrupulatnie dokumentuję moje cierpienie. Oszalały rozum śledzi transformacje cierpienia w słowa, usiłuje odnaleźć moment przejścia, rejestruje opóźnienie, zadowala się chybotliwym rytmem.

Jestem niesamowicie przytomny, jakbym stał na tej główce od szpilki. Miejsca wystarczy tylko na jedną stopę; druga na niej spoczywa - taka jest moja przytomność. Ostrze szpilki niknie w przepaści. Nie mogę spaść.

Zapisane gęstym, skurczonym pismem kartki nie mieszczą się na stole, leją się na podłogę i wkrótce przykrywają moje stopy. Tonę w swoich myślach wyrażonych na papierze.
Słowa skapują z koniuszka długopisu jak krople wody, krople wody na mój wysuszony język, krople wody w moje rozdarte serce.

Nie potrafię wyrazić, jak bardzo te wszystkie słowa są dla Ciebie.
Nagle pisanie ustaje, a myśli spiętrzają się we mnie jakbym próbował zawrócić tsunami. Słowa więzną mi w krtani, zakleszczają się w palcach ściskających długopis.
Chciałbym nie móc więcej, dlaczego trwam jeszcze?

Chcę być precyzyjny, żeby inni mogli zrozumieć.
To miejsce jest realne. Trwa w nim jedna chwila, która nie chce ruszyć z miejsca. Ona jest "zawsze" w najprostszy sposób.

Chwila się zatrzymała i zawinęła do siebie, dlatego odtwarza się w nieskończoność. 
To właśnie jest piekło. 

poniedziałek, 19 czerwca 2017

DOBRA KREW. Ucieleśniona kobiecość i mądrość cyklu.



Zdjęcie pochodzi ze strony https://www.rupikaur.com. Artystka opublikowała swoje zdjęcia podczas okresu na Instagramie. Zostały one usunięcie przez obsługę portalu. Kaur nagłośniła tę reakcję, doprowadzając do globalnej dyskusji na temat widoczności miesiączki w sferze publicznej. Przepiękne wiersze Rupi Kaur zostały przetłumaczone na język polski. Tomik nosi nazwę "Mleko i Miód".


Poniższy tekst jest wprowadzeniem do warsztatów Natalii Miłuńskiej "Czerwony Namiot". Wszystkie informacje na temat prowadzącej oraz Czerwonego Namiotu znajdziecie na końcu artykułu.

Krew jest płynem ustrojowym odpowiedzialnym za szereg procesów ożywiających ludzki organizm. Czasami czujemy tętno pulsujące w podbrzuszu lub zauważamy żyły pęczniejące na ramionach. Jednakże cała rozłożysta architektura naszego układu krwionośnego pozostaje niewidoczna dla świadomości i ukryta głęboko w ciele. Samej krwi jako takiej też wolimy nie oglądać, wyłączając wirtualną posokę rozlewaną w filmach i grach video.

Krew jest niedopuszczalna w świetle sferze publicznej i raczej niezręczna w życiu prywatnym. Dostrzeżona na chodniku jest pamiątką po bójce lub wypadku, wypływająca z ciała zostaje zalepiona plastrem lub zatkana gazą.  

Istnieje jednak upływ krwi, którego nie da się usunąć. Chociaż ludzkość - na tysiące sposobów udokumentowanych przez antropologów - usiłowała ją zamaskować na symboliczne i mechaniczne sposoby. Mowa o miesiączce.  

Krew menstruacyjna to dobra krew - nie wynika z choroby lub rany, lecz z naturalnej regulacji organizmu kobiety. Akceptacja i celebracja miesiączki jest zaproszeniem dla każdej kobiety, a także otaczających ją mężczyzn. Objęcie osobistym doświadczeniem całego cyklu miesięcznego może przetransformować całe życie kobiety. Właśnie temu poświęcony jest niniejszy tekst.

Jak natomiast współczesne społeczeństwo traktuje zjawisko menstruacji?

Ostatnie lata przyniosły szereg precedensów, dzięki którym miesiączka stopniowo uobecnia się w dyskursie publicznym. Oświadczenia sportsmenek, wprowadzenie dni wolnych podczas menstruacji czy walka o obniżenie zawyżonego VATu na podpaski to tylko niektóre przykłady. Zmuszają one media do wykształcenia języka wolnego od tabu, który może zdjąć z okresu klątwę liczącą setki lat.

KRWAWI I ŻYJE 

Zjawisko krwawiącej kobiety do dziś jest dylematem dla ludzkiej rasy potasowanej na kultury, plemiona i społeczeństwa. Dylemat ten próbowano uchylić lub zażegnać na przeróżne sposoby.

Gdyby cała ludzkość była jednym plemieniem, różnorodność sposobów podejścia do miesiączki przypominałaby wielką szamotaninę.

W wielu grupach ludzkich menstruacja była postrzegana jako coś niebezpiecznego. W rezultacie powstało tak wiele poglądów i tabu, które odgradzały kobiety od społeczności i były dla nich środkiem opresji. Istnieją także przypadki duchowości menstruacji, które utwierdzały kobiety w ich autonomii i wpływie na świat. Wytwarzały one piękne formy przynależności, nieraz także wpisywały miesiączkę w sferę okultyzmu, przypisując kobietom ogromną moc. W niektórych społeczeństwach nawet celebrowano pierwsze miesiączki!

Na przekór wielości obyczajów, większość z nich wciąż powtarza to samo podejście. Kobiety były przestawiane z miejsca na miejsce na szachownicy struktury społecznej, obciążano je zasadami i odgradzano granicami. Wszystko to nazwałbym “zewnętrznymi interwencjami”, co nabierze znaczenia w ostatniej części tego tekstu.


PRACA Z CYKLEM

Punktem wyjścia do pracy z ciałem jest interocepcja. Jest to jeden z "zaginionych zmysłów" (oprócz prioprocepcji czy szerzej znanej kinestezy), który umożliwia nam doświadczanie swojego ciała od wewnątrz.
Zmysł ten może być kultywowany i pogłębiany, co prowadzi do zwiększenia wrażliwości na mikrokosmos procesów zachodzących w ludzkim organizmie. Otwiera to przed człowiekiem możliwości, które można streścić w dwóch aspektach: komunikacji z ciałem oraz mądrość wyłaniającą się z cyklów, którym ono podlega.

Kluczowe jest tu także pośrednictwo umysłu, a raczej jego modułu odpowiedzialnego za reprezentacje i wytwarzanie pojęć. Odczuwanie swojego ciała jest fundamentalnie innym sposobem poznania od ujmowania go przy pomocy koncepcji. Te dwa sposoby - w dużym skrócie - współuczestniczą w naszym poznawaniu siebie.  Patologiczny przerost modułu reprezentacyjnego jest źródłem cierpienia i pomieszania trapiącego ludzką cywilizację.
Jego rezultatem jest odcieleśnienie; zerwanie kontaktu z ciałem, zagubionego w nawarstwionych osądach i labiryntach poglądów. Społeczne rozumienie ciała jest skutkiem ubocznym odcieleśnienia. Mam na myśli wszystkie obrazy wytworzone przez różne sektory społeczeństwa: wyidealizowane ciało kultury wellness, wystrojone i wygładzone kosmetykami, ale także sprowadzone do “krwi i kości” przez materialistyczną naukę.  Zjawisko miesiączki będzie znakomitym przykładem do rozjaśnienia tych rewelacji.


ROZMOWY Z CIAŁEM

Relacja jaźni z ciałem jest tajemnicą, którą Kartezjusz próbował wyjaśnić przez dualizm umysłu i ciała. Umysł, wraz z “zamieszkującą” go jaźnią został wywyższony ponad ciało. W rezultacie, stało się ono przedmiotem kontroli i zarządzania. Ta katastrofalna perspektywa zniekształciła naszą komunikację z ciałem. Następuje ona głównie przez kognitywne rozkazy ordynowane “z góry”. No i umysł  zupełnie nie słucha drugiej strony.

Trzewne /visceral/  sygnały płynące z ciała są ignorowane lub przechwytywane przez moduł reprezentacyjny. Nie docierają do świadomości w swojej oryginalnej postaci. Nie znaczy to jednak, że nie można rozmawiać z ciałem w sposób nasycony czułością i szacunkiem. Poniżej znajduje się piękny przykład zaczerpnięty z pamiętnika mojej przyjaciółki:

"W przyszłym tygodniu będziemy cały czas w podróży i nie będzie komfortowych i bezpiecznych dla Ciebie warunków, żebyśmy mogły krwawić, więc może byłoby lepiej zrobić to tutaj"

To, jak zwracamy się do kogokolwiek wynika z naszej postawy. Ciało nie musi być postrzegane jako własność, worek z mięsa i kości, czy też “garaż” dla duszy. Te koncepcje, które nań nakładamy są zwykłym aktem represji. Zresztą, tego samego dopuszczamy się nieustannie wobec  otaczających nas ludzi.

Konwencjonalnie rozumiemy komunikację jako wymianę informacji. W rzeczywistości jednak wszystko jest komunikacją; każdy moment odniesienia się ma swoją intencją i barwę emocjonalną. Spojrzenie czy myśl może być nasycona czułością lub surowością. De facto, pomiędzy nami a ciałem nie ma granicy ani próżni, dlatego każdy skierowany doń sygnał JUŻ dotarł do adresata!   
Kobiece postawy wobec miesiączki są także komunikatem. Niestety, zbyt często brzmi on “nie chce cię”, “psujesz mi życie, “przez ciebie nie mogę nic robić”, “idź sobie już”. W ten sposób miesiączka zostaje obciążona niechęcią i poddana stłumieniu, co zwielokrotnia ból towarzyszący skurczom macicy.

MĄDROŚĆ CYKLU

Ludzkie ciało zanurzone jest w cyklach; zarówno kobiece, jak i męskie. Kobiecy cykl jest tajemniczo powiązany z cyklami księżyca, co skrywa się w samej etymologii słowa miesiączka (menses). Zagadka polega tu na niemożności wyjaśnienia tej relacji metodami naukowymi. Nie jest to zresztą w ogóle potrzebne.  

Ciało w cyklu jest dynamiczne; rytmicznie przechodzi przez fazy posiadające swoją specyfikę. Metafora Księżyca jest tu szczególnie przydatna. W trakcie owulacji kobieta doświadcza kulminacji swojej witalności co odzwierciedla Pełnia. Z kolei miesiączkę można przyrównać do nowiu; momentu odpływu i wycofania.  W tym czasie zmęczenie całego miesiąca kumuluje się. Wynika to z faktu, iż regeneracja kobiecego ciała przebiega po cyklu miesięcznym. Rzeczone wycofanie - jak stwierdza Natalia Miłuńska - bierze się z podwyższonej wrażliwości na bodźce. Większa wrażliwość prowadzi do szybszego zmęczenia, "przegrzania się" aparatu poznawczego, który nie może przyjąć tylu słów, dźwięków, widoków i zapachów co na innych stadiach cyklu. Z drugiej strony, ta sama wrażliwość jest drzwiami do głębszego doświadczania swoich uczuć i sensacji cielesnych. Dlatego okres naturalnie zwraca kobietę ku swojemu wnętrzu.

Czternastego dnia cyklu następuje wybuch energii towarzyszący wystrzeleniu dojrzałego jaja z jajnika. Wielu kobietom śnią się wówczas eksplozje lub wybuchy, odnajdują one też w sobie więcej kreatywności czy gotowości do działania. Z kolei w czasie, kiedy krew przestaje dopływać do endometrium, która stopniowo obumiera potencjał energetyczny jest zupełnie inny. Fizjologiczna "mała śmierć" wyściółki również może być spożytkowana na adekwatne czynności, diametralnie inne od tych stosownych dla fazy owulacji.   

Mądrość cyklu oznacza harmonizowanie codziennych aktywności z fazą, w której akurat znajduje się ciało. Współpraca ta obejmuje poziomy fizyczny, psychologiczny i duchowy. Odzwierciedla się także w relacjach międzyludzkich, życiu zawodowym i seksualności. Totalność, która wyłania się z tego rozumienia przedkłada się na sztukę dbania o siebie

Nie sposób jednak sprowadzić mądrości cyklu do prostych zależności. Każda kobieta musi rozpoznać swój własny rytm i czule przebyć jego ścieżki. Mapa nigdy nie jest terytorium! Wszelkie wskazówki na temat ciała są jedynie zaproszeniami do jego samodzielnych eksploracji. Realna praca z cyklem może być zapośredniczona przez osobiste rytuały albo bardziej subtelne działania, głęboko wsłuchane w sensacje ciała. Ważne jest także wprowadzenie dokonane przez kompetentną przewodniczkę, następujące w kobiecej wspólnocie. Współprzeżywanie miesiączki to także niesamowity wymiar kobiecej wspólnotowości, który zakorzeniony jest w samej biologii, ludzkim poletku Natury.


Jak stwierdził Brian Eno, repetycja jest formą przemiany. Każdy pełny obieg przebyty w bliskości z ciałem może być źródłem nowych odkryć. Ta spiralna podróż będzie trwać do samego wielkiego finału. Myślę sobie, że takie zestrojenie mikrokosmosu i makrokosmosu w żywym ciele kobiety jest najpiękniejszym zjawiskiem, jakie możemy podziwiać na łonie Natury.


Kliknij w obrazki aby przejść do wydarzenia na facebooku oraz strony Natalii.
Warsztaty "Czerwony Namiot" w Siatce. 

 



Natalia Miłuńska Twórczyni strony www.miesiaczka.com i firmy Naya produkującej naturalne podpaski. Z wykształcenia antropolożka kultury, właścicielka prawdopodobnie największego w Polsce zbioru książek na temat miesiączki - od antropologicznych, przez poradniki po opracowania dotyczące zdrowia. Staram się zmieniać podejście kobiet do ciała i miesiączki. Jako członkini Stowarzyszenia Kobiet Dakini (www.dakini.org.pl) prowadzę warsztaty dla kobiet Powrót do kobiecej mocy oraz autorskie warsztaty Czerwony Namiot - spotkania z ciałem i jego mądrością, doświadczeniem miesiączki i rytmem księżycowym. Uwielbiam taniec.

czwartek, 11 maja 2017

Wrażliwość i intensywność


źródło: https://c1.staticflickr.com/4/3604/3294567439_d582336e5c_b.jpg

"Sensory processing sensitivity" to cecha genetyczna, szczególna wrażliwość na przetwarzanie (processing) danych zmysłowych.  Chodzi tu zasadniczo o wszystkie zmysły, łącznie z umysłem. Tak, jak różne faktury (drewno, chropowaty metal, gorąco, ból) są doświadczane przez dotyk, tak myśli i emocje odczuwane są przez umysł. Także treści, które nadają sens myślom i emocjom są czymś zmysłowym, współodczuwanym przez władze wzroku, słuchu czy dotyku. 

Według Elaine Aron, 20% populacji posiada ślad (trait) genetyczny SPS, co czyni ich HSP (highly sensitive person - osoba wysoko wrażliwa). Podobnie jak w autyzmie, możemy mówić o spektrum SPS; różnych poziomach wrażliwości na bodźce zmysłowe. Każdy człowiek posiada pewien stopień wrażliwości, który ulega wyostrzeniu lub stępieniu w toku życia. 

Wrażliwość więc umożliwia mniej lub bardziej intensywne doświadczanie rzeczywistości jako czegoś totalnego. Intensywność jest samym "naładowaniem" tego co widzimy, słyszymy i myślimy. Podobnie, obraz na monitorze może być w niskiej rozdzielczości, albo HD. Przez różne czynniki człowiek może mieć większe lub mniejsze powonienie, nieporównywalne np. do węchu psów. Pomiędzy tymi ekstremami rozciąga się spektrum.  
Głębia ludzkiej wrażliwości jest plastyczna, ulega regulacji przez jedzenie, sen, używki, zioła, tlen, ruch, cykle seksualne, poczucie ucieleśnienia, charakter wykonywanej pracy - wszystko ma bazowy wpływ na ludzką wrażliwość.  
Szczególny wpływ na wrażliwość mają także praktyki duchowe, nieruchome (kontemplacja) i ruchome (qigong, taniec czy wysiłek fizyczny). 

Intensywność jest więc zasadniczym "pokrętłem" ludzkiej wrażliwości. Intensywność wyznacza poziom pobudzenia ciała, które rozkłada się od znudzenia i stępienia, do przestymulowania, przebodźcowania i przytłoczenia. 

Każdy człowiek posiada górną granicę pobudzenia, której organizm nie jest w stanie już znieść. Skutkami nadmiernego pobudzenia, oprócz przemęczenia i wyssania energii z ciała, jest stres i napięcie. 
Poprzez napięcie ciała, generalne zamknięcie organu percepcji, człowiek stawia OPÓR bodźcom, które się w niego wlewają w każdej chwili.  
Napięcie należy rozumieć jednak jako niewłaściwe, zbyt prymitywne odniesienie się do bodźców. Napinanie ciała więzi w nim energię, którą następnie wyzwala się z opóźnieniem. Ciało >>nie chce<< więcej bodźców, w rezultacie lecz magazynuje niechcianą energię w samym sobie. Ten paradoks jest przyczyną ludzkiego cierpienia na tym świecie.

Gwałtowny krzyk czy ból mogą doprowadzić do zatrzaśnięcia organu percepcji. Wtedy ciało gwałtownie się napina.  

"Przetwarzanie" (processing) to fundamentalny proces witalny, który sprowadza się do PRZYJMOWANIA tego co do nas przychodzi. Przetwarzamy rzeczywistość wielowymiarowo, przyjmując ją naszym ciałem, a także rozumiejąc odpowiednimi modułami mózgu. Filtrujemy surową energię rzeczywistości, która w nas się wlewa, odnosimy się do niej, wchodzimy z nią w pierwotną relację. Granice naszych możliwości w tym zakresie można nazwać osobistą kondycją.

Nadmiar bodźców jakiegokolwiek rodzaju (zwykle zjednoczonych w multisensorycznym doświadczeniu) stawia wyzwanie tej kondycji. Przebodźcowanie (overarousal) czy nadpobudzenie siłowo wpływa na organizm, dwoistość umysłu i ciała. 

Przebodźcowanie to główna kategoria doświadczania życia przez HSP. 
Bardziej czuły układ nerwowy "wpuszcza" więcej bodźców, które muszą być "przepuszczone" (przetworzone, processed) przez organizm na wielu poziomach. Proces ten zachodzi nieustannie, otrzymujemy też wiele, zwykle mylnie interpretowanych sygnałów, kiedy organizm jest przebodźcowany, przestymulowany np. głośnością muzyki, gwarem głosów, wysiłkiem fizycznym, gorącem lub zimnem, etc. 
Przebodźcowanie prowadzi do psychicznego, czy percepcyjnego zmęczenia; umysł jest "zasapany" przetwarzaniem wciąż uderzających weń bodźców. 

Proces samego przetwarzania rzeczywistości jest fundamentalny dla naszego istnienia. Możemy także wyczuć, w jaki sposób dynamicznie przetrawiamy, przepuszczamy przez siebie to, co się wydarza. Przebodźcowanie jest czymś dynamicznym; nieraz organizm musi po prostu obniżyć częstotliwość czy intensywność bodźców, żeby przywrócić swojemu doświadczaniu RYTM. 

Rytmiczne, zjednoczone z oddechem, ruchem, mową i działaniem przetwarzanie rzeczywistości nazywane jest kongruencją. Bycie z rzeczywistością w harmonii oznacza zachowanie z nią kontaktu, czułości, ale także współpracę, która kontynuuje się w dosłownie każdej myśli i ruchu. 
Taka harmonia jest czymś tysiąckroć subtelniejszym od tańca, skoro każdy ruch psychiczny jest krokiem.  
Przebodźcowanie organizmu wynika z wielu czynników, zależnych i niezależnych od człowieka. Zazwyczaj wynika jednak z utracenia kontaktu z sygnałami wypływającymi z ciała, tzw. odcieleśnieniem. 
Odcieleśnienie jest zerwaniem kontaktu ze sobą, odlotem do odciętego świata, separacji wytwarzanej przez lewą półkulę mózgu. Z takiego odcięcia rodzi się chciwość, chora żądza, strach i inne zwyrodnienia energii życiowej, spowodowane zaburzeniem kontaktu z ciałem, a więc i z rzeczywistością. 

Charakterystyczna dla SRS większa intensywność WSZYSTKICH doświadczeń pogłębia zarówno ucieleśnienie, jak i opisane wyżej odcięcie. Większa intensywność stanów, przez które przechodzimy jako ludzie, oznacza większą siłę i większą słabość; słabość i siła są równie intensywniejsze. Jednocześnie, mówimy także o intensywności samej intensywności. 

SRS to zatem większe spektrum doświadczenia, które jednak niekoniecznie tożsame jest z większą mądrością czy samopoznaniem. 
SRS rodzi jednak pewną presję samopoznania; zrozumienia w jaki sposób się ze sobą obchodzić, aby nie wypalić się, ocalić od odcięcia, stresu i napięć, a także sensownie funkcjonować w społeczeństwie wypełnionym ludźmi ze znacznie mniejszą wrażliwością.  
Sztuka obchodzenia się ze sobą to nauka własnej wrażliwości. Pierwotnym czynnikiem pedagogicznym jest tutaj ból wypływający z przestymulowani, gwałtu zadawanego przez bodźce, zarówno wychodzące z człowieka jak i do niego dochodzące.  

Ludzka kondycja również jest dynamiczna; można ją poszerzać, zwiększając poznawczą wytrzymałość przyjmowania bodźców. Wiąże się to z DOTKNIĘCIEM I PRZEKROCZENIEM GRANIC czemu naturalnie towarzyszy niepokój, ból i napięcie.  
Niepokój jest sygnałem zbliżenia się do granicy i sam w sobie także jest intensywny.  

Niepokój i napięcie generalnie szerzej towarzyszom HSP w codziennym życiu. Są one sygnalizatorami, ale także wywierają mocny wpływ na funkcjonowanie, zwłaszcza w kulturach, gdzie istnieje tabu niepokoju, skierowanie na "pozytywność", prowadząca do ostracyzmu ludzi eksponujących pewne barwy emocji czy stany psychiczne. Stworzenie pionka społecznego, który jednoczenie maskuje niepożądane stany, albo komunikuje je w akceptowalny sposób, jest kolejnym wysiłkiem każdego człowieka. 
U HSP, podobnie jak u autystyków jest to olbrzymi wysiłek, 

Przebodźcowanie i wyłaniające się z niego zmęczenie i stres obniżają także generalną orientację w rzeczywistości, także pamięć.  
Aby "nadążać" za rozgrywającą się sytuacją, tokiem rozmowy, sekwencją ruchów, ale także filmem, muzyką etc trzeba po prostu na bieżąco przetwarzać bodźce. 
Ich nadmiar, przekraczający możliwości filtracyjne percepcji prowadzi do zagubienia, wpływa na płynność mowy i ruchów, ogólny "ogar i orient" w chwili, sytuacji, tygodniu, etc. 

U wielu HSP takie zagubienie właściwe trwa większość życia, są oni oderwani od życiowego ugruntowania, rozumiejącej orientacji w wielości bodźców. Zagubienie to jest społecznie uznawane za słabość, co prowadzi do poniżenia i marginalizowania HSP na różne sposoby. 
Biorąc pod uwagę, że ślad SRS zawsze występował u około 20-25% ludzkiej populacji, HSP stanowią obecnie ok. 1.4 miliarda ludzi.