Przewiń na sam dół, żeby dowiedzieć się więcej o samym blogu.

czwartek, 21 września 2017

Jasne oczy




Jakie tempo ma Twoja percepcja świata? 
Pytanie brzmi absurdalnie, ale mamy obrazową wymierną: jednostki czasu.
Prędkość doświadczenia można odczuwać w sekundach, minutach, godzinach lub tygodniach.  
Starsi ludzie odczuwają świat wstecznie, w przeszłości. Pobudzony i rozjaśniony człowiek może uczestniczyć w każdej chwili swojego życia. Żadna technologia nie jest w stanie zapewnić szybkości, którą mogą osiągnąć nasza percepcja i zmysły. 
Rzeczywistość wciąż się obraca: ile rzeczy dzieje się pomiędzy przeczytaniem tego -> słowa...   


     i następnego? Zajrzyj pomiędzy, usłysz dźwięki zza okna, poczuj krzywiznę kręgosłupa, weź wdech - im szybsza percepcja, tym więcej szczegółów. 



Życie to nie ścieżka dialogowa lecz rojowisko drobnostek i wodospadów: w jednej chwili możemy uchwycić mnóstwo rzeczy, którymi świat nasyca się na naszych oczach, przez nasze uszy i nozdrza, pod rękami i skórą. 

Bycie nieuważnym zamula na to wszystko, zatapia w niewyraźny, szary stan który jest po prostu wypłaszczoną wrażliwością. 

Wiesz o czym mówię? Poczuj swoje życie pomiędzy jednym a drugim uderzeniem wskazówki zegarka. Co pamiętasz? Robisz coś, ale "robienie" to raczej ciągłość obowiązku, niż żywe i organiczne działanie. Siedzę w pracy przy komputerze, jadę kolejką do miasta, sprzątam kuchnię, ale co właściwie robię i widzę? Ile rzeczy dzieje się w tym wszystkim? Rzeczywistość się porusza, jest nieustanna, wiruje i wciąga w swoje przestrzenie. Zauważymy dopiero, gdy sami zwolnimy. 

Mistrzowie zen mówią o uważności z-chwili-na-chwilę. Uważność nie jest statycznym stanem, do którego się dociera. To raczej kontakt z przepływem, ruch wewnątrz ruchu, który można odnaleźć, wzmocnić i utrzymywać. Takie życie to rollercaster. Ta odurzająca ciągłość pomiędzy wyciągnięciem kluczy a otwarciem drzwi mieszkania: zręczne ruchy moich dłoni, trafienie prosto w dziurkę od klucza, nadgarstek i szczęknięcie zamka. Wchodzę do domu, właniam się w półmrok, który błyskawicznie unieważniam zapaleniem światła. Zapaleniem światła? Prawa dłoń sięga do włącznika, lewa chowa klucze do kieszeni. Wszystko robię jakbym biegł i jakbym tańczył. Pochyam się. Zdejmując buty zauważam kota; moje serce wypełnia ciepło, but sam się zdejmuje, dłonie sięgają po następny. Prostuję kręgosłup jakbym wyłaniam się ponad lustro wody, biorę wdech. 

I tak dalej i tak dalej,  wstępuję niepostrzeżenie w moment, równie niepostrzeżenie wyłaniając się z momentu poprzedniego. Nie ma tu żadnych chwil, tylko kontynuacja doświadczania. Chwila to twór umysłu, który traci uważność - drobina pamięci, pudełko na czas. 
Umysł wytwarza sytuację, układy i miejsca, a zmysły i ciało nieustannie chłoną rzeczywistość. To panoramiczna uważność; jakby zarzucanie sieci w morze błyszczące od ryb, łowienie, odnajdywanie, dostrzeganie. Możemy połączyć niektóre rybki w ścieżkę dialogową, jednak pewna gęstość szczegółów jest niemożliwa do ujarzmienia w znaczenie, kierunek i sens. Zbyt szybko i wodospadowo się wydarza aby zostać przechwycona. Przypomina to łączenie kropli deszczu w locie, wróżenie z kręgów na stawie.

W ten sposób czas przyspiesza, wykształcam świadomość sekundową, świadomość minutową. Zamieszkuję kolejne chwile, dotykam ich, dotykam i puszczam dalej. Samo bycie w świecie tak mnie angażuje, że ścieżki myśli nie są moim schronieniem i koordynatorem. Zostają raczej włączone w przeżywanie, zamiast je opowiadać i nim zarządzać; tracą swoją utwierdzającą i urzeczawiającą moc. 

Żyję.

czwartek, 14 września 2017

Efekt motyla i jasnowidzenie




William Adolphe Bouguereau - Les Oréades

Let's suppose that you were able every night to dream any dream you wanted to dream and you would naturally as you began on this adventure of dreams you would fulfill all your wishes. You would have every kind of pleasure you see and after several nights you would say wow that was pretty great but now let's have a surprise let's have a dream which isn't under control Well somethings going to happen to me that I don't know what it's going to be Then you would get more and more adventurous and you would make further and further out gambles as to what you would dream and finally you would dream where you are now 
-Alan Watts


Czy istnieje bardziej fascynujące wyzwanie niż przeniknięcie biegu zdarzeń?


Wczoraj wstałem trochę później niż zwykle. Nie kupiłem warzyw, jajek i pieczywa w pobliskim sklepie, nie minąłem dziwnie pachnącego mężczyzny docierając do swojej bramy, nie przypomniałem sobie o minionym wrześniu kiedy rozdąłem nozdrza od zapachu palonego drzewa.

Te chwile są jak drzwi i jak matka: otwierają się i rodzą. Molekuły dnia rezonują z moim układem nerwowym, wykrzesają kombinacje, którymi mogę podążyć, dalej /further/. Wolność to wielka ciekawość; przemierzam dzień z chciwie rozwartymi zmysłami, lecz nie czekam na nic. Muszę odwrócić się plecami (bo plecy nie mają oczu), żeby pozwolić się zaskoczyć.

A Tobie jak minął dzień? Trzeba otumanić życie, żeby coś o nim powiedzieć, inaczej nie dobylibyśmy słowa.
Niczym korniki, pracowicie drążymy swoje dni w miąższu drzewa życia. Tylko czasami nasze korytarzyki przetną się ze sobą. Umyka nam to jak wiele nam umyka, a poza tą mgłą niewiedzy rozpościera się cząsteczkowa złożoność życia, która nikogo nie obchodzi. Jak stawialibyśmy swoje kroki gdybyśmy mieli ją jasno przed oczami? Co byś począł ze swoimi planami, grafikami, multitaskami?

Nie mamy pojęcia co zaraz się wydarzy, chociaż bezczelnie nam się tak wydaje. 

Obezwładnienie złożoności życia zapewnia poczucie spójności; skoro wstawiłem wodę to herbata już jest w drodze. Jeżeli wyszedłem z domu, to zaraz będę w pracy. Robimy z życia trasę autobusu a potem narzekamy na szarą rzeczywistość. Szara rzeczywistość?

A gdyby tak zajrzeć za ten moment i podejrzeć co jest pod spodem?
Raz mi się udało i zobaczyłem mnóstwo dominikowych żyć skłębionych jak taśmy filmowe. Jakbym wypadł zza tekstury i utonął w...

 Leżę zniszczony na ziemi z zaciśniętymi pięściami, zasłona nie wpuszcza Słońca, nie wypuszczam światła do mnie. Spaceruję palcami zanurzonymi w jedwabnej sierści kota i wyczuwam zgrubienia... // ... nieregularności przepływu w rozmowie, małe zastrzyki bólu, mijają. Myślę o Tobie kiedy Ciebie nie ma. Pojawiasz się w drzwiach, ale to już inna taśma. (W tamtej nigdy nie wróciłaś.) Oczy są zamknięte, ciało zanurzone w wygrzanej Słońcem trawie. Światło zaróżawia powieki, myślę o poprzednim, (straconym) lecie. Myślę o następnym lecie pierwszego dnia jesieni (o tym, co będzie).  Myślę: wyławiam lisie ogony z siwego dymu, wypatruję twarzy w korze młodej brzózki. Co będzie?

Gdzieś pomiędzy myślami, nieuczynione: wygaszone przyszłości, niewyśnione sny, zalążki moich działań, zwinięte jak wąż serpentyny decyzji, gotowe wystrzelić z teraz, urodzić się. Oglądam je panoramicznym okiem a obrazy rozpędzają się pod spojrzeniem, pierzchają jak myszy. Które z nich podleję swoją ciekawością, które uśmiercę własnym dążeniem? Jak mam ich dotykać, żeby ich nie naruszyć? 

"Przypomniałem sobie pewien ranek, gdy zobaczyłem uczepioną kory drzewa poczwarkę właśnie w chwili,
gdy motyl rozrywał spowijającą go powłokę, przygotowując się do lotu.
Czekałem dość długo, ale motyl zwlekał.
Niecierpliwie schyliłem się i zacząłem go ogrzewać własnym oddechem.
I w moich oczach – szybciej, niż przewiduje natura – zaczął dokonywać się cud.
Powłoka opadła i wyszedł motyl, ale kaleki.
Nigdy nie zapomnę przerażenia, jakie odczułem, gdy zobaczyłem, że nie może rozwinąć skrzydeł.
Drżąc próbował tego dokonać wysiłkiem całego ciała – na próżno – choć pomagałem mu oddechem.
Potrzebny był tu cierpliwy proces dojrzewania. Skrzydła powinny wolno rozwijać się w słońcu.
Teraz było już za późno. Ciepło mojego tchnienia zmusiło go, aby opuścił poczwarkę przedwcześnie, pomarszczony niby embrion.
Drżał rozpaczliwie jeszcze chwilę i umarł na mojej dłoni.
Te leciutkie zwłoki motyla spoczęły ogromnym ciężarem na moim sumieniu.
Dzisiaj już wiem, że pogwałcenie odwiecznych praw natury jest śmiertelnym grzechem.
Nie wolno nam ulegać niecierpliwości, winniśmy z ufnością poddawać się wieczystemu rytmowi wszechświata.
Usiadłem na skale, aby przemyśleć to z Nowym Rokiem.
O, gdyby ten motyl, którego zabiłem, mógł lecąc przede mną wskazywać mi drogę!" 
-Kazantkakis

Jak uchwycić w słowa te tunele przyszłości wyzierające z każdego ruchu, drgnięcia strun głosowych i przeiskrzenia neuronów? One zawsze tam są. Co z nimi robić, skoro się je widzi? 
Rozbudzona świadomość widzi parenaście tuneli naraz. Szybkie szachy: zrobię to -> stanie się to, zrobiłem tamto -> doszło do tego.
Myśli rozwijają się w ścieżki, ścieżki giną na horyzoncie. Dalej w las, więc więcej drzew i mnóstwo (królestwo) zwierząt. Błądzenie czy spacerowanie, nie wiem. Wybieranie?

Wszystko co robimy ma następstwo, ale nigdy nie ułożymy z tego całości, którą moglibyśmy obracać jak kostką rubika. Przecież następstwa naszych czynów możemy dojrzeć dopiero w zaszłości, w ich dokonaniu. Prognozy przyszłości są naiwne jak plany zawodowe małych dzieci. Czy mogę jednak dostrzec przebłysk skutku w tej samej chwili, z której wywiązuje się działanie?

Tak.

Jedna akcja nie wywołuje reakcji, ale burzę następstw, katedralne architektury schodów po których można się wspinać, z których się zstępuje albo spada, na twarz. Nie sposób zarządzać taką złożonością, wszystko rozgrywa się zbyt szybko, ze mną w oku cyklonu. Trzeba odesłać namysł do lamusa i odnaleźć w sobie siłę, która umożliwi orientację i nawigację w tym królestwie.

Piszę o Rzeczywistości, tej zawsze aktualnej, która nawet w najspokojniejszym momencie odurza swoim bogactwem. Życie nie odróżnia doniosłych i zwyczajnych chwil, właściwie nie ma nawet tej chwili. Życie niesamowicie się dzieje, jego nieustanność jest orzeźwiająca. Żadne storyline nie jest w stanie go wyczerpać. 

Z tylu momentów mogę spaść, chociaż czas nie ma góry ani dołu, tylko uparcie upływa, upływa chociaż tyle razy powinien się skończyć. Tyle chwil jest jak katapulty, bomby rozpraszające chmury, nagłe połączenia, zbudzenia z jakiegoś snu, ostatnich kwadransów czy miesięcy, znowu jakoś się budzę, z czegoś się wybudzam i rozglądam z szeroko otwartymi oczami, biorę wdech, WDECH.

To wszystko wydarza się jednocześnie w jakiś nieprawdopodobny sposób. Obraca jak gwiazdy na niebie w przyspieszonym tempie. Chomik kręci się w kołowrotku, człowiek pędzi w hipersześcianie jak w brzuchu pralki.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Listy miłosne od ciała



Ignorancja jest przyczyną cierpienia, jak stwierdził Budda.   
Filozoficznie, można sprowadzić ignorancję do głupoty, zaś jako przeciwieństwo - a zarazem cel rozwoju- ukazać mądrość. 
To jednak wikła nas w pułapkę cudzysłowiu. "Ignorancja", "głupota" i "mądrość" są ideałami, zaś odnoszenie się do nich uruchamia podejście top-down. Ideały są drogowskazami, etykietkujemy nimi nasze działanie, czyli po prostu osądzamy siebie i innych. 
Ta strategia prowadzi do zbudowania rozłożystego systemu koncepcji, które sprawdzają i kontrolują działanie. 
Ten system jest drzewem ignorancji, jej rezultatem, produktem. 

Spójrzmy na ignorancję inaczej, osadzając ją w ucieleśnieniu. 
A jeśli "przeciwieństwem" ignorancji jest wrażliwość?  

Ignorancja przypomina mgły wojny w grach strategicznych. "Mgła wojny" to nieodsłonięty obszar mapy, na której rozgrywa się potyczka. 
Rozpoczynając grę, mamy odsłonięty niewielki obszar mapy, który możemy poszerzać naszymi eksploracjami. 
Ignorancja w Buddhadharmie jest naszą relacją do tego obszaru.  
Jest nim ciało; nasze niezbadane, intymne terytorium. "Wnętrze" jest słowem, które zrobiło wielką karierę w duchowości i dyskursach rozwojowych. Kierujemy się "ku swojemu wnętrzu", odnajdujemy w nim myśli, możemy je obserwować i coś z nimi podziałać. 
Jednak także z wnętrza można zrobić kategorię, która bardziej miesza niż rozjaśnia. 

Zajrzyjmy więc do wnętrza własnego ciała. Można poczuć od wewnątrz palce u stóp, pierś czy głowę. Za samą poznawczą możliwość takiego wglądu odpowiada kolekcja zmysłów cielesnych /haptics/: prioprocepcja, kinesteza i inne zmysły dotyku.  
Kiedy człowiek uczciwie zwróci uwagę na własne stopy to może odkryć, że nie może ich zlokalizować bez oczu. Zamykamy oczy i kierujemy uwagę w daną część ciała i odkrywamy, że niczego tam nie ma. 
To są właśnie mgły wojny, zaś dążenie do utrzymania ich można nazwać ignorancją. 

Fundamentalnym skutkiem ubocznym mnóstwa naszych działań jest odcięcie od ciała. Długo by mówić o tym, dlaczego to robimy. 
Sedno leży w tym, że istnieje w nas siła, która z ogromnym impetem oddala i odcina nas od wnętrza ciała. 
To odcięcie i oddalenie po prostu stępia wrażliwość; ludzie czują coraz mniej, co w nowoczesnym społeczeństwie osiągnęło skalę nieporównywalną do tysięcy lat naszego bycia na Ziemi. 

Stworzyliśmy kieszonkowe wszechświaty, które - chociaż żywią się energią ciała - funkcjonują dzięki jego zaślepieniu. 
Brak kontaktu z ciałem to brak kontaktu ze sobą. Spróbujmy to wyjaśnić, mówiąc o odkryciach płynących z ucieleśnienia. 

Wrażliwość skierowana na ciało rozjaśnia mgły, które je wypełniają. Ciało ma w sobie przestrzeń, która jest wypełniona życiem. Ogromna ilość zjawisk wydarzających się w ciele uchodzi naszej uwadze. Dopiero pewien próg bólu, ekscytacji czy pobudzenia przebija się przez mgłę i dociera do świadomości. Podkręcanie bodźców przez środki chemiczne i technologiczne służy właśnie temu; poczucia czegoś w warunkach codziennie wzmacnianego otępienia. Gdyby sam oddech nasycał ciało przyjemnością, czy używki byłyby potrzebne? 

Dlaczego więc tak gorliwie się otępiamy? Ponieważ życie, które rozbudza nasze ciało wymaga uwagi. Im więcej życia odkrytego w ciele, tym więcej czynników do których trzeba się odnieść. Ich odkrywanie i pogłębianie nie ma końca: człowiek odkrywa siebie jako rozwibrowany wszechświat, który dynamicznie reaguje na bodźce, innych ludzi, po prostu wszystko. 

Rozum jest bezbronny wobec takiej złożoności. Nie sposób skategoryzować zjawisk, ponieważ zbyt szybko się wydarzają i zmieniają. Trzeba odnaleźć inny sposób działania niż dotychczas przyjęty.  

Życie rozbudzające ciało nie jest jednak bezładne. Świadomość wykrywa w niej regularności, nie jest to jednak obserwacja przedmiotów. To raczej nieustająca rozmowa. Odpowiednia wrażliwość pozwala rozpoznać komunikaty i poruszać się w zgodzie z nimi.  
Człowiek wykształcił sposoby odniesienia i procedury decyzyjne, które opierają się na zestawie idei i wartości. Takie systemy mogą całkowicie ignorować wiadomości z ciała, a wręcz traktować je agresywnie.  
Nie mówię o ideologiach i intelektualnych poglądach, ale o podstawowych koncepcjach, których używamy do orientowania się w rzeczywistości. Już na tym podstawowym poziomie są one skłócone z życiem ciała, co wzbudza dojmujące poczucie konfliktu. 

Kontakt z ciałem pozwala wyróżnić sztywne koncepcje jako sztuczne. Koncepcje tworzą złudzenie wyjaśnienia, które przetwarza surowe sensacje płynące z ciała. Bycie zmęczonym, rozbudzonym, podnieconym, smutnym czy tęskniącym może zostać "przemieszczone"; przechwycone przez umysł i ubrane w koncepcje, co przypomina zwierze ubrane w uniform strażaka. Śmieszne? 
Śmieszne i groteskowe, ale smutne w skutkach. Nieustannie rozmijamy się ze sobą, ponieważ nie potrafimy rozpoznać komunikatu, ponieważ używamy nieskutecznego narzędzia. 
Bardzo często zmęczenie, stymulacja, tęsknota czy miłość są czymś zupełnie innym niż sugeruje umysł. Przechwycenie i podstawienie jest błyskawiczne; odczucie nie ma nawet szansy żeby się wyłonić, zostać usłyszane i zrozumiane. Dlatego ścieżki naszych działań są powykręcane, wypalamy mnóstwo energii na odkręcanie mimowolnie wzbudzonych problemów, ponieważ nie identyfikujemy jasno komunikatów. 

W świetle tego wszystkiego etyka jest po prostu zgodą z ciałem. Dodajmy tu tylko jedną myśl, czy wniosek: człowiek żyjący w zgodzie z ciałem zawsze działa uczciwie i szczerze. Sytuacje, do których doprowadzamy z tej perspektywy naturalnie prowadzą do pogłębienia, wglądu i uzdrowienia. Jakże są bogatsze od sztucznej życzliwości i kompromisów które budujemy, żeby pokojowo ze sobą żyć!  

Po długotrwałym procesie odzyskiwania i nawiązywania kontaktu z ciałem, rozpoznawania jego komunikatów człowiek uczy się działania w zgodzie z nimi, natychmiast. To znaczy: nie następuje opóźnienie konieczne na przetworzenie i interpretacje; energie wyłaniają się z ciała bez zahamowania, przyjmują postać ruchów, słów i spojrzeń. Dosięgają głębi drugiego człowieka i poruszają go. 
To naprawdę inny rodzaj istnienia i współbycia od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. 
Jego osiągnięcie wymaga lat i wielokrotnie przypomina ruch pod prąd, odbywający się w powszechnej ignorancji osób w otoczeniu. 
Obejmuje calutkie życie wraz z wypełniającymi je czynnościami, zadaniami, relacjami.  
Nie ma jednak nic piękniejszego, czemu człowiek - jako cały człowiek - może się oddać. 







wtorek, 22 sierpnia 2017

Ozdrowienie



"Istoty wewnątrz umysłu są tymi, które zwane są błądzonym i zwiedzionym umysłem, występnym umysłem, oszukańczym i fałszywym umysłem, przywiązanym i zazdrosnym umysłem, złym i zatruwającym umysłem. Wszystkie takie rodzaje umysłów są "wszystkimi czującymi istotami". Trzeba uwolnić je od ich własnej, wsobnej natury. To zwane jest prawdziwym wyzwalaniem" 
-Hui Neng

W zdrowieniu ludzi głęboko skrzywdzonych jest coś majestatycznego. 
Pierwsze kroki, pierwsze spojrzenia w lustro. Odzyskanie siebie. 

Ludowe opowieści mówią o oddzieleniu duszy od ciała, i skazaniu tych dwóch przyjaciół na błądzenie przez obce, ciemne krainy. 

Słońce pali skórę, a ciemność gubi kroki. Burze wyszarpują dusze z ciała, miotają nią na nici przezroczystej jak pajęczyna. 
Nić cienka jak brzytwa, ostrze jak skraj przepaści, potykanie się i upadki. Upadek w zagubienie, wynurzanie oczu i nosa ponad ciemną wodę, uderzanie zaciśniętymi dłońmi w mętną, czarną toń, bicie pięściami w zimną próżnię. 
Szarpiące ruchy napiętego ciała goniącego cienie, suche i martwe słowa w ustach, a potem w oczach najbliższych.  
Zagonione w kąt cienie wybuchające w czarne dziury. Myśli jak rączki rozczapierzone w powietrze: pragnące. 
Osamotnienie niemożliwe do zniesienia, ale tak uporczywie trwające, ostro oświetlone lampą pobudzonej, chorej koncentracji. 
Chore oczy, chore ręce, głowa zawieszona jakby na baloniku w trujących chmurach. 
Niszczenie rzeczy w dłoniach i wyślepianie ludzi chorymi oczami. 
Jedyną ucieczką jest otępienie, zadymienie tej przestymulowanej percepcji, wytrzeszczonego oka, które tęsknie patrzy ale nie może ZOBACZYĆ. Zaciśniętych dłoni, które nie mogą DOTKNĄĆ, skóry jako pancerza, egzoszkieletu, blokady.
Otępienia: wyprucia się z sił, ograbienia z witalności, lub wypalenia siły życiowej do popiołów. 

Nie ma wyjścia od pierwszego kroku: otworzenia oczu i serca na to wszystko. Niesienia tego jakiś czas, klucząc pomiędzy ludźmi, zmuszając się do obowiązkowych czynności. 
Człowiek jak zwierzę, jak dziecko: błądzi samo po ulicy, potrącane i przewracane przez Dorosłych, Obcych.  
Opuszczone, zgubione, opuszczone, zgubione, opuszczone, zgubione, opuszczone, zgubione. 
Ono nie wie co się dzieje - nie wyjaśnisz jemu, co ma robić. Ono nie rozumie, nawet nie sfabrykuje zrozumienia. 
Dziecko, czy Ja? 

Ja. 
Nie odnajduję siebie, tylko już jestem odnaleziony. Chwile przedtem jakby nieistniejące: w końcu >>mnie<< nie było. Wszystkie moje poprzednie punkty wyjścia i postawy jakby skądś indziej; bo przecież mnie nie było. 
A teraz jestem. 
I widzę zwierzę, widzę dziecko, widzę już to, już nie jestem tym, jakoś inaczej Jestem.  

Mówimy o kontakcie, mówimy o byciu ze sobą, mówimy o sercu czy samorelacji. Jej istota prześlizguje się pomiędzy słowami, pomiędzy uwagą przeskakującą z jednej strony na drugą, a w mgnieniu przeskoku czującą sam KONTAKT. 
Jest albo go nie ma. Kiedy go nie ma, jest fabrykowany, jak rusztowania wznoszące na bagnie, na próżni, na czarnej dziurze. Wciąż mówię sobie że jestem, protezuję tym czy innym moje ego, bronię swojego ego, opancerzam i ścieśniam jak buty chińskich kobiet. Rośnie zdeformowane, implodujące do środka, jak chore drzewko. 

Ale co, jeżeli możesz się wyzwolić? 
Możesz powstać z tego wszystkiego. 
Możesz odzyskać siebie. 
Możesz dbać o siebie. 
Możesz chronić swoje dziecko. Dostrzeżenie go na zatłoczonej ulicy jasnymi oczami wyzwala ogromną siłę, tak rozwibrowaną życiem i tak pewną i niewzruszoną, jak cisza w samym środku trzęsienia ziemi. 
Chronić, chronić, chronić, chronić, chronić, chronić, chronić, chronić.  


Wszystkie odcięte i porwane cząstki, zamrożone w komórkach ciała chwile, kiedy byłeś niemowlakiem, dwulatką, pięciolatkiem, dwunastolatką. Chwile które rozdarły delikatną percepcję dziecka, które złamały serce pogubionym nastolatkom, zwaliły z nóg wszystkich Ciebie z przeszłości, skutkując zamknięciem ich głęboko w Twoim własnym ciele. 
Te wszystkie głosy nigdy nie będą Tobą, lecz kiedy dasz się im przechwycić to uwierzysz, że nimi jesteś. Będą zastygać Twoją twarz w maskę i unieruchamiać ciało, hamować i popychać do przodu, wciąż męczyć i męczyć. 
Ale one nie są Tobą. 
Ty jesteś czymś znacznie więcej. 

Nie możesz sobie wyobrazić tego, kim jesteś. 
Nie możesz sobie nawet wyobrazić tego, kim naprawdę jesteś. 

Nie ma niczego, co może Tobą zagrozić. Wszystko, co Cię przeraża woła Cię do bycia obrońcą, woła Cię do cichego heroizmu w Twoich wewnętrznych, lustrzanych przestrzeniach.  
Możesz być przestrzenią bezpieczeństwa dla wszystkich tych głosów. To daje siłę, która pozwala przejść przez wszystko. 
Myśli są tak blisko nas, nie sposób odnaleźć skąd się wydostają, jak w ogóle mogą zaistnieć w naszej świadomości. 
Nasza głębia nie jest na dole ani u góry, ona jest w ciele, ale głębia otwarta w ciele połyka całą rzeczywistość i wszystkich ludzi wokół Ciebie. Z tej głębi wyłaniają się, nie żadne rzeczy, ale żywe głosy, żywe istoty.  
Myśli, odczucia, emocje, uczucia i nawet percepcje są jak dzikie zwierzęta; będąc tak blisko Ciebie, fundamentalnie nie są Tobą. 
Są tak blisko Ciebie, że ucieczka od nich może je tylko wepchnąć głębiej w Ciebie, a więc uwięzić i odseparować w Twoim własnym ciele. 
Są tak blisko Ciebie, ale nie są Tobą. Będąc przeszłymi Tobą, nigdy nie mogą zyskać ontologicznego statusu CIEBIE. 
Ty jesteś czymś znacznie więcej. 

Jeżeli każdy niepokój jest uwięzionym głosem, każde zmartwienie wołającą o pomoc istotą to każda chwila cierpienia może być momentem wielkiej miłości. 
Taka czułość i miłość skierowana do samego siebie uzdrawia chorych, podnosi zmarłych. 
Ta siła jest dobra, niewinna i mocna - jest potęgą bez skazy, bez długu i zobowiązań, siłą bez przemocy, lecz wyposażoną w agresję, czujność, drapieżność i spryt - cechy szlachetnego królestwa zwierząt, w którym mieszka człowiek. 

Kochaj siebie. 
Wybacz sobie. 
Wyzwól się.


sobota, 12 sierpnia 2017

Wprowadzenie do Dharma Ocean i grupy studyjnej w Trójmieście



DHARMA OCEAN 

Dharma Ocean jest społecznością praktyków w Kolorado (Północna Ameryka) oraz na całym świecie, która podąża ścieżką ucieleśnionej duchowości. Dharma Ocean jest nie-monastycznym lineażem opartym na ludziach świeckich, tzw. joginkach i joginach (praktykach), dla których medytacja somatyczna jest życiowym priorytetem. 

Dharma Ocean to inspirująca i żywa wspolnota, w której głęboko dbamy o siebie. Nie jesteśmy jednak zorganizowaną religią. Jesteśmy dużą i rozproszoną społecznością bez sprecyzowanych granic, ale połączonych wspólną inspiracją skierowaną na ciało i codzienną Miłość życia. Nie trzeba podpisać żadnego formularza ani spełnić szeregu wymagań, żeby być częścią naszej społeczności somatycznych praktyków. Poprzez połączenie się z naukami, już jesteś członkiem lineażu, a jej płomień zaczyna w Tobie płonąć.  

Dharma Ocean jest tłumaczeniem tybetańskiego imienia Trungpy, Chökyi Gyatso i odzwierdla podstawową misję transmisji nauk Trungpy Rinpoczego skierowanej do współczesnego świata.  

Podstawowe wartości fundacji Dharma Ocean.

Ucieleśnić, uwolnić i szeroko udostępniać unikalną drogę do przebudzenia i ludzkiego spełnienia nauczanego przez Chogyama Trungpę, Reggiego Raya i jego starszych uczniów, tworząc żywą wspólnotę praktykujących. 

1. Ukazywać fundamentalne dobro ludzkiej istoty - nasze własne wzrodzone ucieleśnienie i wewnętrzną doskonałość 

2. Świętość całego życia i doświadczania - wszystko, co się pojawia jest ekspresją wielkiej mądrości i potencjalnymi bramami do natychmiastowego przebudzenia 

3. Codzienna praktyka "nieodwracania się" - aby rozwinąć postawę całkowitej akceptacji i otwartości skierowanej na doświadczenie, i odnalezienie w tym transformacji spełnienia i urzeczywistnienia, którego tak wielu ludzi poszukuje.



ZAŁOŻYCIELE


Dharma Ocean i lineaż Dharmasagara są utrzymywane przez doktora Reginalda Raya oraz Caroline Pfohl. Jako współ-dzierżcy (co-lineage holders), na nich spoczywa odpowiedzialność rozwoju i prezentacji nauk Dharma Ocean dla świata. Pod tym przewodnictwem, starsi studenci zostali wyszkoleni jako nauczyciele i obecnie przekazują nauki i praktyki Dharma Ocean poprzez programy realizowane na miejscu i online, a także przez prowadzenie lokalnych wspólnot (sangi). 




Dr Reginald Ray jest współzałożycielem i duchowym dyrektorem fundacji Dharma Ocean oraz emerytowanym profesorem zwyczajnym na uniwersytecie Naropa.  Ukończył studia religioznawcze w Divinity School na Uniwersytecie Chicago. Jego promotorem był Mircea Eliade, jeden z wiodących historyków XX wieku, m.in. autor "Archaicznych Technik Ekstazy". Reggie studiował także z jungowską terapeutką Dr June Singer, a także samodzielnie przeszedł przez proces terapeutyczny. 

W 1970 roku Reggie poznał  Chögyama Trungpę, tydzień po tym jak nauczyciel dotarł do USA. Ray został jednym z jego pierwszych uczniów. Przeprowadził roczne badania w Indiach, ale także podróżował po innych miejscach świata, kontaktując się z szamanami z Ameryki Południowej, ale także rdzennymi ludami Afryki. Współpracował z afrykańskim szamanem Malidome Somé. Od dwudziestego roku życia zgłębiał somatyczne techniki wschodu i zachodu, tradycyjne i współczesne, praktykuje także regularnie Qigong. Mądrość tych tradycji może być odnaleziona w naukach i praktykach Dharma Ocean.

 W 1974 przeniósł się do Boulder, gdzie zasiadł w radzie studiów buddyjskich Uniwersytetu Naropa. Przez trzydzieści pięć lat działał w Naropie, rozwijając wiele inicjatyw i projektów Trungpy. Jako uczony i profesor działał w całym Stanach Zjednoczonych i Europie. Reggie spędził łącznie 6-7 lat na różnych odosobnieniach, zarówno je prowadząc jako nauczyciel, jak i w samotności jako jogin.  

Caroline Pfohl jest współzałożycielem i dzierżcą lineażu Dharma ocean. We wspólnocie pełni rolę Desug (Obrońcy Radości). Caroline założyła także fundację Hemera poświęconą przedstawianiu świeckich, kontemplatywnych praktyk szerokiemu społeczeństwu, z naciskiem na edukacją, kobiety i dzieci oraz sztukę.  
Ukończyła poziom magisterski w szkole Wharton na uniwersytecie Pensylwanii, a także w słynnej London School of Economics. Współpracowała z międzynarodowymi korporacjami oraz NGOs,włączając w to UN w zakresie planowania strategicznego.

Caroline natrafiła na nauki Reggiego Raya we wczesnych latach zerowych (po 2000 roku). Kiedy pierwszy raz uczestniczyła w programie Dharma Ocean odnalazła silne połączenie z lineażem oraz osobiście z Reggiem. Jej wkład w organizację doprowadził do poszerzenia działalności Dharma Ocean o internet, zbudowanie ośrodka odosobnieniowego Blazing Mountain oraz podróży Reggiego po całym USA. 
W programach Dharma Ocean Caroline szczególnie zaangażowała się w praktyki dot. przestrzeni serca (bodhicitta) oraz relacji i partnerstwa. Jako Desung dba także o uzdrawianie, zdrowie i dobrobyt społeczności. W fundacji Hemera zajmuje się wczesnym rozwojem dzieci, systemami edukacji i wsparciem psychologicznym w kontekście kontemplacji. 



ZASADY: Zaangażowanie: komunikacja i praktyka.

Grupa studyjna powstała, żeby zgłębiać nauki i wykładnię lineażu Dharma Ocean, a przede wszystkim nauczyć się praktyk, które mogą mieć transformujący wpływ na nasze działania, relacje i poznanie. Żeby jednak to mogło "zaskoczyć" potrzebne jest pewne zaangażowanie. 

Wielu ludzi ma alergię na słowo "powinieneś", nie mówiąc już o "poświęceniu", poczuciu obowiązku czy odpowiedzialności. 
Zależy nam na uniknięciu ciężarków, które są pod nie podczepione. Zaangażowanie jest bliższe fascynacji, żarliwości czy zakochaniu niż wypełnianiu obowiązków.
Spójrzmy na zaangażowanie w świetle rezultatów, które może nam przynieść: owoców praktyki. 

Praktyka duchowości somatycznej nie tylko rozpuszcza nasze napięcia i umożliwia głębszą wrażliwość i relaks, ale także wyposaża nas w nowe możliwości. Polega to na cierpliwym wykształcaniu nowych połączeń nerwowych, dzięki którym możemy ucieleśniać się z momentu na moment

Ucieleśnienie to możliwość odczuwania ciała od wewnątrz, jako różnych obszarów (stopy, obszar miednicy, obszar piersiowy, gardło, głowa) wtopionych w całość ciała. Ucieleśnienie to kontakt ze swoim ciałem, kontakt ze sobą. To nasz podstawowy cel droga w lineażu Dharma Ocean.

Ten stan jest na początku bardzo kruchy i ciągle nam "ucieka". Kiedy dajemy się rozproszyć przez codzienny zgiełk, mimowolnie odcinamy się od ciała. Możemy to rozpoznać po objawach: naszą głowę rozpychają myśli, ciało jest otępiałe i obolałe od napięć, świadomość zawężona (wwiercająca się w myśli). 

Dlatego, aby ustanowić głębszą, odporną na zwroty życia relację z ciałem, potrzebujemy regularności, zafascynowania i odpowiedzialności. Ich odnalezienie jest możliwe dzięki zaangażowaniu.  

Grupa służy do wspólnego odświeżania i odnawiania tego w sobie. Chcemy naruszyć nasze "zbite" nawyki zachowania i myślenia /habitual patterns/, troche zmienić ścieżki, którymi dreptamy w świecie. Te zmiany zachodzą na poziomie poznawczym i fizjologicznym, dlatego oddziałują na wszystkie rzeczy, które robimy, sytuacje w których jesteśmy.  
Dzięki ucieleśnieniu możemy inaczej być w świecie, zwiększyć pole manewru naszych ruchów, poruszać się swobodniej. Doznawanie przyrody i relacje z innymi ludźmi nabierają nowych odcieni, które wyzwalają zachwyt i twórczą inspirację.  

Zmiana głębokich wzorców działania i percepcji może kojarzyć się z ciężką pracą i oporem. Świat nieustannie wtłacza nas w nie z powrotem, bo inaczej nie umiemy sobie z nim radzić.  
Ten wysiłek może stać się bezwysiłkowy /effortless effort/, inspirujący i radosny dzięki zaangażowaniu.  

Tak naprawdę im szybciej dojdziemy do pierwszych rezultatów praktyki, tym łatwiej nam potem osadzić się w nowym postrzeganiu. Bycie hipnotyzowanym przez słowa charyzmatycznych ludzi nie jest konieczne. Odkrywamy zmiany w ciele dla siebie, na swój unikalny sposób.

W praktykach Dharma Ocean możemy wzbudzić w sobie odczuwalne przekształcenia w naszym poznaniu, takie jak: 

-odnalezienie przyjemności i schronienia w ciele 
-uwrażliwienie zmysłów, które umożliwia "rozsmakowanie się" w czego doznajemy 
-większe bogactwo stanów emocjonalnych (obustronnie) 
-intensyfikacja "witalności" ciała, więcej poczucia mocy czy siły na co dzień 
-niesamowita, utrzymująca się przyjemność z samych procesów fizycznych: oddychania, poruszania się, rozciągania, fizycznej bliskości z innymi ludźmi  
I wiele innych!   

Wspólne zaangażowanie znajduje swoją ekspresję w:  
1. płynnej, regularnej komunikacji między nami
2. codziennej praktyce w ilości min. 25 minut (Reggie sugeruje godzinę, a wieloletni praktycy spędzają zwykle 3 godziny dziennie na praktykach różnych rodzajów)  


1. Komunikacja: 
Mówienie i słuchanie o ucieleśnieniu przypomina o nim oraz integruje ucieleśnienie z różnymi codziennymi zadaniami. Ucieleśnienie nie może być wyizolowane do specjalnego czasu praktyki. 
Wymiana myśli i doświadczeń z żywymi ludźmi odświeża nasze ucieleśnienie, inspiruje do jego przywracania. 
Nasze rozmowy są najlepszym sposobem uczenia się i przyswajania. 
Komunikacja daje także poczucie bliskości i wspólnoty. Znajdujemy wspólny słownik i język do myślenia o naszym wnętrzu, jego procesach, mówimy do życzliwych uszu o naszej radości no i zmartwieniach i cierpieniu.  
Nie chodzi o komunikację jako zasadę, która pcha nas do mówienia. Każdy dociera do siebie ze swoim tempem, docieranie jednak rozpoczyna się od przyzwolenia, lekkiego otwarcia. Stąd angielska nazwa "community": zjednoczenie wspólnoty i komunikacji. 

2. Regularna praktyka 
Jak pisałem, ucieleśnianie się jest procesem, który wymaga czasu, pielęgnacji i uwagi. Wiele zmian zachodzi niepostrzeżenie i uwidacznia się dopiero podczas przełomów. 

Codzienna praktyka nadaje rytm, relaksuje, wyostrza zmysły i koncentrację, a także dodaje energii. Nauczenie się regularności bez zbędnej ingerencji superego, bez napięć także zajmuje czas. Nasza obowiązkowość często jest neurotyczna i konfliktowa: to spuścizna po naszych rodzicach. 

Praktyka jest higieną percepcji, często przypomina bardziej prysznic niż mistyczną przemianę. Gonitwa myśli, napięcia i sztywne ciało, ospałość, obolałość czy przemęczenie niekoniecznie jest rezultatem głębszych problemów. To po prostu warstwa kurzu, która osiada na naszej percepcji. Stopniowo możemy nauczyć się, jak dbać o siebie bardzo instynktownie, a także uwolnić uzdrawiającą samoregulację naszego ciała.  

Dlatego codzienna praktyka jest konieczna do satysfakcjonującego życia i jego rozwoju. Wspieramy się w niej nawzajem, a także robimy ją podczas spotkań. 












czwartek, 27 lipca 2017

O Świętej Rzeczywistości






Poznaje się świat, poznaje język opisu świata, ale nie poznaje się siebie. Większość ludzi – prawie wszyscy, jak sądzę – do śmierci nie nauczy się języka, w którym mogliby siebie opisać.
Kiedy mówię o kimś, że jest tchórzem, to znaczy, że uważam, iż zachowuje się tchórzliwie – nie znaczy to nic więcej, ponieważ oczywiście nie zajrzę mu w głąb duszy i nie dowiem się, czy jest tchórzem. Tego języka nie mogę jednak użyć do opisu samego siebie: w zakresie mojego doświadczenia pozostaję jedyną osobą, dla której słowa, czyny, zaniechania stanowią zaledwie blade i w gruncie rzeczy przypadkowe odbicie tego, co kryje się pod nimi, co stanowi ich przyczynę i źródło. Istnienia owego źródła doświadczam bezpośrednio, podczas gdy części mych zachowań nie jestem w ogóle świadom, a wszystkie odbieram w sposób niepełny, skrzywiony. Sami zawsze ostatni się dowiadujemy, jakiego idjotę zrobiliśmy z siebie w towarzystwie. Lepiej znamy intencje naszych czynów niż owe czyny.  Lepiej wiemy, co chcieliśmy powiedzieć, niż co naprawdę powiedzieliśmy. Wiemy, kim chcemy być – nie wiemy, kim jesteśmy.
Język do opisu naszych zachowań istnieje, ponieważ tej rzeczywistości doświadcza wielu ludzi i mogą między sobą omówić czyjąś ostentacyjną uprzejmość lub czyjeś faux pas. Język do opisu mnie samego nie istnieje, ponieważ tej rzeczywistości nie doświadcza nikt poza mną.
Byłby to język do jednoosobowego użytku, język niewypowiadalny, niezapisywalny. Każdy musi go sam stworzyć. Większość ludzi – prawie wszyscy, jestem przekonany – do śmierci się na to nie zdobywa. Co najwyżej powtarzają w duchu cudze opisy własnej osoby, wyrażone w owym języku pochodnym – w języku drugiego rodzaju – albo wyobrażają sobie, co by w nim o sobie powiedzieli, gdyby dane im było spojrzeć na siebie z zewnątrz. Żeby cokolwiek o sobie rzec, muszą sami dla siebie uczynić się obcymi.-Jacek Dukaj, Lód




Moim pierwszym słowem, które odnosiło się do sfery przeżyć było "klimat", czy "atmosfera". 

To moje pierwsze słowo z języka pierwszego rodzaju: pierwsze słowo intymne, które opisywało to, co czułem, ja: dla mnie.


Jako dziecko, bywałem w różnych miejscach, z czego najbardziej pamiętam Sopocki las i spacery z dziadkiem. Wówczas czułem w sobie coś niezwykłego, co nazwałem - tak po dziecinnemu - klimatem. 

Potem wracałem do domu i odświeżałem to odczucie w zaciszu mojego pokoju. Pewnego dnia odkryłem, że ów "klimat" odżywa we mnie, kiedy przywołuję go pamięcią. Nieuchwytne i subtelne wrażenie. Podobnie w snach: bardzo rzadko je pamiętam, lecz pamiętam atmosferę przenikającą sen, z którego się wybudziłem. 
Wrażenia wykrzesane z niemożliwych sytuacji, w których uczestniczyłem jako śniące dziecko. Budziłem się ze zdziwieniem, a w życiu nie istniał słuchacz: człowiek, któremu mógłbym o tym opowiedzieć. 
Bardzo tęskniłem. W miarę dojrzewania, zacząłem szukać drogi do klimatu, żłobiąc ją poprzez język. Moje działania ślepo zaczęły się orientować do tego celu.

Odkryłem, że nie da się tego wzbudzić swoją wolą. Bezradnie ścierałem drogocenne wspomnienia by doznać klimatu przez moment. Odkryłem, że on może przyjść tylko sam, tak jak motyl może sfrunąć na dłoń. Odkryłem, że klimat wyzwala się ze zdarzeń minionych: wspominając letni obóz lub wydarzenia z zeszłego roku, odkrywałem otaczający je niesamowity nimb, aurę. Właśnie klimat.   

Podczas spacerów w Sopockim lesie odnajduję miejsce, które w genealogii moich wspomnień zajmuje zaszczytną, pierwotną pozycję. 
Po prawej stronie w sopockim lesie znajdują się stare, spróchniałe deski. Zapytałem kiedyś dziadka o te deski i wyjaśnił mi, że chronią one ziemię przed obsunięciem. "To takie tamy" - powiedział dziadek. Układały się w stopnie, jakby tarasy. 

Odświeżałem w sobie to wspomnienie chyba tysiące razy. Udawało mi się wejść do środka i przez mikroskopijny, pozaczasowy moment byłem tam: byłem paruletnim dzieckiem obok dziadka, który prowadził jamnika na smyczy.  
Udawało mi się chwilowo zapomnieć o swojej obecnej tożsamości, o całym moim życiu i żrących je zmartwieniach i problemach. 
Starłem do wspomnienie na proszek i został z niego okruszek, ziarenko, atom...
...ale kiedy uda mi się do niego podłączyć, albo samo do mnie przychodzi, wszystko ożywa na powrót.  


Mój ruch w stronę tego, co nazwałem klimatem był zupełnie ślepy i instynktowny. Poznałem coś i zacząłem tego szukać w głębi swojego doświadczenia.   

To był mój pierwszy krok, a potem szedłem dalej. I zacząłem rozumieć, i chyba zrozumiałem. 

Pozwól, że wyszeptam to do Twojego ucha:
Żyjemy w Świętej Rzeczywistości. 

Czy odrobina wspomnienia, najmniejszy atom klimatu może nagle wybuchnąć jako cała Rzeczywistość?

Możemy odkryć ją na moment, tak jak widzi się twarz człowieka w oknie samochodu, który spływa deszczem. Jest jak rozpoznanie ojca w ulicznym tłumie ludzi po drugiej stronie planety, w obcym mieście, po jego śmierci. 
Synku, jak wyrosłeś - mówi do mnie. 
Mówi, bo Rzeczywistość z nami rozmawia.

Mówi deszcz, mówią mijający ludzie i mówią wydarzenia. Bóg nie rozmawia z człowiekiem zrzucając mu na głowę kamienne tablice: mówi przez zdarzenia i sytuacje, ich ciąg, ich rozwój, ich objawianie. 

Jaka jest wiadomość? 
Wiadomość to poruszenie. Czuję, jak wpływa na mnie dwudniowy deszcz zalewający Sopot. Jestem poruszany. 
Odkrywam, że deszcz jest żywy i się do mnie zwraca. To ruch ku mnie, który jest osobisty. Rozpoznaję go w sobie, bo go przyjmuję. Daję się poruszać Rzeczywistości dookoła mnie. Poruszam się w zgodzie z potężnym Nurtem. Potężnym, wielowymiarowym i złożonym. 
Wiosłuję po nim moimi działaniami, rozbudzającymi - w niepojęty sposób - kręgi wodne w tym Nurcie. Moje działania nie są moim domem; pozostaję otwartym i wystawionym na Rzeczywistość.  

Ujrzenie Rzeczywistości jako całości uświęca ją. Starannie uwalniam uwięzione kawałki, rozluźniam ich granice. Ludzie przestają być ludźmi i stają się sytuacjami. Paru ludzi tworzy wielość wkomponowaną w pogodę, miejsce w którym jestem, moje zmęczenie i ból moich pleców. Wszystko miesza mi się nieprawdopodobnie, aż do zatracenia obrysów. Rzeczywistość rozlewa się i nie ustaje: trwa trwa i trwa. Ludzie zwracają się do mnie i wchodzą głęboko: nie blokuję ich swoją skorupą, ale przyjmuję w moją głębię. 
Każdy kontakt może być rodzajem wystawienia. Obserwuję, jak rozmowy tekstowe ożywiają mój umysł: jak bardzo funkcjonuję w chmurze komunikacji.  
(Odpowiednie moduły z mozołem wykonują moją pracę: sprawdzania claimów 😄.) 

Święta Rzeczywistość to Ty.    

Rzeczywistość jako całość nie jest bezładną strugą. Rzeczy są zanurzone w niej: unoszą się jej nurtem, wzbijają na fale, zapadają w głąb. Wszystkie one jednocześnie są nią. Jako Ona, jest Ty. Jesteś. 

Jesteśmy. Jesteśmy Razem! Spędzamy nieustannie czas, współporuszając się. Odnajdujemy swoje ścieżki i spacerujemy nimi. Spotykamy się - zawsze Ja i Ty - w różnych miejscach, jednak zawsze razem. 
Ta spójność, zbliżenie wszystkiego jest tak kojąca i wzbudza zachwyt. 

JAK zmienia się w JEST: Rzeczywistość JEST tylkojedną żywą istotą, w którą się wpatruję, którą czuję, od której uciekam i to wszystko dzieje się w nieprawdopodobnie ciągłej komunikacji.
Tysiąc oczu patrzy we mnie, tysiąc rąk mnie dotyka, tysiąc ramion niesie mnie przez świat, tysiąc uszu słyszy moje myśli. 


JESTEM TYLKO JA I TY, nasze MY, nasze RAZEM, już zawsze.










niedziela, 16 lipca 2017

O cudzie współbycia :)




Dedykuję TOBIE 💓

Dlaczego niektórzy ludzie odnajdują tak głębokie porozumienie, które dla innych może być tylko piękną fikcją? Mój tekst jest poświęcony relacji miłosnej, ale może być przydatny także w każdej innej. Obecność Miłości jest jednak kluczowa do zaistnienia skarbów, które staram się poniżej opisać.


Bycie z ukochanym człowiekiem jest rodzajem cudu. Oddanie go w słowach jest wyzwaniem, które mobilizuje nie tylko wszystkie siły ekspresji, ale także świadomość ich zasięgu i zastosowania. 

Różne rodzaje pisarstwa usiłowały już oddać cud współbycia, komponując wiersze i pieśni, tworząc koncepcje takie jak rezonans limbiczny, czy idącą w miliardy historię wspólnych wcieleń.   

Wszystkie są jednak środkami ekspresji. Złożone naukowe wywody budują pewność. Ułożone, rytmiczne dzieła oddają złożone piękno współbycia poprzez moc tekstu i ludzkiego głosu.  
Wiara we wspólne wcielenia dodaje głębi podkreślonej ilością: spędziliśmy razem tysiące żyć, będąc dla siebie rodzicami i dziećmi, kochankami i wrogami. 
Nasze obecne współbycie jest kulminacją tego wszystkiego. To dlatego nasze słowa i uczucia rozpoznają swoją bliskość. Bliskość przykrytą zapomnieniem, które nie ujmuje jej intensywności.  

Powyższe środki proponują odpowiedzi i wyjaśnienia, lecz w tym tekście szukam czegoś innego. Chcę ułożyć słowa tak, aby rozjaśnić cud współbycia. 
Słowa mają nie służyć roztaczaniu pięknej fikcji, którą ktoś mógłby wkładać w swoje życie. Chodzi o proste rozumienie. 

***

Martin Buber, austriacki filozof i religioznawca odnalazł na to dobry sposób. Esencją pisania Bubera jest relacja Ja i Ty. Tekst, rozwijany na tej parze słów staje się dialogiem, odbywa się w relacji.  

Ja i Ty jest współbyciem. 
Nie jest to jednak zlepienie dwóch odrębności w karykaturalną syjamską kukłę. Nie jest także ustaloną umową pomiędzy osobnymi Ja i Ty, który poprzez wymianę (i handel) zaspokajają swoje potrzeby (tzw. egoism a deux). Te rozwiązania są porażką dla współbycia; porażką, którą tak często obserwujemy w naszych związkach... 
Współczesne zmiany obyczajowe wytworzyły także inne postacie związków, którymi ludzie regulują swoją bliskość. Związki otwarte, poliamoryczne, szwedzkie Särbo, postawy minimalizujące odpowiedzialność to tylko niektóre z nich.

Takie projekty związkowe to formy, które służą regulacji bliskości oraz przedłużeniu lub naprawie tego, co zepsute lub utracone. Są także pewnym unieruchomieniem, w które popadamy mimowolnie lub które ustalamy.   


***

Współbycie kieruje uwagę w inną stronę, potrzebujemy też innych słów, aby wyrazić pole, w którym może zaistnieć.

Mówię o żywej relacji: wymianie komunikatów, odnoszenia się do siebie nawzajem (relating with each other).  

Odnoszenie się jest ruchem w stronę kochanej osoby.

Ty pytasz - Ja odpowiadam. Ty wypowiadasz - Ja odpowiadam. Ty robisz - ja się odnoszę. To jak kolejne kroki stawiane przez parę nóg, czy skrzydła uderzające harmonijnie w powietrze.

Mnóstwo działań i myśli pośrednio nawiązuje do ukochanej, a przez to się odnosi - sięga - dociera. 
Nie chodzi tu wyłącznie o komunikację niewerbalną; na kolejnych stadiach relacji pewne myśli rodzą się już w odniesieniu do ukochanej osoby. Jeżeli nie odniesie się ona bezpośrednio, ponieważ myśl nigdy nie zostanie wypowiedziana, odniesie się do mnie jako układu, który uległ zmianie przez myśl, która narodziła się specjalnie dla niej. Do tego jeszcze wrócę. 


Każde odniesienie się jest zaproszeniem: robię coś i czekam, co sama zrobisz. To ekscytujące; Twoja odpowiedź wypływa całkowicie z Ciebie - ze sfery Innej ode mnie, a więc nieznanej. Wypowiadam coś i obserwuję, jak wyłania się...najpierw ukazuje w oczach...i już jest.
 Niezależnie od głębin porozumienia, jakie mogą osiągnąć ludzie, każda odpowiedź nadchodzi z Nieznanego i dlatego jest nowa! 

Nigdy nie przewiduję, co powiesz -oczekiwanie na odpowiedź narasta we mnie jeszcze zanim skończę. Rzucam słowa w powietrze i pozostaję otwarty. Odpowiedź trafia mnie prosto w serce, rozlega się we mnie, na tafli umysłu namnażają się kręgi wodne, jakby zaczęło padać. Czasami moje odniesienie się jest staranne, bo ważę słowa, czasami zupełnie spontaniczne. 
Rozmowa nie kończy się, gdy przestajemy rozmawiać; mój umysł dalej wyradza z siebie rzeczy, pozostaję dotknięty długo jeszcze zanim się rozstaniemy, rodzę i rodzę.


(Ludzie usiłują okiełznać  Nieznane i jego niespodzianki podstawiając pod partnerów ich wyobrażenia - biorą z pamięci pulę ich reakcji, obiektywizują je jako nawyki i wyczekują na powtórzenia. Ta mimowolna strategia wynika ze strachu, którą mamy przed tym, co do nas przychodzi. Wolimy odnosić się do znanego, czyli defacto do siebie samych! Czym jest bowiem dla mnie moja własna pamięć, jeżeli nie czymś moim, opisanym jako "Ty"? To jest fałszywe Ty. I niby w ten sposób mam Cię "znać"?)  

Strumień współ-odnoszenia się (co-relating-with) nie jest jednak wymianą (sharing), ani handlem. Nie zachodzi tu wymiana konkretów: rzeczy, komunikatów, czegoś. Wypowiadalne konkrety są jedynie pretekstami albo interface'm całego procesu, w którym poruszamy siebie nawzajem. 

Określone "rzeczy" są widzialnym szczytem góry lodowej, a samo współodnoszenie przenika całą górę...i rozwibrowuje ocean, w którym jest zanurzona.  
Oczywiście, nie obejmujemy tego w całości. Odczuwamy jednak przyjemne drżenie, które jest echem wstrząsów następujących gdzieś w głębi nas. Poruszamy siebie nawzajem, nawet bardziej niż do szpiku kości.   

Nie możemy poprzestać na komunikatach bezpośrednich! Jak pisałem, sam impuls psychiczny, który zrodził się dzięki Tobie dotrze do Ciebie w taki czy inny sposób: poprzez moją zmianę, poprzez ładunek moich słów. 

Współodnoszenie się przekracza kontakt fizyczny, czy zapośredniczony przez technologię. Kiedy zostanie nawiązany na głębokim poziomie, po prostu trwa i uwalnia się /unfolding/. Samo zaistnienie współbycia jest tajemnicą, którą Reggie Ray określił jako "pre-existing union"

(Nie zamierzam tu odwoływać się do eksperymentów fizyki kwantowej, gdzie dwie, o lata świetlne oddalone od siebie cząstki reagują tak samo.)

Dlatego, odnalezienie z kimś takiej relacji następuje samoistnie. Dalej jednak wymaga biegłości, która niektórych ludzi cechuje naturalnie, u innych zaś zostaje rozpoznana i wytrenowana. 
Musimy przejść przez kolejne zasieki upraszczającej, konwencjonalnej komunikacji, które zarastają nam drogę do samych siebie. Czasami te przeszkody po prostu znikają: połączenie jest zbyt wielkie. Gdy zaś pojawiają się na horyzoncie, mogą być zutylizowane, nie stanowią problemu (połączenie jest zbyt wielkie). Czasami są po prostu uroczym wstępem do dalszych kroków w głąb. Chwilowe sprężenie czy opór podkreśla następujące otwarcie.  

Królestwo Ty  

Jak wielokrotnie pisałem, podstawowym czynnikiem sabotującym nasze relacje jest superpozycja wyobrażonego na realne. Zastępujemy żywe doświadczanie Innego przez kukłę w umyśle, zlepioną ze wspomnień i wniosków na jej temat. 
Rozumiemy poznawanie kogoś jako zbieranie informacji, które następnie mylimy z osobą tuż przed naszymi oczami.  
Ta strategia odcina nas od ludzi tu-i-teraz, uniemożliwia nam bycie z nimi, serwując jedynie nagrody pocieszenia: przebłyski prawdziwego Innego, tu to tam, gdy nie pilnujemy za bardzo. Nasze rozmowy klinują się w zużytych tematach i rytuałach, które kiedyś wzbudziły w nas sympatię do siebie. Słowa przeciekają opornie, twarze tężeją. 
Czy naprawdę możemy być ze sobą tylko w taki sposób? To tak bezmiernie nudne! 





Buber wskazuje, że wszystkie działania zmierzające do "czegoś" należą do Królestwa Ono (It); krainy przedmiotów. Kiedy więc urzeczawiamy Innego (j/w), automatycznie lokujemy go w tej sferze, przez co tracimy wgląd w to, co Buber nazwał Królestwem Ty.   

Kiedy odróżnimy te dwie sfery, rozumiemy lepiej dlaczego żywa relacja, współodnoszenie nie sprowadza się do "wymiany rzeczy" (te są tylko pretekstami). 

Królestwo Ty jest Nieznane; nie można go przemierzać przy pomocy zaznajomionych rzeczy, a raczej przez dozwolenie na przepływ i jego mądrą pielęgnację. Miłość nadaje temu zbawienną moc, zapewniając bezpieczeństwo i scalając zbłąkane cząstki...

Dzięki miłości, przepływ współodnoszenia jest uzdrawiający i sprawia przyjemność. Gdzie sięga, tam przynosi dobro bez żadnych wycelowanych interwencji. Nie chodzi o przepracowywanie rzeczy uznanych za chore, stłumione czy wymagające naprawy. Dyskurs kultury terapeutycznej czyni mnóstwo tu zamieszania... 

Królestwo Ty jest rzeczywistością Innego, do której Ja udzielono dostępu. Jak się domyślacie, jest to doskonale przemienne: Ja jest Ty dla Innego, a jednocześnie Ja przygląda się w oczach Ty.  

Relacja Ja i Ty nie ma nic wspólnego ze zderzaniem dwóch osobnych rzeczy! Królestwo Ty nie jest odgraniczoną sferą! Cała relacja ma zwierciadlany charakter, lustro jest doskonałą metaforą wyjaśnienia współbycia i współodnoszenia się. 

Nie trzeba chyba mówić, że dwa lustra ustawione naprzeciw siebie tworzą (w sobie nawzajem!) nieskończoność? Ludzka nieskończoność - odbijanie mnie w Tobie i Ciebie we mnie - to nie pasywna nieskończoność obramowanych luster, ale Spotkanie dwóch żywych ludzi, która oświetla wszystko, co pojawia się w nim.

W tym spotkaniu, w relacji tworzy się pole, które jest po prostu Nami. Ja i Ty to My. Jest zrodzone i pielęgnowane komunikacją, ale przekracza ją. Nie jest miejscem, ani żadnym "polem". Jest współobecnością, nałożeniem się na siebie Królestw z nieuchwytnymi granicami. Albo, wraz z uwalnianiem się relacji (współodnoszenia), "pole" wykształca i umacnia się. Rozszerza się. 😄


Relacja przeto, używając Ja i Ty jako skrzydeł, trwa i rozwija się dla samej siebie.
Jeżeli mogę tylko być w samym połączeniu, pozostawać w relacji, żywić się nią, spoczywać w niej, nie robiąc kroku poza. Wszelkie tematy i oczekiwania są drugorzędne; relacja, brzemienna w pole trwa dla samej siebie.  
Dostraja się (odnawia) naturalnie do siebie używając wszystkich sytuacji i słów, które nadchodzą, używając jako paliwa rozbudzającego ogień. 

...