Przewiń na sam dół, żeby dowiedzieć się więcej o samym blogu.

środa, 1 listopada 2017

Retro-ja



Napisałem poniższe słowa ponad osiem lat temu i więcej. Widzę - jakoś tak nieprawdopodobnie sięgając wstecz - tego Dominika sprzed lat. 
I czuję wzruszenie. 
Przebyliśmy razem długą drogę, zmieniłem się ogromnie, ale on tam nadal jest, we mnie. 
I jest dobrze chroniony. 
Świat zasługuje na ból i czarną nienawiść, kiedy próbuje wtargnąć do kruchych serc. Nie pozwól sobie myśleć, że masz być miły (miła) dla ludzi, którzy nastają na Twoje serce. 
Nigdy nie przestajemy być dziećmi - wyłaniają się z nas nowe wersje, oby mądrzejsze i bardziej ugruntowane. Ale te dziecięce cząstki nadal są. Tylko czasami grzebiemy je żywcem.  
Nie pozwólmy sobie na to, dbajmy o siebie.  



2008, luty.


Hikimori/Morihiki

Można by zrobić tak, że…
Przystawiasz szafą drzwi. To drogi, bidermayerowski mebel, więc ewentualny oprawca próbujący dostać się do Środka nie będzie walił i pchał zbyt napastliwie, bo spadnie Stuletnią Szafę Przodków.
Zasłaniasz żaluzje – Słońce razi w oczy, a półmrok jest bardziej przyjazny (jednak). Gromadzisz zapasy jedzenia, konserwy, słoiki przetworów (tak!) pieczywo, ser. Dużo wody, herbatę, i papierosy. Może też być trochę książek do zaczęcia. Zapałki, zapalniczki, by ognia nie zabrakło, by nie przypalać sobie brwi nad kuchenką.

Właściwie dlaczego nie mamy być zupełnie sami? Umysł mamy ten sam, tylko przenosimy go z miejsca na miejsce – zbieramy doświadczenia i bodźce do snów, potem wracamy do domu i śnimy.
Tylko to ma sens.
Przekształcać koszyk doświadczeń z dnia w piękne myślokształty w nocy. Zamkniemy się w mieszkaniu, będziemy niedostępni, i oddaleni. Niech życie na zewnątrz płynie własnym, mamiącym torem – nas to nie dotyczy. Co jakiś czas ubierze się kombinezon, taki jak mają kosmonauci w NASA, i wyjdzie się na zewnątrz, pochodzi po powierzchni Ziemi, i wróci do siebie, na frytki…

Nie masz pojęcia, skąd się to wzięło, że bezpieczeństwo odczuwasz w zagięciu kanap, rogach małych pokoi, w szafach, pod łóżkami? 

(parę godzin później)


A właściwie wszystko to robimy tylko po to, by siąść wieczorem przed oknem, rozchylić żaluzje i popatrzeć na nocne niebo. Robimy? Robię – pierwsza osoba konieczna, bo tu chodzi o samotność, rozległe przestrzenie ciszy gdzie nie każdy ma dostęp. Odłączony od impulsów, które marnują moją uwagę mam naprawdę kontakt ze sobą. Gdy się okoliczności odpowiednio złożą w jedną, monumentalną konstrukcję tej chwili, której mam zaszczyt być świadkiem. Szkoda, że muszę o swoim osamotnieniu wobec tego wszystkiego przypominać za każdym razem, gdy pragnę powiedzieć komuś „Popatrz! Jak pięknie!”, z rozchylonymi ustami i wytrzeszczonymi oczami.  


2008, wiosna

Kolej na Bajkale

„Życie jako komentarz do czegoś, czego nie możemy dosięgnąć, a co jest tu, w zasięgu skoku, którego nie wykonujemy. Zycie, balet oparty na historii, historia na przeżyciu, przeżycie na realnym zdarzeniu. Życie, fotografia numenu, posiadanie w ciemnościach (kobiety? Potwora?), życie – stręczyciel śmierci, przepiękna talia kart, dawno zapomniany tarot, który wykrzywione reumatyzmem ręce degradują do poziomu samotnego, smutnego pasjansa”  
-Julio Cortazar „Gra w klasy”

Abyssal, Hadal – Super Minerals, “the Pelargics”

Od lat poruszam się po zamkniętym obiegu, po stacjach – każdą, mniej lub bardziej znam – mogę odkryć jakiś skromny detal, dotąd pozostający w cieniu, ale nigdy nie zmienia od struktury całości – jest tylko kolejnym, wkomponowanym w nią elementem. Wplecionym z taką pieczołowitością (twórcy), że by go dostrzec, trzeba wytężyć uwagę, nie prześlizgiwać się wzrokiem po Rzeczach, tylko patrzeć w Konkretne Miejsca. A to strasznie trudne i męczące – wzrok się rozognia, skupienie się rozpuszcza, w końcu oczy patrzą, ale nie widzą, a umysł dryfuje gdzieś daleko, za teksturą. Jak książki z serii „Magiczne Oko”, które przedstawiają jakiś rozmyty, powtarzający się motyw, a gdy odpowiednio spojrzeć, stopniowo oddalając nos od kartki, dostrzega się ukryty obraz.

Stacje – jakakolwiek nowa droga, którą zaczynam się poruszać po zmianie miejsca, gdzie pracuję, kształcę się lub mieszkam po paru dniach jest już wydeptana i wypalona w ziemi (mini-aury śladów moich stóp na brudnym chodniku, w tramwaju, autobusie, bo w końcu miasto) – zaczynam chodzić po drugiej stronie ulicy zmieniam rytm chodu, w końcu nawet łażę naokoło, nadkładam drogi by tylko nie czuć tej ciężkiej, powtarzalnej rutyny.

Żeby to były tylko takie drogi – umysł przecież też porusza się tymi samymi, wciąganymi nosem ścieżkami. Trudno dźwignąć rozlazłą bryłę mózgu z kolein, które codziennie pognębiam, zamykając intelekt w korytarzu ograniczonym czarną glebą.

Słowa te same, myśli te same, tylko ciężar na grzbiecie większy, a przecież naturą świata ma być ogień, ruch, zmiana, pantarej. A nie To (byt eleatów)

Zawsze, gdy chcę zagłębić się w życie, coś działa jak gumowe koło wypełnione powietrzem i wyciąga mnie na powierzchnię. I tylko się ślizgam, powierzchownie, naskórkowo, mając w pamięci te parę razy, gdy byłem naprawdę głęboko.

Życie to surfing, więc nie bój się fal – i ludzie wykształcili, przez setki lat, sposoby by utrzymać się na powierzchni; zbudowali okręty, lotniskowce, a z czasem całe metropolie na Wodzie – a gdy ruszają ku dnu, to tylko zapuszkowani w łodzie podwodne. 99% naszych ciał to Woda, a my skupiliśmy się na jednym, nieważnym procencie i wcisnęliśmy się w niego, i jest bardzo, bardzo ciasno.

Gdzie nie pójdziesz, zobaczysz to samo, co widzisz w swoim domu, w swojej szkole i pracy, na płótnie, które zachlapałaś właśnie farbą, na ciszy, którą zanieczyściłeś właśnie dźwiękiem, na kartce, którą zapisałaś ciągiem znaczków –gdy spojrzysz na ocean, na apeiron, to odwrócisz się, uciekniesz mając oczy pełne strachu.

Mógłbym chodzić po dnie oceanu. 

2007, wiosna [trzecia noc bez snu]

Dosyć już mam tych nocy, gdy mój hiperaktywny umysł strzela myślami jak z karabinu maszynowego SAW – myśl za myślą, ta jeszcze nie rozwinięta do końca, niedokończona już tworzy kolejną, która wybucha w głowie jak supernowa i przejmuje na chwile kontrolę, by po paru sekundach ustąpić pola następnej, wplecionej misternie w poprzednią, i tak formuje się męczący i ciężki chaos, nie dający spać, nie dający odpocząć…

A ja się przewracam z boku na bok, odwracam kołdrę by chwilę poleżeć przykryty przyjemnym chłodem, wstaje, maszeruje w piżamie po pokoju, przyspieszam do truchtu, robię pompki albo przysiady, kładę się znów, zamykam oczy i od początku bez wytchnienia: wirujące obrazy, opiłki myśli, strzępy wspomnień, mutujące pomysły i sposoby na przeżycie następnego dnia, a ponad każdym takim impulsem, już do niego komentarz, ocena, osąd, to zbyt banalne, to niewyraźne, to warto zanotować, to wręcz przeciwnie…snują się myślowe fraktale i metafraktale.

No to daję za wygraną i nie próbuje już tych piętrowych błyskających struktur wyciszyć, zredukować do prostego odcinka, by umysł zszedł na niższe fale hercowe i w końcu usnął, tylko wstaje, wdziewam pludry, sweter, szlafrok, biorę kartkę i długopis, i jak nie rzygnę szeroką strugą płynu mózgowego na dziewiczą biel papieru (SRU!), albo jak nie zalegnę nad tą tabulą rasą z transcendentnym wkurwem, że nic-a-nic z tych masywnych myślokształtów nie przeleje nigdy na papier w sposób satysfakcjonujący, że jestem skazany na przeżywanie tego ogromnego bałaganu w samotności, wobec ciszy późnej nocy i nagrzanej bladym ciałem pierzyny.

Co noc prawie, z tego zagraconego myślami, wspomnieniami i pomysłami przedsionka podświadomości wpadam głębiej w przestrzenie snów, głową w dół… i wtedy zaczynają się dziać Wielkie Sprawy, których nigdy nie uda się skrupulatnie opisać, i uporządkować, bo ulatują z głowy parę sekund po przebudzeniu się. Zostaje tylko zamglony niepokój Klimatu, który był tłem dla snu, warstwy fabularnej bez ładu i składu dobranej przez podświadomość na tę noc. To drugie w gruncie rzeczy nie ma znaczenia, liczy się właśnie klimat, zespół odczuć i przeczuć, nastrojów i wystrojów, tak magicznych i wielkich, że trzymam je najdłużej jak potrafię przy sobie, ignorując dźwięki budzika, obowiązki, poranne zajęcia, pracę, umówione spotkania, potrzeby fizjologiczne, wycie psa i miauki kota…
A gdy w końcu się zbudzę (upewniwszy się ze smutkiem, że nie zdołam już spać dłużej), jestem przejęty niejasnym poczuciem…dumy, i uroczystości tego, co się wydarzyło.

Są tylko dwa zespoły zjawisk, które należąc do „dzienności” dorównują tym nocnym przygodom i podróżom: obcowanie z najwyższymi przykładami Sztuki oraz odmienne stany świadomości, od papierosa po LSD, pomijając plebejski i obrzydliwy alkohol. Jest jeszcze jedna sprawa, o której warto kiedyś wspomnieć, jak nie zapomnę.

Wydaje się, że jedynym sposobem na wyciszenie wewnętrznego hałasu mojej głowy jest próba obrócenia go w słowa w sposób chociaż odrobinę satysfakcjonujący. Myślę, że właśnie taki stan rzeczy pcha wszystkich rękopiśmienników do tworzenia – w mózgu się przelewa aż od Tego Wszystkiego, przez nos cieknie, przez uszy paruje, i nie można nic robić, póki się nie pociągnie za…spłuczkę!

 Zacząłem od zarysów tematu, a jak to nie pomoże, będę się bez pardonu posuwał dalej, porządkując, nazywając, opisując i wygasając kolejne ogniska rozedrganych myślosplotów, aż w finalnym cięciu unicestwię jednym ciachem samo centrum, gdzie cały nieład ma początek, czyli…


wtorek, 17 października 2017

list z Domu do domu



Żyjemy w świętej rzeczywistości. Te słowa wyświetlają się w mojej głowie kolejny raz, lecz znacznie trudniej uczynić dalsze kroki. Stoję niepewnie i podnoszę stopę. 
Jak to jasno opisać? 
Miażdżąca większość duchowych praktyków nie doświadcza przebudzonych ludzi w postaci z krwi i kości. Czytamy teksty i oglądamy Internet, połykamy treści zanim je przeżujemy i poczujemy na języku. Właściwością takiego przekazu jest fragmentaryczność, którą łatwo pokroić i zamarynować w pamięci: takie słowa, takie zalecenia i rady.  
Te słowa pobudzają, nie ma wątpliwości. Potem działają jak pigułki nasenne; wtłaczają w głębszy letarg, zwiększają kolekcję słów, która skleja oczy, zarasta serce. I nic się dalej nie dzieje, tylko mamy fajniejsze tematy na imprezę. 
Sęk w tym, żeby coś się zadziało, i to coś przeogromnego. Żyjemy w świętej rzeczywistości, co obowiązuje w każdym momencie, także teraz, kiedy rozglądasz się dookoła siebie. Ona jest tam, za błoną cieńszą od pajęczyny - ona jest tutaj. 
Ludzie jej nie widzą, albo mylą ją z wyrzutami serotoniny czy cytatami z Leary'ego, człapią tu i tam, no i nie mają czasu. 

W jaki sposób - skutecznie - uświadomić Wam, że żyjemy w świętej rzeczywistości? 
To eksperyment i gra, która toczy się przy każdej rozmowie, bo każda chwila może być jak katapulta. Uwielbiam oglądać tę źródlaną przejrzystość w ludzkich oczach; oczach, które spotkały odpowiedź zanim zdążyły pogubić się w pytaniach napompowanych przez książki, narkotyki i Internet.  
Uwielbiam słyszeć prawdziwie otwarte słowa, nie te intelektualne pętle, nawet ustrojone w najpiękniejsze pojęcia. Doskonale otwarte słowa (ani jednej domkniętej konkluzji), dzięki którym przestrzeń zaczyna oddychać.  
Należy do tego podejść naprawdę poważnie, póki nasze układy nerwowe nie zestarzeją się tak, że uchwycimy tylko odblaski i obrazki tej świętej rzeczywistości... która jest bliżej niż własna aorta, jest niewypowiedzianym sednem wszystkich pragnień, wodą wypełniająca wszystkie dziury i braki, paliwem wznoszące prosto w górę, głęboko w dół, do serca Ziemi.    

Uszczkniesz z Niej drobinkę i zaspokoisz ten dobijający głód, bez którego nie byłoby po co wstać z łóżka. Zaczniesz wstawać z łóżka z zupełnie innego powodu niż wcześniej: w momencie otwarcia oczu znowu będziesz żywa, żywy. To dzieje się nieprawdopodobnie nieustannie a całą tę świętość wypełnia niesamowita różnorodność ludzkiej kultury i doznań natury, które można smakować bez końca, co za uczta!







czwartek, 28 września 2017

Jak możemy spotykać nasz ból? Część I


Symeon żył na słupach. Spędził na nich łącznie 63 lata, aż do śmierci. Ostatni słup, mierzący ponad piętnaście metrów był jego domem przez 45 lat. Przez cały ten okres zszedł z niego tylko parę razy, zmożony chorobą. Poza tym, przez wszystkie pory roku, dnie i noce żył na słupie, pod gołym niebem.  

Narodziny są bolesne, starzenie się jest bolesne, śmierć jest bolesna; rozpacz, lament, ból i napięcie są bolesne; powiązanie z niechcianym jest bolesne; rozłąka z upragnionym jest bolesna; nie osiągnięcie pożądanego jest bolesne. 

Półnadzy ludzie mieszkający na ulicach śnieżnej Moskwy albo w dołach rozjarzonych płonącymi zwłokami (tzw. ghaty*) w Indiach. Starcy odizolowani w lepiankach na pustyni, zakonnicy zamurowani do śmierci w swoich celach. Ludzie, którzy zrezygnowali z picia wody, poprzestając na owocach i warzywach. 

Dlaczego?   

Ojcowie pustyni byli niewielkimi grupkami ludzi mieszkającymi w ciasnych lepiankach rozsianych po egipskich pustyniach. Spędzali w nich większość dnia, wieczorami zbierając się na wspólną modlitwę. Zespół badaczy, który w latach 60tych próbował przeżyć parę miesięcy na sposób Starców stwierdził zgodnie, że taka codzienność "nie jest do wytrzymania". Takie historie mogą wydać się czymś odległym i abstrakcyjnym, ale poczekaj chwilę...  

...może też doświadczasz czegoś, co jest nie do wytrzymania? Co wtedy robisz? 


Mamy wiele dróg ucieczki od bólu i wszystkie nie działają. Przeczuwając daremność "tylnych drzwi", święci odcięli je wszystkie (zanim stali się świętymi, ale nie przestali być zwykłymi ludźmi) i wystawiali się na trudy, dyskomfort i ból zwane zbiorczo umartwieniami. 
Takie umartwienia mają dwojaką naturę: są wyrzekaniem się przyjemności albo umyślnym wzbudzaniem bólu. Oba te kierunki dążą do nawiązania relacji z bólem, która nie jest ucieczką. Dlaczego? 


Co takiego kryje się w cierpieniu, od którego ucieka cała nowoczesna cywilizacja? Jeżeli widzisz w tym tylko masochizm, to jesteś głupcem. Umartwienia świętych są czymś umyślnym i poniekąd niepotrzebnym. Przecież życie nieustannie dostarcza nam bólu, konsekwentnie zaprasza nas do odnalezienia intymnej odpowiedzi na pytanie jak sobie z nim radzić.  

Większość naszych odpowiedzi widać jak na dłoni. Wykształciliśmy mnóstwo sposobów na ucieczkę przed dyskomfortem, mamy kolekcję wymówek i racjonalizacji, które czynią ją zasadną. Jednak, żaden sposób nie wyczerpie wszystkich możliwości. Życie przejawia niesamowitą inteligencję, która wciąż testuje nasze możliwości. A może to po prostu tępy i ślepy los?

Święci nie mogli oprzeć się pragnieniu, aby uczynić z życia naprawdę prostą historię. Świeckie życie nie jest takie proste; nosimy swój ból w pracy, na oficjalnych spotkaniach i pośród obcych ludzi. Przylepiamy uśmiech na twarz, ponieważ większość ludzi nie ma pojęcia, jak odnieść się do cudzego cierpienia. Cierpienie jest czymś kłopotliwym. Naturalnie, nie potrafią się także odnieść do własnego. To masowe i instytucjonalne stłumienie, w którym człowiek odwraca się plecami od najprostszej prawdy na swój temat: nie potrafimy unieść złożoności i intensywności życia,  sprostać naszym lękom, niepewności i pragnieniom.  

Nie jest to jednak smutny wniosek, tylko podsumowanie procesu. Ten proces to samo życie: spotykanie się z bólem pomnożone przez codzienne sytuacje. Jeżeli to takie nieuchronne, to jak pozostać w miejscach, których nie da się wytrzymać? 

Co się stanie, jeżeli  zostaniesz? 
Co się uruchomi, kiedy porzucisz wszystkie drogi ucieczki i spojrzysz prosto w ból?  
Wreszcie, jak można to zrobić? 

Nie odnoszę się wyłącznie do wielkich życiowych tragedii. Życie jest pełne bólu, który można odnaleźć nawet w najprzyjemniejszych sytuacjach. Zamurowanie się w celi czy życie na słupie to tylko ekstrema, która rozjaśnia subtelności. Święci zapalili wielką lampę pod rojowiskiem ludzkich spraw. Zrobili to dla ludzi, ale przede wszystkim dla siebie.

Problem z małym bólem polega na tym, że łatwo go zignorować. Stłumienie nie znika bólu, lecz akumuluje go w większe porcje, które w końcu wybuchają prosto w twarz. Powoli ważymy swoje piwo, żeby potem się nim zupełnie otumanić i utonąć we łzach. Co się jednak stanie jeżeli przyjmiesz każdą taką łzę i przygarniesz ją do serca?   

Każdy człowiek ma swoje granice, a każde granice są plastyczne. Przynajmniej do pewnego wieku. Te granice to nasza kondycja /capacity/ i pojemność - zdolność do pomieszczenia w sobie tego, co się w nas pojawia. Takie pomieszczenie ma w sobie coś z gotowania jedzenia. Nie ugotujesz ryżu w dwie minuty, potrzebujesz piętnastu, podczas których ogień cierpliwie transformuje suche ziarna w pożywny posiłek. Ból także potrzebuje czasu, aby można się było nim pożywić. Pożywianie czyni bardziej żywym, wzbogaca we wglądy, zrozumienie i głębie, które układają się w ścieżkę wzrostu.

Upływ czasu jest wypełniony krokami, ponieważ nic nie stoi w miejscu. Idziemy przez życie nosząc swój ból jak przyszłe matki. 

Chciałbym ogromnie opisać sztukę stawiania tych kroków i uczynię to w następnym tekście. 

czwartek, 21 września 2017

Jasne oczy




Jakie tempo ma Twoja percepcja świata? 
Pytanie brzmi absurdalnie, ale mamy obrazową wymierną: jednostki czasu.
Prędkość doświadczenia można odczuwać w sekundach, minutach, godzinach lub tygodniach.  
Starsi ludzie odczuwają świat wstecznie, w przeszłości. Pobudzony i rozjaśniony człowiek może uczestniczyć w każdej chwili swojego życia. Żadna technologia nie jest w stanie zapewnić szybkości, którą mogą osiągnąć nasza percepcja i zmysły. 
Rzeczywistość wciąż się obraca: ile rzeczy dzieje się pomiędzy przeczytaniem tego -> słowa...   


     i następnego? Zajrzyj pomiędzy, usłysz dźwięki zza okna, poczuj krzywiznę kręgosłupa, weź wdech - im szybsza percepcja, tym więcej szczegółów. 



Życie to nie ścieżka dialogowa lecz rojowisko drobnostek i wodospadów: w jednej chwili możemy uchwycić mnóstwo rzeczy, którymi świat nasyca się na naszych oczach, przez nasze uszy i nozdrza, pod rękami i skórą. 

Bycie nieuważnym zamula na to wszystko, zatapia w niewyraźny, szary stan który jest po prostu wypłaszczoną wrażliwością. 

Wiesz o czym mówię? Poczuj swoje życie pomiędzy jednym a drugim uderzeniem wskazówki zegarka. Co pamiętasz? Robisz coś, ale "robienie" to raczej ciągłość obowiązku, niż żywe i organiczne działanie. Siedzę w pracy przy komputerze, jadę kolejką do miasta, sprzątam kuchnię, ale co właściwie robię i widzę? Ile rzeczy dzieje się w tym wszystkim? Rzeczywistość się porusza, jest nieustanna, wiruje i wciąga w swoje przestrzenie. Zauważymy dopiero, gdy sami zwolnimy. 

Mistrzowie zen mówią o uważności z-chwili-na-chwilę. Uważność nie jest statycznym stanem, do którego się dociera. To raczej kontakt z przepływem, ruch wewnątrz ruchu, który można odnaleźć, wzmocnić i utrzymywać. Takie życie to rollercaster. Ta odurzająca ciągłość pomiędzy wyciągnięciem kluczy a otwarciem drzwi mieszkania: zręczne ruchy moich dłoni, trafienie prosto w dziurkę od klucza, nadgarstek i szczęknięcie zamka. Wchodzę do domu, właniam się w półmrok, który błyskawicznie unieważniam zapaleniem światła. Zapaleniem światła? Prawa dłoń sięga do włącznika, lewa chowa klucze do kieszeni. Wszystko robię jakbym biegł i jakbym tańczył. Pochyam się. Zdejmując buty zauważam kota; moje serce wypełnia ciepło, but sam się zdejmuje, dłonie sięgają po następny. Prostuję kręgosłup jakbym wyłaniam się ponad lustro wody, biorę wdech. 

I tak dalej i tak dalej,  wstępuję niepostrzeżenie w moment, równie niepostrzeżenie wyłaniając się z momentu poprzedniego. Nie ma tu żadnych chwil, tylko kontynuacja doświadczania. Chwila to twór umysłu, który traci uważność - drobina pamięci, pudełko na czas. 
Umysł wytwarza sytuację, układy i miejsca, a zmysły i ciało nieustannie chłoną rzeczywistość. To panoramiczna uważność; jakby zarzucanie sieci w morze błyszczące od ryb, łowienie, odnajdywanie, dostrzeganie. Możemy połączyć niektóre rybki w ścieżkę dialogową, jednak pewna gęstość szczegółów jest niemożliwa do ujarzmienia w znaczenie, kierunek i sens. Zbyt szybko i wodospadowo się wydarza aby zostać przechwycona. Przypomina to łączenie kropli deszczu w locie, wróżenie z kręgów na stawie.

W ten sposób czas przyspiesza, wykształcam świadomość sekundową, świadomość minutową. Zamieszkuję kolejne chwile, dotykam ich, dotykam i puszczam dalej. Samo bycie w świecie tak mnie angażuje, że ścieżki myśli nie są moim schronieniem i koordynatorem. Zostają raczej włączone w przeżywanie, zamiast je opowiadać i nim zarządzać; tracą swoją utwierdzającą i urzeczawiającą moc. 

Żyję.

czwartek, 14 września 2017

Efekt motyla i jasnowidzenie




William Adolphe Bouguereau - Les Oréades

Let's suppose that you were able every night to dream any dream you wanted to dream and you would naturally as you began on this adventure of dreams you would fulfill all your wishes. You would have every kind of pleasure you see and after several nights you would say wow that was pretty great but now let's have a surprise let's have a dream which isn't under control Well somethings going to happen to me that I don't know what it's going to be Then you would get more and more adventurous and you would make further and further out gambles as to what you would dream and finally you would dream where you are now 
-Alan Watts


Czy istnieje bardziej fascynujące wyzwanie niż przeniknięcie biegu zdarzeń?


Wczoraj wstałem trochę później niż zwykle. Nie kupiłem warzyw, jajek i pieczywa w pobliskim sklepie, nie minąłem dziwnie pachnącego mężczyzny docierając do swojej bramy, nie przypomniałem sobie o minionym wrześniu kiedy rozdąłem nozdrza od zapachu palonego drzewa.

Te chwile są jak drzwi i jak matka: otwierają się i rodzą. Molekuły dnia rezonują z moim układem nerwowym, wykrzesają kombinacje, którymi mogę podążyć, dalej /further/. Wolność to wielka ciekawość; przemierzam dzień z chciwie rozwartymi zmysłami, lecz nie czekam na nic. Muszę odwrócić się plecami (bo plecy nie mają oczu), żeby pozwolić się zaskoczyć.

A Tobie jak minął dzień? Trzeba otumanić życie, żeby coś o nim powiedzieć, inaczej nie dobylibyśmy słowa.
Niczym korniki, pracowicie drążymy swoje dni w miąższu drzewa życia. Tylko czasami nasze korytarzyki przetną się ze sobą. Umyka nam to jak wiele nam umyka, a poza tą mgłą niewiedzy rozpościera się cząsteczkowa złożoność życia, która nikogo nie obchodzi. Jak stawialibyśmy swoje kroki gdybyśmy mieli ją jasno przed oczami? Co byś począł ze swoimi planami, grafikami, multitaskami?

Nie mamy pojęcia co zaraz się wydarzy, chociaż bezczelnie nam się tak wydaje. 

Obezwładnienie złożoności życia zapewnia poczucie spójności; skoro wstawiłem wodę to herbata już jest w drodze. Jeżeli wyszedłem z domu, to zaraz będę w pracy. Robimy z życia trasę autobusu a potem narzekamy na szarą rzeczywistość. Szara rzeczywistość?

A gdyby tak zajrzeć za ten moment i podejrzeć co jest pod spodem?
Raz mi się udało i zobaczyłem mnóstwo dominikowych żyć skłębionych jak taśmy filmowe. Jakbym wypadł zza tekstury i utonął w...

 Leżę zniszczony na ziemi z zaciśniętymi pięściami, zasłona nie wpuszcza Słońca, nie wypuszczam światła do mnie. Spaceruję palcami zanurzonymi w jedwabnej sierści kota i wyczuwam zgrubienia... // ... nieregularności przepływu w rozmowie, małe zastrzyki bólu, mijają. Myślę o Tobie kiedy Ciebie nie ma. Pojawiasz się w drzwiach, ale to już inna taśma. (W tamtej nigdy nie wróciłaś.) Oczy są zamknięte, ciało zanurzone w wygrzanej Słońcem trawie. Światło zaróżawia powieki, myślę o poprzednim, (straconym) lecie. Myślę o następnym lecie pierwszego dnia jesieni (o tym, co będzie).  Myślę: wyławiam lisie ogony z siwego dymu, wypatruję twarzy w korze młodej brzózki. Co będzie?

Gdzieś pomiędzy myślami, nieuczynione: wygaszone przyszłości, niewyśnione sny, zalążki moich działań, zwinięte jak wąż serpentyny decyzji, gotowe wystrzelić z teraz, urodzić się. Oglądam je panoramicznym okiem a obrazy rozpędzają się pod spojrzeniem, pierzchają jak myszy. Które z nich podleję swoją ciekawością, które uśmiercę własnym dążeniem? Jak mam ich dotykać, żeby ich nie naruszyć? 

"Przypomniałem sobie pewien ranek, gdy zobaczyłem uczepioną kory drzewa poczwarkę właśnie w chwili,
gdy motyl rozrywał spowijającą go powłokę, przygotowując się do lotu.
Czekałem dość długo, ale motyl zwlekał.
Niecierpliwie schyliłem się i zacząłem go ogrzewać własnym oddechem.
I w moich oczach – szybciej, niż przewiduje natura – zaczął dokonywać się cud.
Powłoka opadła i wyszedł motyl, ale kaleki.
Nigdy nie zapomnę przerażenia, jakie odczułem, gdy zobaczyłem, że nie może rozwinąć skrzydeł.
Drżąc próbował tego dokonać wysiłkiem całego ciała – na próżno – choć pomagałem mu oddechem.
Potrzebny był tu cierpliwy proces dojrzewania. Skrzydła powinny wolno rozwijać się w słońcu.
Teraz było już za późno. Ciepło mojego tchnienia zmusiło go, aby opuścił poczwarkę przedwcześnie, pomarszczony niby embrion.
Drżał rozpaczliwie jeszcze chwilę i umarł na mojej dłoni.
Te leciutkie zwłoki motyla spoczęły ogromnym ciężarem na moim sumieniu.
Dzisiaj już wiem, że pogwałcenie odwiecznych praw natury jest śmiertelnym grzechem.
Nie wolno nam ulegać niecierpliwości, winniśmy z ufnością poddawać się wieczystemu rytmowi wszechświata.
Usiadłem na skale, aby przemyśleć to z Nowym Rokiem.
O, gdyby ten motyl, którego zabiłem, mógł lecąc przede mną wskazywać mi drogę!" 
-Kazantkakis

Jak uchwycić w słowa te tunele przyszłości wyzierające z każdego ruchu, drgnięcia strun głosowych i przeiskrzenia neuronów? One zawsze tam są. Co z nimi robić, skoro się je widzi? 
Rozbudzona świadomość widzi parenaście tuneli naraz. Szybkie szachy: zrobię to -> stanie się to, zrobiłem tamto -> doszło do tego.
Myśli rozwijają się w ścieżki, ścieżki giną na horyzoncie. Dalej w las, więc więcej drzew i mnóstwo (królestwo) zwierząt. Błądzenie czy spacerowanie, nie wiem. Wybieranie?

Wszystko co robimy ma następstwo, ale nigdy nie ułożymy z tego całości, którą moglibyśmy obracać jak kostką rubika. Przecież następstwa naszych czynów możemy dojrzeć dopiero w zaszłości, w ich dokonaniu. Prognozy przyszłości są naiwne jak plany zawodowe małych dzieci. Czy mogę jednak dostrzec przebłysk skutku w tej samej chwili, z której wywiązuje się działanie?

Tak.

Jedna akcja nie wywołuje reakcji, ale burzę następstw, katedralne architektury schodów po których można się wspinać, z których się zstępuje albo spada, na twarz. Nie sposób zarządzać taką złożonością, wszystko rozgrywa się zbyt szybko, ze mną w oku cyklonu. Trzeba odesłać namysł do lamusa i odnaleźć w sobie siłę, która umożliwi orientację i nawigację w tym królestwie.

Piszę o Rzeczywistości, tej zawsze aktualnej, która nawet w najspokojniejszym momencie odurza swoim bogactwem. Życie nie odróżnia doniosłych i zwyczajnych chwil, właściwie nie ma nawet tej chwili. Życie niesamowicie się dzieje, jego nieustanność jest orzeźwiająca. Żadne storyline nie jest w stanie go wyczerpać. 

Z tylu momentów mogę spaść, chociaż czas nie ma góry ani dołu, tylko uparcie upływa, upływa chociaż tyle razy powinien się skończyć. Tyle chwil jest jak katapulty, bomby rozpraszające chmury, nagłe połączenia, zbudzenia z jakiegoś snu, ostatnich kwadransów czy miesięcy, znowu jakoś się budzę, z czegoś się wybudzam i rozglądam z szeroko otwartymi oczami, biorę wdech, WDECH.

To wszystko wydarza się jednocześnie w jakiś nieprawdopodobny sposób. Obraca jak gwiazdy na niebie w przyspieszonym tempie. Chomik kręci się w kołowrotku, człowiek pędzi w hipersześcianie jak w brzuchu pralki.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Listy miłosne od ciała



Ignorancja jest przyczyną cierpienia, jak stwierdził Budda.   
Filozoficznie, można sprowadzić ignorancję do głupoty, zaś jako przeciwieństwo - a zarazem cel rozwoju- ukazać mądrość. 
To jednak wikła nas w pułapkę cudzysłowiu. "Ignorancja", "głupota" i "mądrość" są ideałami, zaś odnoszenie się do nich uruchamia podejście top-down. Ideały są drogowskazami, etykietkujemy nimi nasze działanie, czyli po prostu osądzamy siebie i innych. 
Ta strategia prowadzi do zbudowania rozłożystego systemu koncepcji, które sprawdzają i kontrolują działanie. 
Ten system jest drzewem ignorancji, jej rezultatem, produktem. 

Spójrzmy na ignorancję inaczej, osadzając ją w ucieleśnieniu. 
A jeśli "przeciwieństwem" ignorancji jest wrażliwość?  

Ignorancja przypomina mgły wojny w grach strategicznych. "Mgła wojny" to nieodsłonięty obszar mapy, na której rozgrywa się potyczka. 
Rozpoczynając grę, mamy odsłonięty niewielki obszar mapy, który możemy poszerzać naszymi eksploracjami. 
Ignorancja w Buddhadharmie jest naszą relacją do tego obszaru.  
Jest nim ciało; nasze niezbadane, intymne terytorium. "Wnętrze" jest słowem, które zrobiło wielką karierę w duchowości i dyskursach rozwojowych. Kierujemy się "ku swojemu wnętrzu", odnajdujemy w nim myśli, możemy je obserwować i coś z nimi podziałać. 
Jednak także z wnętrza można zrobić kategorię, która bardziej miesza niż rozjaśnia. 

Zajrzyjmy więc do wnętrza własnego ciała. Można poczuć od wewnątrz palce u stóp, pierś czy głowę. Za samą poznawczą możliwość takiego wglądu odpowiada kolekcja zmysłów cielesnych /haptics/: prioprocepcja, kinesteza i inne zmysły dotyku.  
Kiedy człowiek uczciwie zwróci uwagę na własne stopy to może odkryć, że nie może ich zlokalizować bez oczu. Zamykamy oczy i kierujemy uwagę w daną część ciała i odkrywamy, że niczego tam nie ma. 
To są właśnie mgły wojny, zaś dążenie do utrzymania ich można nazwać ignorancją. 

Fundamentalnym skutkiem ubocznym mnóstwa naszych działań jest odcięcie od ciała. Długo by mówić o tym, dlaczego to robimy. 
Sedno leży w tym, że istnieje w nas siła, która z ogromnym impetem oddala i odcina nas od wnętrza ciała. 
To odcięcie i oddalenie po prostu stępia wrażliwość; ludzie czują coraz mniej, co w nowoczesnym społeczeństwie osiągnęło skalę nieporównywalną do tysięcy lat naszego bycia na Ziemi. 

Stworzyliśmy kieszonkowe wszechświaty, które - chociaż żywią się energią ciała - funkcjonują dzięki jego zaślepieniu. 
Brak kontaktu z ciałem to brak kontaktu ze sobą. Spróbujmy to wyjaśnić, mówiąc o odkryciach płynących z ucieleśnienia. 

Wrażliwość skierowana na ciało rozjaśnia mgły, które je wypełniają. Ciało ma w sobie przestrzeń, która jest wypełniona życiem. Ogromna ilość zjawisk wydarzających się w ciele uchodzi naszej uwadze. Dopiero pewien próg bólu, ekscytacji czy pobudzenia przebija się przez mgłę i dociera do świadomości. Podkręcanie bodźców przez środki chemiczne i technologiczne służy właśnie temu; poczucia czegoś w warunkach codziennie wzmacnianego otępienia. Gdyby sam oddech nasycał ciało przyjemnością, czy używki byłyby potrzebne? 

Dlaczego więc tak gorliwie się otępiamy? Ponieważ życie, które rozbudza nasze ciało wymaga uwagi. Im więcej życia odkrytego w ciele, tym więcej czynników do których trzeba się odnieść. Ich odkrywanie i pogłębianie nie ma końca: człowiek odkrywa siebie jako rozwibrowany wszechświat, który dynamicznie reaguje na bodźce, innych ludzi, po prostu wszystko. 

Rozum jest bezbronny wobec takiej złożoności. Nie sposób skategoryzować zjawisk, ponieważ zbyt szybko się wydarzają i zmieniają. Trzeba odnaleźć inny sposób działania niż dotychczas przyjęty.  

Życie rozbudzające ciało nie jest jednak bezładne. Świadomość wykrywa w niej regularności, nie jest to jednak obserwacja przedmiotów. To raczej nieustająca rozmowa. Odpowiednia wrażliwość pozwala rozpoznać komunikaty i poruszać się w zgodzie z nimi.  
Człowiek wykształcił sposoby odniesienia i procedury decyzyjne, które opierają się na zestawie idei i wartości. Takie systemy mogą całkowicie ignorować wiadomości z ciała, a wręcz traktować je agresywnie.  
Nie mówię o ideologiach i intelektualnych poglądach, ale o podstawowych koncepcjach, których używamy do orientowania się w rzeczywistości. Już na tym podstawowym poziomie są one skłócone z życiem ciała, co wzbudza dojmujące poczucie konfliktu. 

Kontakt z ciałem pozwala wyróżnić sztywne koncepcje jako sztuczne. Koncepcje tworzą złudzenie wyjaśnienia, które przetwarza surowe sensacje płynące z ciała. Bycie zmęczonym, rozbudzonym, podnieconym, smutnym czy tęskniącym może zostać "przemieszczone"; przechwycone przez umysł i ubrane w koncepcje, co przypomina zwierze ubrane w uniform strażaka. Śmieszne? 
Śmieszne i groteskowe, ale smutne w skutkach. Nieustannie rozmijamy się ze sobą, ponieważ nie potrafimy rozpoznać komunikatu, ponieważ używamy nieskutecznego narzędzia. 
Bardzo często zmęczenie, stymulacja, tęsknota czy miłość są czymś zupełnie innym niż sugeruje umysł. Przechwycenie i podstawienie jest błyskawiczne; odczucie nie ma nawet szansy żeby się wyłonić, zostać usłyszane i zrozumiane. Dlatego ścieżki naszych działań są powykręcane, wypalamy mnóstwo energii na odkręcanie mimowolnie wzbudzonych problemów, ponieważ nie identyfikujemy jasno komunikatów. 

W świetle tego wszystkiego etyka jest po prostu zgodą z ciałem. Dodajmy tu tylko jedną myśl, czy wniosek: człowiek żyjący w zgodzie z ciałem zawsze działa uczciwie i szczerze. Sytuacje, do których doprowadzamy z tej perspektywy naturalnie prowadzą do pogłębienia, wglądu i uzdrowienia. Jakże są bogatsze od sztucznej życzliwości i kompromisów które budujemy, żeby pokojowo ze sobą żyć!  

Po długotrwałym procesie odzyskiwania i nawiązywania kontaktu z ciałem, rozpoznawania jego komunikatów człowiek uczy się działania w zgodzie z nimi, natychmiast. To znaczy: nie następuje opóźnienie konieczne na przetworzenie i interpretacje; energie wyłaniają się z ciała bez zahamowania, przyjmują postać ruchów, słów i spojrzeń. Dosięgają głębi drugiego człowieka i poruszają go. 
To naprawdę inny rodzaj istnienia i współbycia od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. 
Jego osiągnięcie wymaga lat i wielokrotnie przypomina ruch pod prąd, odbywający się w powszechnej ignorancji osób w otoczeniu. 
Obejmuje calutkie życie wraz z wypełniającymi je czynnościami, zadaniami, relacjami.  
Nie ma jednak nic piękniejszego, czemu człowiek - jako cały człowiek - może się oddać. 







wtorek, 22 sierpnia 2017

Ozdrowienie



"Istoty wewnątrz umysłu są tymi, które zwane są błądzonym i zwiedzionym umysłem, występnym umysłem, oszukańczym i fałszywym umysłem, przywiązanym i zazdrosnym umysłem, złym i zatruwającym umysłem. Wszystkie takie rodzaje umysłów są "wszystkimi czującymi istotami". Trzeba uwolnić je od ich własnej, wsobnej natury. To zwane jest prawdziwym wyzwalaniem" 
-Hui Neng

W zdrowieniu ludzi głęboko skrzywdzonych jest coś majestatycznego. 
Pierwsze kroki, pierwsze spojrzenia w lustro. Odzyskanie siebie. 

Ludowe opowieści mówią o oddzieleniu duszy od ciała, i skazaniu tych dwóch przyjaciół na błądzenie przez obce, ciemne krainy. 

Słońce pali skórę, a ciemność gubi kroki. Burze wyszarpują dusze z ciała, miotają nią na nici przezroczystej jak pajęczyna. 
Nić cienka jak brzytwa, ostrze jak skraj przepaści, potykanie się i upadki. Upadek w zagubienie, wynurzanie oczu i nosa ponad ciemną wodę, uderzanie zaciśniętymi dłońmi w mętną, czarną toń, bicie pięściami w zimną próżnię. 
Szarpiące ruchy napiętego ciała goniącego cienie, suche i martwe słowa w ustach, a potem w oczach najbliższych.  
Zagonione w kąt cienie wybuchające w czarne dziury. Myśli jak rączki rozczapierzone w powietrze: pragnące. 
Osamotnienie niemożliwe do zniesienia, ale tak uporczywie trwające, ostro oświetlone lampą pobudzonej, chorej koncentracji. 
Chore oczy, chore ręce, głowa zawieszona jakby na baloniku w trujących chmurach. 
Niszczenie rzeczy w dłoniach i wyślepianie ludzi chorymi oczami. 
Jedyną ucieczką jest otępienie, zadymienie tej przestymulowanej percepcji, wytrzeszczonego oka, które tęsknie patrzy ale nie może ZOBACZYĆ. Zaciśniętych dłoni, które nie mogą DOTKNĄĆ, skóry jako pancerza, egzoszkieletu, blokady.
Otępienia: wyprucia się z sił, ograbienia z witalności, lub wypalenia siły życiowej do popiołów. 

Nie ma wyjścia od pierwszego kroku: otworzenia oczu i serca na to wszystko. Niesienia tego jakiś czas, klucząc pomiędzy ludźmi, zmuszając się do obowiązkowych czynności. 
Człowiek jak zwierzę, jak dziecko: błądzi samo po ulicy, potrącane i przewracane przez Dorosłych, Obcych.  
Opuszczone, zgubione, opuszczone, zgubione, opuszczone, zgubione, opuszczone, zgubione. 
Ono nie wie co się dzieje - nie wyjaśnisz jemu, co ma robić. Ono nie rozumie, nawet nie sfabrykuje zrozumienia. 
Dziecko, czy Ja? 

Ja. 
Nie odnajduję siebie, tylko już jestem odnaleziony. Chwile przedtem jakby nieistniejące: w końcu >>mnie<< nie było. Wszystkie moje poprzednie punkty wyjścia i postawy jakby skądś indziej; bo przecież mnie nie było. 
A teraz jestem. 
I widzę zwierzę, widzę dziecko, widzę już to, już nie jestem tym, jakoś inaczej Jestem.  

Mówimy o kontakcie, mówimy o byciu ze sobą, mówimy o sercu czy samorelacji. Jej istota prześlizguje się pomiędzy słowami, pomiędzy uwagą przeskakującą z jednej strony na drugą, a w mgnieniu przeskoku czującą sam KONTAKT. 
Jest albo go nie ma. Kiedy go nie ma, jest fabrykowany, jak rusztowania wznoszące na bagnie, na próżni, na czarnej dziurze. Wciąż mówię sobie że jestem, protezuję tym czy innym moje ego, bronię swojego ego, opancerzam i ścieśniam jak buty chińskich kobiet. Rośnie zdeformowane, implodujące do środka, jak chore drzewko. 

Ale co, jeżeli możesz się wyzwolić? 
Możesz powstać z tego wszystkiego. 
Możesz odzyskać siebie. 
Możesz dbać o siebie. 
Możesz chronić swoje dziecko. Dostrzeżenie go na zatłoczonej ulicy jasnymi oczami wyzwala ogromną siłę, tak rozwibrowaną życiem i tak pewną i niewzruszoną, jak cisza w samym środku trzęsienia ziemi. 
Chronić, chronić, chronić, chronić, chronić, chronić, chronić, chronić.  


Wszystkie odcięte i porwane cząstki, zamrożone w komórkach ciała chwile, kiedy byłeś niemowlakiem, dwulatką, pięciolatkiem, dwunastolatką. Chwile które rozdarły delikatną percepcję dziecka, które złamały serce pogubionym nastolatkom, zwaliły z nóg wszystkich Ciebie z przeszłości, skutkując zamknięciem ich głęboko w Twoim własnym ciele. 
Te wszystkie głosy nigdy nie będą Tobą, lecz kiedy dasz się im przechwycić to uwierzysz, że nimi jesteś. Będą zastygać Twoją twarz w maskę i unieruchamiać ciało, hamować i popychać do przodu, wciąż męczyć i męczyć. 
Ale one nie są Tobą. 
Ty jesteś czymś znacznie więcej. 

Nie możesz sobie wyobrazić tego, kim jesteś. 
Nie możesz sobie nawet wyobrazić tego, kim naprawdę jesteś. 

Nie ma niczego, co może Tobą zagrozić. Wszystko, co Cię przeraża woła Cię do bycia obrońcą, woła Cię do cichego heroizmu w Twoich wewnętrznych, lustrzanych przestrzeniach.  
Możesz być przestrzenią bezpieczeństwa dla wszystkich tych głosów. To daje siłę, która pozwala przejść przez wszystko. 
Myśli są tak blisko nas, nie sposób odnaleźć skąd się wydostają, jak w ogóle mogą zaistnieć w naszej świadomości. 
Nasza głębia nie jest na dole ani u góry, ona jest w ciele, ale głębia otwarta w ciele połyka całą rzeczywistość i wszystkich ludzi wokół Ciebie. Z tej głębi wyłaniają się, nie żadne rzeczy, ale żywe głosy, żywe istoty.  
Myśli, odczucia, emocje, uczucia i nawet percepcje są jak dzikie zwierzęta; będąc tak blisko Ciebie, fundamentalnie nie są Tobą. 
Są tak blisko Ciebie, że ucieczka od nich może je tylko wepchnąć głębiej w Ciebie, a więc uwięzić i odseparować w Twoim własnym ciele. 
Są tak blisko Ciebie, ale nie są Tobą. Będąc przeszłymi Tobą, nigdy nie mogą zyskać ontologicznego statusu CIEBIE. 
Ty jesteś czymś znacznie więcej. 

Jeżeli każdy niepokój jest uwięzionym głosem, każde zmartwienie wołającą o pomoc istotą to każda chwila cierpienia może być momentem wielkiej miłości. 
Taka czułość i miłość skierowana do samego siebie uzdrawia chorych, podnosi zmarłych. 
Ta siła jest dobra, niewinna i mocna - jest potęgą bez skazy, bez długu i zobowiązań, siłą bez przemocy, lecz wyposażoną w agresję, czujność, drapieżność i spryt - cechy szlachetnego królestwa zwierząt, w którym mieszka człowiek. 

Kochaj siebie. 
Wybacz sobie. 
Wyzwól się.