czwartek, 16 października 2014

Relacja fantomowa, czyli belka w oku percepcji

W wizji rzeczywistości utworzonej na Zachodzie wszelkie byty, ludzie, sytuacje, zjawiska oddzielone są przepaściami granic, które umożliwiają zderzenia. Albo zderzymy się gładkim kantem naszej istoty, albo tym ostrym; albo odbijemy się od siebie, albo sczepimy na jakiś czas, albo będzie zgrzyt, albo poślizg. Tak czy siak rzeczywistość jawi się jako stół do bilarda, na którym kule wchodzą ze sobą w rozmaite układy, zachowując jednak substancjalną odrębność.

W technologicznym przyspieszeniu widzimy próby do skrócenia tych granic, skrócenia przede wszystkim dystansu fizycznego i czasowego. Systemy teleinformatyczne zostają rozkręcone do prędkości, która ma minimalizować dystans, który jest granicą (zawsze dystans to granica, bo brak granic oznacza brak przerw); jednak ten dystans nie może zostać usunięty, bo wówczas musielibyśmy zmienić swoje postrzeganie rzeczywistości. Dlatego nawet największa szybkość będzie zakładać dwa byty: A i B, które zbliżają się do siebie szybciej, szybciej i szybciej...jednak nadal są dwoma bytami, dlatego - powyżej pewnej prędkości - dalsze skrócenie dystansu jest niemożliwe. Dlatego postęp technologiczny pod wieloma względami jest napędzany przez iluzję, która podobna jest do osiołka z marchewką nad uszami. Dlatego też Achilles nie dogoni żółwia; nie chodzi o dystans mierzalny, który jest rozciągliwy, ale o dystans per se, który, moim zdaniem, jest rzeczywistym źródłem dyskomfortu, który usiłujemy zażegnać technologią. Prościej mówiąc, nie deprymuje nas fakt, że my - jako ciała, dwa różne byty, albo byt oddzielony od rzeczy, albo rzecz oddzielona od bytu, od sytuacji czy zjawiska - jesteśmy dalej od siebie, lecz że nie jesteśmy jednością, która jest finalnym celem każdego pragnienia, lgnięcia, miłości, tęsknoty, czy poczucia osamotnienia. Jest tak, ponieważ jedność okaleczona, powstała z kurczowego przylgnięcia do siebie dwóch odrębnych bytów, musi w końcu zostać rozłączona, i widmo tej bliskiej utraty uniemożliwia absolutną radość z aktualnego połączenia. Kompulsywne podtrzymywanie czegoś przypomina wylewanie wody z dziurawej łodzi; wszystkie takie działania mają absurd w samym środku swojej racji, sensu.

U podstaw zakładamy, że jesteśmy odrębnymi istotami, natomiast - aby wyrazić rzecz prosto - jest to błędne przekonanie. Nie oferuję alternatywnej, 'prawdziwej' wizji przeciwstawnej do tego błędnego przekonania; bo wówczas wpadłbym w turbulencje dialektyki i pogrążył całe to rozumowanie.

Dlatego podkopmy po prostu kamienie węgielne naszej percepcji, które w rzeczywistości są ciałami obcymi w naszej rzeczywistości. I jako ciała obce swędzą; rodzą dyskomfort, którego uśmierzenia szukamy gdzie indziej, zamiast po prostu wyjąć ciało obce.
Tymi ciałami obcymi są:
1. Indywidualny, wsobny podmiot
2. Granica-przepaść pomiędzy podmiotami a podmiotami oraz podmiotami a przedmiotami
3. Inny podmiot, cokolwiek "zewnętrznego" wobec wsobnego podmiotu
4. Moment przejścia, w którym moja myśl staje się Twoją, oczywiście zmieniona przez Ciebie, w której to, co wychodzi "ze mnie" pokonuje równie cieniutką co przepastnie nieskończoną granicę mnie i nie-mnie i dociera na "zewnątrz", do Ciebie.

  


Nasz umysł, wyczulony na granice, wyodrębnia je ostro, jaskrawo, i gubi całość obrazka. Big Picture. Urzeczawiamy i naturalizujemy granice, które nie istnieją w rzeczywistości tak, jak my je tam lokujemy. Być może jakiejś są, ale napewno inne niż te wymyślone przez nas. Być może działają inaczej, ale nie tak, jak my je o to posądzamy. Właściwie, w ogóle nie trzeba się nimi przejmować. Są dodane, są zbędne. Gdy wyobrażenie o nich zniknie, rzeczywistość się nie zawali. Granice, aby jak najdobitniej to wyrazić, są ciałem obcym w ciele naszej percepcji, dlatego uwierają, swędzą i niepokoją. Niestety, jak już napisałem wyżej, lokalizujemy źródło naszego dyskomfortu przy pomocy samej granicy, a nie w samej granicy. Granica jest pośrednikiem, jest narzędziem służącym do orientacji; dlatego też wszelkie uśmierzenia dyskomfortu są zwyczajnie iluzoryczne. Granica może być także tym samym co konflikt, tym samym co opór. Być może granica, konflikt, opór, brak akceptacji są tymi samymi imionami jednego błędu poznawczego, który zwielokrotnia się w nieskończoność.

Co więcej, samo pragnienie ulgi, pozbycia się uwierania i swędzenia, nie jest o-granic-zone podmiotem, który pragnie i przedmiotem/podmiotem, który jest upragniony. Nie jest! Pragnienie jest zawinięte do samego siebie, ulga i jego przyczyna są fantomem, ponieważ są rozłożone na siatce granic i dystansów. Tym samym ulga, przyczyna i pragnienie nie istnieją w relacji, w której ustawia je np. konsumeryzm. Pragnienie jakiegoś dobra czyni jedynie to dobro zakładnikiem pragnienia, które - gdy tylko posiądziemy to dobro - przeskakuje na inne dobro/człowieka, ponieważ to dobro tylko okupuje miejsce pragnienia, a nie jest jego celem.  

Podobnie sprawa ma się do relacji dwojga ludzi. Bariera skóry stała się symbolem, który pozwala nam widzieć siebie jako odrębne - i wsobne - jednostki, których relacja wygląda jak ocieranie się o siebie wypustkami: czasami wypustka wpadnie w zagłębienie, a czasami wypustka potrze o wypustkę, i powstanie zgrzyt. Jednak bariera skóry to - właśnie - jedynie symbol, a właściwie uogólnienie osobności naszych ciał do osobności naszych umysłów. Bariera ma charakter symboliczny, a symbol, oprócz tego, że jest w rzeczywistości, jest bodaj jedyną rzeczą (jako język->myśl->koncept) która rzeczywistością NIE JEST. Sam fakt, że symbolizujemy, stanowi dowód na odróżnienie tego, co zostaje usymbolizowane (granica jako osobność ludzkich ciał) od faktu, że symbolizując wykraczamy poza bio-fizyczny konkret rzeczywistości, która nie ma "nic do powiedzenia". 

Może się to wydać skomplikowane, lecz powikłanie wynika z języka, którym to opisuję, a nie z samego faktu - radośnie prostego i bezpośredniego - że granice, takimi jak je pojmujemy i widzimy - nie istnieją. Nieobecność granic czyni skrajnością każde twierdzenie, które rozsądza coś pozytywnie lub negatywnie. Możemy przedźwignąć rację/winę na osobę jedną, albo na osobę drugą (nas), a wciąż będzie to wrażenie nieadekwatności, wrażenie wylania dziecka z kąpielą. Jeżeli tego wrażenia nie ma, to musimy przeczekać afekt, albo psychozę, która siadła nam na umysły. 

Nieustająca niepewność, rozchybotanie pomiędzy tak i nie jest po prostu tańcem na ostrzu granicy, co nieuchronnie prowadzi do turbulencji. Tak/nie, tak|nie, tak i nie, taknie. Osoba jedna, osoba druga. Jej wina, wina moja, jego racja, moja nieracja. W nim problem, problem we mnie. Jeżeli przyjmiemy myśl, że rozmowa dwóch ludzi odbywa się przy nieobecności granic, problemem nie są granice, które nas od siebie oddzielają, lecz samo przekonanie o istnieniu granicy, które nie dotyczy mnie wobec mnie samego (jestem wyalienowany od samego siebie), nie dotyczy mnie wobec innych ludzi (jestem odizolowany od innych ludzi), nie dotyczy także mnie w stosunku do innych rzeczy i zwierząt (czego dobrym przykładem są Sartrowskie Mdłości)... 

...Nie! Przekonanie o istnieniu granicy dotyczy tylko i wyłącznie granicy, co dopiero dalej rozgałęzia się na przyczyny, skutki, obiekty, nie-obiekty...i tak tasiemiec myśli dryfuje daleko od konkretu, jakim jest niemal biologiczne odczucie granicy (które jest odczuciem dyskomfortu). Łatwo go jednak przeciąć i powrócić do domu; tj. do tego palącego uczucia dyskomfortu, który można nazwać osamotnieniem. Do uczucia, które jest impulsem do odnalezienia siebie, wyjścia do ludzi, czegokolwiek, obsadzonego po dwóch stronach granicy, która sama w sobie jest problemem. 

Coś, co jest bezgraniczne nie musi być nieskończone; nie da się objąć percepcją całej rzeczywistości, jednak można rozpuścić granice, które szatkują rzeczywistość na części. Granica nieuchronnie prowadzi do skrajności; skrajność zaś nie jest ekstremą oddalonego od złotego środka, lecz działaniem wywiedzionym z ograniczonego, dwoistego, postrzegania.  

W tym ujęciu relacja dwóch osób; zawsze bazowo MNIE i INNEGO jest relacją fantomów. Ja to fantom, Inny to fantom, oba są fantomami, ponieważ istnienie daje im granica, która je od siebie alienuje i potem zmusza do kontaktu, bo jaki mają wybór dwie wsobne części? Odwrót od kontaktu jest przecież również kontaktem, o czym wiedza najlepiej ci, którzy spędzają dużo czasu z osobami zamkniętymi, wysyłającymi sygnały typu "Nie podchodź!". 

JA i INNY to fantomy, maski, których nikt nie zakłada (ponieważ poszukiwanie kogoś, kto je nosi rekurencyjnie zapętliłoby wszelkie rozważanie), które są belką w oku percepcji, które skazują nas na docieranie, które nigdy nie ma końca, ponieważ między docieraniem (i pragnieniem) a obiektem celu i zaspokojenia jest nieskończona przepaść - granica, która musi zaistnieć żeby można było pragnąć, docierać i doświadczać nieobecności obiektu pragnienia i docierania. Przeskoczenie tej przepaści przypomina przestawienie mózgu na inny sposób pracy; wówczas rzeczy, do których docieramy (potencjalnie) w nieskończoność stają się rzeczami JUŻ zdobytymi, zaś moment przeskoku - osiągnięcia - nienastępuje płynnie, lecz jest szarpnięciem, obsunięciem pomiędzy dwoma światami, które dzielą od siebie lata świetlne swojej nie-tożsamości... 

Relacje fantomowe przypominają ping-pong, który jest turbulencją ufundowaną na istnieniu granicy. Gdy ludzie się jeszcze mało znają i zakochują się, mogą żarłocznie pochłaniać przestrzenie niewiedzy pomiędzy sobą, i to właśnie ta niewiedza, a nie obietnica jej zastąpienia przez wiedzę na swój temat, ta niewiedza umożliwia Miłość, ta niewiedza umożliwia Poznanie, Kontakt, wszystko co dobre. Zaś gdy przestrzenie niewiedzy zostają pożarte przez gorączkową intelektualną działalność, gdy ukazują się miejsca konfliktu i miejsca styku, nader często relacja kończy się na wzajemnym przerzucaniu, czyli właśnie ping-pongu.  

Gdy nie ma drugiej osoby, nie masz na kogo zwalić winy, w ten sposób automatycznie ignorując swoje błędy. Gdy nie ma Ciebie, nie ma nikogo kto by błądził, jest tylko błąd, który może zostać naprawiony, lecz jest to błąd-sierota, bez rodziców, którzy są za niego odpowiedzialni. Taki błąd nie ma wagi, tj. ciężaru, który gniecie barki i zgina plecy. Gdy nie ma Innego, nie ma racji, która udowadnia Twój brak racji; nie ma granicy, która przeistacza się w wagę, zawsze jedną stroną wzniesioną, drugą opuszczoną. Jest tylko rzeczywistość zaludniona przez zjawiska, pomiędzy którymi nie ma granic, dlatego mogą się ze sobą mieszać, przeplatać i wytwarzać zjawiska nowe, zaś bystre serce poddaje je procesowi rafinacji, aby otrzymać zjawiska najlepsze dla własnej kondycji. Własnej, niewłasnej; istnieją różne kondycje, istnieje Kondycja, do której dążą naturalnie wszelkie zjawiska, wysubtelniając i obmywając ze skaz swoje właściwości. I czy jest to kondycja Twoja, czy INNEGO; zawsze mieszka ona w płynnym teraz, w dynamicznym kontekście rzucającym cienie aspektów i postaci, które można zręcznie rozpoznać i na akurat-teraz wypowiedzieć dobre słowo, uczynić właściwe działanie. To tylko rozmyte wizje i przedsmaki tego, co czeka Ciebie, czytelniku, gdy wyjmiesz sobie z oka belki, ciała obce Twojej percepcji: osobę, INNEGO, granicę pomiędzy wami, drogę z jednego do drugiego. Oczywiście, nie ma nikogo, kto mógłby je wyjąć; to oko percepcji do nikogo nie należy. Ciała obce odpadają same, gdy tylko rozluźnisz spinę, którą ją trzymasz; nie są częścią ciała, trzymają się tylko na stres, na niepokój, na zacisk, na blokadę.  


sobota, 11 października 2014

Bliskość życia



Łatwo jest zapomnieć swojego języka, jeszcze łatwiej swoich obyczajów. Gdy codzienne warunki zmieniają się, cała ta skrupulatnie budowana i zszywana struktura przyzwyczajeń ulega powolnej erozji, coraz rzadziej dając o sobie znać wrażeniem dyskomfortu, czy poczucia braku. Umysł zazwyczaj myśli obiektami fizycznymi, widzialnymi; stanowią one oparcie dla nawyków, które podnoszą się z nieświadomości. Ich nieobecność tworzy wrażenie wyrwania z kontekstu, co jednak jest wrażeniem krótkotrwałym, zaraz bowiem umysł opiera się i wkorzenia w innych ludzi, inne sytuacje i inny rytm dnia. Zanim to się stanie, wiele rzeczy dzieje się jakby dryfująco, w nieważkości, w pewnym bezsensie, bo przecież to sens ugruntowuje nasze działania. Podobnie mieszanina obcych języków rozmiękcza struktury poznawcze, a nawet całą podświadomość, skoro, jak stwierdził Lacan, jest ona ustrukturyzowana przez język. Wyrwanie z oswojonego kontekstu tworzy tę odrobinę przestrzeni, którą można wypełnić zajęciami od dawna upragnionymi, na które wcześniej nie było czasu. Dopiero w pewnym oddaleniu człowiek może zauważyć, jak żarłocznymi atraktorami uwagi i czasu są social media i tym podobne. Życie pozbawione tych fundamentów, codziennie wzmacnianych, rozprasza się na całą masę zajęć wydarzających się na tle lepkiej, nudnej ciszy. Przesiadywanie na ławce w środku małego miasteczka razem z robotnikami, bezdomnymi; przesiadywanie na ławce bez żadnego celu, bez refleksji, bez wizji "prostego życia", bez sensotwórczego opracowania. Znika ilość spędzonych tutaj dni, znika ilość dni pozostałych do końca, znika historia najnowsza dnia dzisiejszego, znika nawet jutrzejsza godzina rozpoczęcia pracy. Zupełnie bez przymusu, bez pragnienia i upragnienia; wszystkie te warstwy odpadają z życia, spływają z dynamiką śluzu, plwociny, i odsłaniają całkowicie asensowny, bezpośredni moment życia. Wielość zjawisk odbieranych przez wszystkie zmysły unosi się w powietrzu jak dmuchawce; okoliczności rzucają nimi w różne strony i nie wiąże ich żaden porządek. Ludzie, ze swoimi sprawami i bolączkami są bezpiecznie odizolowani barierą obcego języka, pozostaje melodia ich głosów, w których można uchwycić emocje, zrywy i czasami powtórzenia - nic więcej. Nawet znając te parę słów można nawiązać kontakt z uwagi na wszechobecne wrażenie przychylności, które widać w każdym powitaniu i skinieniu głową, w każdym podniesieniu ręki. Szczególnie miłe są te małe gesty, kiedy wymienia się je pomiędzy ludźmi pracy, szczególnie rano i po siedemnastej. Ta niczym nieuwarunkowana i kompletnie darmowa sympatia wydaje się być odblaskiem nieskończonej miłości Boga, która udzielana jest poza wolą - jako łaska - i poza warunkami i wytycznymi - także jako łaska.  

I to wszystko - wycinek w historii życia - który już niedługo rozwieje się i pozostanie tylko wspomnieniem - nie ułatwia zrozumienia niczego, nie pomaga w udoskonaleniu czegokolwiek. Nie nosi brzemienia większego sensu, nie jest etapem w procesie, lecz raczej kolejnym zakrętem polnej drogi, zupełnie nieważnym, chyba, że uchwyci je oko artysty malarza albo fotografa. Taka codzienność - gdy tylko człowiek potrafi wygładzić swoje skłonności - otwiera się przed stopami zmysłów szeroką drogą, która płynie równomiernie jak rzeka i nie nosi ze sobą żadnych pretensji. I jako taka - jako Droga - ogarnia sobą całe mnóstwo szczegółów, które same pukają do drzwi. Potrzeba długodystansowego celu, do którego się z mozołem dociera przez kolejne dni - ta potrzeba bardzo okaleczyła nasze postrzeganie codzienności. Lecz nie ma w tym nic ważnego, żadnej wielkiej utraty, nad którą można się pochylić; i nawet nie ma wielkiej wagi polegającej na braku wagi, żadnego inverted meaning. Chociaż swędzą mnie jeszcze te resztki, pozostałe z nadwyżki energii niespalonej porządną pracą, a które zaczęły się panoszyć po głowie i generować różne myślotwory. Dobrze jest rozgarnąć dłonią te resztki, tak jak macha się dłonią aby rozproszyć samochodowy smog.  

Cały ten nadmiar, który wzniosłem właśnie nad moim doświadczeniem, aby pokolorować je słowami w sposób oczywisty oddala i zniekształca to doświadczenie, które naprawdę warte byłoby przekazania. Lecz nie martwi mnie to; rekurencyjne gonitwy dawno już osadziły się w codzienności i nie ma co nad nimi rozpaczać. Wczoraj byłem niespokojny, a dziś jestem spokojniejszy. Bywałem troche zniecierpliwiony, ale ani razu się nie zdenerwowałem. Brakuje mi właściwie Jednej Osoby. Jej brak towarzyszy mi nacodzień; jakby w rzeczywistości ziała dziura. Różnice potencjałów w nastroju wyregulują się, a potem może znowu rozregulują. Większość emocji ma jednak postać przechodniów na ulicy, poruszających się jak jeden mąż po jednej, gładkiej drodze.

***

To, że człowiek jest elastyczny jest piękne, ponieważ znajduje się poza naszą wolą. Wielość czynników, która dociera do naszych zmysłów i nas kształtuje jest niemożliwa do opanowania, ukierunkowania. Nasze próby kontroli przeżywającego nas życia przypominają zagarnianie dłońmi wody w płynącej rzece, w której płyniemy.

Ten brak zasięgu jest piękny. KAŻDY brak zasięgu jest piękny, ponieważ zrzuca z człowieka obowiązek decyzji, a pozwala na położenie się na fali. Niewiadoma, brak wiedzy również otacza nas ze wszystkich stron; nasze prymitywne heurystyki poznawcze nie są w stanie przewidzieć nadchodzącej rzeczywistości. Biorąc pod uwagę naszą niezdolność do przewidzenia tego, co się wydarzy, właściwie stąpamy po macku. Podstawowym zadaniem kultury jest zakrycie faktu tej niewiedzy, tej ślepoty. Gdy kultura rozrzedza się, pojawia się rzeczywistość, która jest nieznana; wystarczy niewiedza miejsca, poczucie osamotnienia, zagubienia. Rzeczywistość wybucha dziurami pomiędzy siatką wiedzy, która osadza się na ludziach, miejscach, normach, wzorach postępowania. Wtedy pokazuje się taką, jaką jest naprawdę.



Każdy obszar niewiedzy w moim życiu uwalnia mnie od presji decyzji. Od presji przechylenia się na stronę lewą, stronę prawą, na tak albo nie, uwalnia także od stuporu pomiędzy tak a nie. Brak znaczenia, brak sensu, brak celu, brak potrzeby, brak planu, wszystko rozmywa się w jaskrawym konkrecie rzeczywistości, która wydobywa się strugami z fontanny, która wychyla się z rozmów ludzi w języku, którego nie rozumiem, w zapachach perfum na które uwrażliwia się nos odzwyczajony od perfum, bo spędzający dużo czasu w brudzie i tytoniu.



Brak decyzji wobec tego wszystkiego to zrezygnowanie z próby kontroli, a także uznanie, że kontrola w rzeczywistości jest niemożliwa; możemy tylko stawiać rzeczywistości opór albo położyć się na jej nurcie i falach. Brak konfliktu z rzeczywistością to uznanie jej złożoności, uświadomienie sobie możliwych rozgałęzień konsekwencji, które wynikają z każdego słowa, z każdego zmarszczenia twarzy i pójścia w jedną stronę, w drugą, pójścia spać, zostania dłużej, pozostaniu w obozie, pójściu do miasta. Uczynieniu czegoś albo nie - gdy wolny czas, zmęczenie po pracy i nuda roztaczają szeroką przestrzeń, którą można wypełnić czymkolwiek. A uproszczenie życia codziennego; wyjęcie z niego social mediów, technologii, intensywności relacji międzyludzkich, spraw do zrobienia, i całego tego nadbagażu cywilizacji...

...to uproszczenie pozwala przyjrzeć się jednemu czynowi, jednej akcji wykonanej jakby ptak na niebie, który nie pozostawia ścieżki i jest miażdżąco malutki wobec bezmiaru nieba. Machnąłem ręką i przeniosłem się; z kuchni do salonu. Z hamaka do namiotu. Spadł deszcz, schroniłem się. Podejmuję długofalową (ok. 20 minut minimum) decyzję wybrania się do toalety (dwójka), albo przedsięwźmiewam decyzję umycia się (35 minut maksimum).

Potok zdarzeń kształtuje nas, zmienia nas - fizyczne przeniesienie się w inne miejsce prowadzi do nieuchronnej zmiany, powstania nowych nawyków i zalążków predyspozycji, czegokolwiek. Brak presji decydowania, przestrzeń czasu wolnego pozwala uchwycić zmianę, która rodzi się właśnie teraz, w tej nowości, w tym nieznanym, w którym się znalazłem. Gdyby tak zanurzyć się w dobrej rzece, w dobrych ludziach, w dobrym rytmie dnia, w konfiguracji czynności, w których obmyje się z tego, co mnie męczy mnie we mnie. Poddać się rzeczywistości, żeby mnie obmyła i uznać fakt, że zawsze jesteśmy bezradni jak dzieci wobec jej ogromu; drążymy wąskie tunele w nieskończoności nieba, które wypełnione jest formami i zjawiskami równymi wielokrotnej drodze od Słońca do Saturna, tak długie, jak neuronalne autostrady zwinięte w naszym mózgu.



Jednak to Nieznane nie musi być czymś złym, przykrym, sprawiającym dyskomfort. Może otulać mnie i kołysać. Nieść powolnym nurtem chwili. To ułatwia otwarcie się, przyjęcie tego wszystkiego, pozwolenie, aby "to" czymkolwiek to jest: rozmową, zdarzeniem, sytuacją, półgodziną, minutą...p r z e p ł y n ę ł o przeze mnie, pojawiło się i zniknęło, przeniknęło przeze mnie jak duch, pozostawiając wrażenie, wspomnienie. Nie Bóg, lecz Rzeczywistość, która jest Bogiem daje mi bezpieczne schronienie; uwalnia mnie od zamętu kontrolowania zdarzeń, od reżimu własnego ego rozbuchanego pomiędzy chceniem i baniem się, lgnięciem i ignorancją...

Zaufanie, puszczenie, zgoda. Bliskość życia.






Zdjęcia pochodzą z : http://marjanskiii.tumblr.com





środa, 3 września 2014

Upływ czasu

  • Towarzyszu podróży, zbudowałeś byt swój zasklepiając jak termit wyloty ku światłu i zwinąłeś się w kłębek w kokonie nawyków, w dławiącym rytuale codziennego życia. I choć przyprawia cię on co dzień o szaleństwo, mozolnie wzniosłeś szaniec z tego rytuału przeciw wichrom, przypływom, gwiazdom i uczuciom. Dość trudu cię kosztuje, by co dnia zapomnieć swej kondycji człowieka. Teraz glina, z której zostałeś utworzony, wyschła i stwardniała. Nikt już się nie dobudzi w tobie astronoma, muzyka, altruisty, poety, człowieka, którzy zamieszkiwali może ciebie kiedyś.


"Bycie" w swoim ciele nie jest tak niesamowite jak "bycie" w swojej osobowości. Z nieodmiennym zdziwieniem przyglądam się jak wpadam w przeróżne sytuacje, jak wyłaniam się z nich po czasie. W retrospektywie i "na żywo" doświadczam siebie czyli misternej, nieuchwytnej struktury osobowości, habitusa postaciującego się we wszelkich moich działaniach. Jakbym tego nie nazwał...ilu środków nie przedsięwziął do opisania tego. Próbuję już tyle lat, znajdując ukojenie, czy satysfakcję w opisie, w analizie siebie samego.
Niesamowite jest także to, że mogę być świadkiem zakorzeniania się we mnie nowych rzeczy, i umacniania tych starszych. Mogę sobie wyobrazić przekrój w czasie zawiązanych i uwewnętrznionych udruchów, optyk, predyspozycji, które stały się moimi. Lecz ten brzydki język nie oddaje subtelności, organiczności tego poznania; że tak wiele moich działań posiada cień, w postaci lgnięcia, niechęci. Że nad moją głową nastaje światło, a czasami zamulają je trujące mgły.

Całe to wielowymiarowe i niematerialne królestwo zjawisk - umysł - towarzyszy mi w mojej codzienności, jest zaraz obok, bliżej niż aorta, zawsze. Dopiero po latach potrafię naprawdę zdziwić się faktowi, że człowiek potrafi obserwować same obserwowanie siebie, potrafi obserwować narzędzia do samoobserwacji. Obok umysłu towarzyszy mi to światło, czysta świadomość, śledzenie poruszającego się umysłu i świata zewnętrznego. Znika, potem znów się pojawia. Tracąc je czuję, jakbym wsadził głowę pod wodę, co uświadamiam sobie, gdy już się z niej wyłaniam.

To naprawdę zadziwiające, że chorobliwie uzewnętrzniony świat nie posiada tak naprawdę słownika, gramatyki do mówienia o swojej umysłowości, dziejącej się tak bystro, jako bezlik procesów umysłowych. Używamy metafor wziętych z przyrody, korzystamy z abstrakcyjnych pojęć psychologicznych, czy też sięgamy po narrację ekonomiczną. Wszystko to jednak jest pośrednikiem, słowa okazują się nieadekwatne i zapożyczone.

A mówimy o przedstawieniu rozgrywającym się nieustannie tuż ZA oczami.

Czas to wymiar postrzegania, który "wchodzi" w nas stopniowo. Ludzie w moim wieku, chociaż być może ten proces różnie przebiega u różnych ludzi, mogą to odczuć: to wrażenie, że w codzienności osadza się, pełzając, nowe tło, które rzuca inny cień ludzi, wydarzeń, miejsc. To pamięć, w wraz z nią takie procesy jak porównywanie, a wraz z nim żal...To ciekawe, że świadomość upływu czasu nie wynika z samego upływu czasu (który upływa przecież od początku narodzenia się człowieka), lecz z wykształcenia się neurostruktur w długoterminowej pamięci, która w ten sposób wytwarza przeszłość. Innymi słowy, świat nieustannie się porusza, lecz owo poruszanie, w specyficzny sposób, dostrzegamy dopiero wówczas, gdy tworzy się w nas "nieruchomy" punkt odniesienia, w postaci pamięci.

Jednak jest coś jeszcze! I jest to pozornie nieuchronne i przygnębiające "wykończenie" każdego człowieka You are finished. Jeżeli ten proces jest skończony, to my jesteśmy zgubieni. To jak spływ z nieskończoności do ciasnej struktury. Starość jest przerażająca, gdy dąży ku domknięciu, ku pewnej kompletności, która jest w rzeczywistości układem filtrów wysysających wieczną nowość każdej pojawiającej się chwili.

I ten cień chcenia, niechcenia, bania się, odpychania, jakikolwiek warkocz snujący się za ręką, słowem czy ciałem, gdy coś robisz, gdy czegoś nie robisz a chciałeś zrobić. Ta - właściwie - chmura wątpliwości wyrywająca sobie każdą decyzję i zamysł, rozmieniająca ją na drobne tak jakby miażdżąca w pył. Miażdżąca wolę, sprawstwo, zdecydowanie. Intelektualna nerwica bez wyjścia, nawet jeżeli cicha i codzienna, to zabójcza w swojej konsekwencji. Nerwica dlatego, że nie sposób czasem zadecydować ostatecznie, w jaką stronę pójść, co zrobić. Ośrodek decyzyjny wpada w rezonans, chyboce się pręcik decyzji od tak do nie, dysonans narasta i nieruchomieje w swoim rozedrganiu.

Alternatywą jest afektywnie popadnięcie w jakiś - mniej lub bardziej skończony i subiektywny - system podejmowania decyzji, który męcząco zgrzyta o bogactwo i efemeryczność rzeczywistości. To dwa punkty kontinuum, które tworzą napiętą linię, pomiędzy absolutnym fanatyzmem i absolutnym niezdecydowaniem, pomiędzy betonem a zawieszeniem...

...i pomiędzy tymi skrajnościami rozkłada się nasza codzienność.