sobota, 11 października 2014

Bliskość życia



Łatwo jest zapomnieć swojego języka, jeszcze łatwiej swoich obyczajów. Gdy codzienne warunki zmieniają się, cała ta skrupulatnie budowana i zszywana struktura przyzwyczajeń ulega powolnej erozji, coraz rzadziej dając o sobie znać wrażeniem dyskomfortu, czy poczucia braku. Umysł zazwyczaj myśli obiektami fizycznymi, widzialnymi; stanowią one oparcie dla nawyków, które podnoszą się z nieświadomości. Ich nieobecność tworzy wrażenie wyrwania z kontekstu, co jednak jest wrażeniem krótkotrwałym, zaraz bowiem umysł opiera się i wkorzenia w innych ludzi, inne sytuacje i inny rytm dnia. Zanim to się stanie, wiele rzeczy dzieje się jakby dryfująco, w nieważkości, w pewnym bezsensie, bo przecież to sens ugruntowuje nasze działania. Podobnie mieszanina obcych języków rozmiękcza struktury poznawcze, a nawet całą podświadomość, skoro, jak stwierdził Lacan, jest ona ustrukturyzowana przez język. Wyrwanie z oswojonego kontekstu tworzy tę odrobinę przestrzeni, którą można wypełnić zajęciami od dawna upragnionymi, na które wcześniej nie było czasu. Dopiero w pewnym oddaleniu człowiek może zauważyć, jak żarłocznymi atraktorami uwagi i czasu są social media i tym podobne. Życie pozbawione tych fundamentów, codziennie wzmacnianych, rozprasza się na całą masę zajęć wydarzających się na tle lepkiej, nudnej ciszy. Przesiadywanie na ławce w środku małego miasteczka razem z robotnikami, bezdomnymi; przesiadywanie na ławce bez żadnego celu, bez refleksji, bez wizji "prostego życia", bez sensotwórczego opracowania. Znika ilość spędzonych tutaj dni, znika ilość dni pozostałych do końca, znika historia najnowsza dnia dzisiejszego, znika nawet jutrzejsza godzina rozpoczęcia pracy. Zupełnie bez przymusu, bez pragnienia i upragnienia; wszystkie te warstwy odpadają z życia, spływają z dynamiką śluzu, plwociny, i odsłaniają całkowicie asensowny, bezpośredni moment życia. Wielość zjawisk odbieranych przez wszystkie zmysły unosi się w powietrzu jak dmuchawce; okoliczności rzucają nimi w różne strony i nie wiąże ich żaden porządek. Ludzie, ze swoimi sprawami i bolączkami są bezpiecznie odizolowani barierą obcego języka, pozostaje melodia ich głosów, w których można uchwycić emocje, zrywy i czasami powtórzenia - nic więcej. Nawet znając te parę słów można nawiązać kontakt z uwagi na wszechobecne wrażenie przychylności, które widać w każdym powitaniu i skinieniu głową, w każdym podniesieniu ręki. Szczególnie miłe są te małe gesty, kiedy wymienia się je pomiędzy ludźmi pracy, szczególnie rano i po siedemnastej. Ta niczym nieuwarunkowana i kompletnie darmowa sympatia wydaje się być odblaskiem nieskończonej miłości Boga, która udzielana jest poza wolą - jako łaska - i poza warunkami i wytycznymi - także jako łaska.  

I to wszystko - wycinek w historii życia - który już niedługo rozwieje się i pozostanie tylko wspomnieniem - nie ułatwia zrozumienia niczego, nie pomaga w udoskonaleniu czegokolwiek. Nie nosi brzemienia większego sensu, nie jest etapem w procesie, lecz raczej kolejnym zakrętem polnej drogi, zupełnie nieważnym, chyba, że uchwyci je oko artysty malarza albo fotografa. Taka codzienność - gdy tylko człowiek potrafi wygładzić swoje skłonności - otwiera się przed stopami zmysłów szeroką drogą, która płynie równomiernie jak rzeka i nie nosi ze sobą żadnych pretensji. I jako taka - jako Droga - ogarnia sobą całe mnóstwo szczegółów, które same pukają do drzwi. Potrzeba długodystansowego celu, do którego się z mozołem dociera przez kolejne dni - ta potrzeba bardzo okaleczyła nasze postrzeganie codzienności. Lecz nie ma w tym nic ważnego, żadnej wielkiej utraty, nad którą można się pochylić; i nawet nie ma wielkiej wagi polegającej na braku wagi, żadnego inverted meaning. Chociaż swędzą mnie jeszcze te resztki, pozostałe z nadwyżki energii niespalonej porządną pracą, a które zaczęły się panoszyć po głowie i generować różne myślotwory. Dobrze jest rozgarnąć dłonią te resztki, tak jak macha się dłonią aby rozproszyć samochodowy smog.  

Cały ten nadmiar, który wzniosłem właśnie nad moim doświadczeniem, aby pokolorować je słowami w sposób oczywisty oddala i zniekształca to doświadczenie, które naprawdę warte byłoby przekazania. Lecz nie martwi mnie to; rekurencyjne gonitwy dawno już osadziły się w codzienności i nie ma co nad nimi rozpaczać. Wczoraj byłem niespokojny, a dziś jestem spokojniejszy. Bywałem troche zniecierpliwiony, ale ani razu się nie zdenerwowałem. Brakuje mi właściwie Jednej Osoby. Jej brak towarzyszy mi nacodzień; jakby w rzeczywistości ziała dziura. Różnice potencjałów w nastroju wyregulują się, a potem może znowu rozregulują. Większość emocji ma jednak postać przechodniów na ulicy, poruszających się jak jeden mąż po jednej, gładkiej drodze.

***

To, że człowiek jest elastyczny jest piękne, ponieważ znajduje się poza naszą wolą. Wielość czynników, która dociera do naszych zmysłów i nas kształtuje jest niemożliwa do opanowania, ukierunkowania. Nasze próby kontroli przeżywającego nas życia przypominają zagarnianie dłońmi wody w płynącej rzece, w której płyniemy.

Ten brak zasięgu jest piękny. KAŻDY brak zasięgu jest piękny, ponieważ zrzuca z człowieka obowiązek decyzji, a pozwala na położenie się na fali. Niewiadoma, brak wiedzy również otacza nas ze wszystkich stron; nasze prymitywne heurystyki poznawcze nie są w stanie przewidzieć nadchodzącej rzeczywistości. Biorąc pod uwagę naszą niezdolność do przewidzenia tego, co się wydarzy, właściwie stąpamy po macku. Podstawowym zadaniem kultury jest zakrycie faktu tej niewiedzy, tej ślepoty. Gdy kultura rozrzedza się, pojawia się rzeczywistość, która jest nieznana; wystarczy niewiedza miejsca, poczucie osamotnienia, zagubienia. Rzeczywistość wybucha dziurami pomiędzy siatką wiedzy, która osadza się na ludziach, miejscach, normach, wzorach postępowania. Wtedy pokazuje się taką, jaką jest naprawdę.



Każdy obszar niewiedzy w moim życiu uwalnia mnie od presji decyzji. Od presji przechylenia się na stronę lewą, stronę prawą, na tak albo nie, uwalnia także od stuporu pomiędzy tak a nie. Brak znaczenia, brak sensu, brak celu, brak potrzeby, brak planu, wszystko rozmywa się w jaskrawym konkrecie rzeczywistości, która wydobywa się strugami z fontanny, która wychyla się z rozmów ludzi w języku, którego nie rozumiem, w zapachach perfum na które uwrażliwia się nos odzwyczajony od perfum, bo spędzający dużo czasu w brudzie i tytoniu.



Brak decyzji wobec tego wszystkiego to zrezygnowanie z próby kontroli, a także uznanie, że kontrola w rzeczywistości jest niemożliwa; możemy tylko stawiać rzeczywistości opór albo położyć się na jej nurcie i falach. Brak konfliktu z rzeczywistością to uznanie jej złożoności, uświadomienie sobie możliwych rozgałęzień konsekwencji, które wynikają z każdego słowa, z każdego zmarszczenia twarzy i pójścia w jedną stronę, w drugą, pójścia spać, zostania dłużej, pozostaniu w obozie, pójściu do miasta. Uczynieniu czegoś albo nie - gdy wolny czas, zmęczenie po pracy i nuda roztaczają szeroką przestrzeń, którą można wypełnić czymkolwiek. A uproszczenie życia codziennego; wyjęcie z niego social mediów, technologii, intensywności relacji międzyludzkich, spraw do zrobienia, i całego tego nadbagażu cywilizacji...

...to uproszczenie pozwala przyjrzeć się jednemu czynowi, jednej akcji wykonanej jakby ptak na niebie, który nie pozostawia ścieżki i jest miażdżąco malutki wobec bezmiaru nieba. Machnąłem ręką i przeniosłem się; z kuchni do salonu. Z hamaka do namiotu. Spadł deszcz, schroniłem się. Podejmuję długofalową (ok. 20 minut minimum) decyzję wybrania się do toalety (dwójka), albo przedsięwźmiewam decyzję umycia się (35 minut maksimum).

Potok zdarzeń kształtuje nas, zmienia nas - fizyczne przeniesienie się w inne miejsce prowadzi do nieuchronnej zmiany, powstania nowych nawyków i zalążków predyspozycji, czegokolwiek. Brak presji decydowania, przestrzeń czasu wolnego pozwala uchwycić zmianę, która rodzi się właśnie teraz, w tej nowości, w tym nieznanym, w którym się znalazłem. Gdyby tak zanurzyć się w dobrej rzece, w dobrych ludziach, w dobrym rytmie dnia, w konfiguracji czynności, w których obmyje się z tego, co mnie męczy mnie we mnie. Poddać się rzeczywistości, żeby mnie obmyła i uznać fakt, że zawsze jesteśmy bezradni jak dzieci wobec jej ogromu; drążymy wąskie tunele w nieskończoności nieba, które wypełnione jest formami i zjawiskami równymi wielokrotnej drodze od Słońca do Saturna, tak długie, jak neuronalne autostrady zwinięte w naszym mózgu.



Jednak to Nieznane nie musi być czymś złym, przykrym, sprawiającym dyskomfort. Może otulać mnie i kołysać. Nieść powolnym nurtem chwili. To ułatwia otwarcie się, przyjęcie tego wszystkiego, pozwolenie, aby "to" czymkolwiek to jest: rozmową, zdarzeniem, sytuacją, półgodziną, minutą...p r z e p ł y n ę ł o przeze mnie, pojawiło się i zniknęło, przeniknęło przeze mnie jak duch, pozostawiając wrażenie, wspomnienie. Nie Bóg, lecz Rzeczywistość, która jest Bogiem daje mi bezpieczne schronienie; uwalnia mnie od zamętu kontrolowania zdarzeń, od reżimu własnego ego rozbuchanego pomiędzy chceniem i baniem się, lgnięciem i ignorancją...

Zaufanie, puszczenie, zgoda. Bliskość życia.






Zdjęcia pochodzą z : http://marjanskiii.tumblr.com





środa, 3 września 2014

Upływ czasu

  • Towarzyszu podróży, zbudowałeś byt swój zasklepiając jak termit wyloty ku światłu i zwinąłeś się w kłębek w kokonie nawyków, w dławiącym rytuale codziennego życia. I choć przyprawia cię on co dzień o szaleństwo, mozolnie wzniosłeś szaniec z tego rytuału przeciw wichrom, przypływom, gwiazdom i uczuciom. Dość trudu cię kosztuje, by co dnia zapomnieć swej kondycji człowieka. Teraz glina, z której zostałeś utworzony, wyschła i stwardniała. Nikt już się nie dobudzi w tobie astronoma, muzyka, altruisty, poety, człowieka, którzy zamieszkiwali może ciebie kiedyś.


"Bycie" w swoim ciele nie jest tak niesamowite jak "bycie" w swojej osobowości. Z nieodmiennym zdziwieniem przyglądam się jak wpadam w przeróżne sytuacje, jak wyłaniam się z nich po czasie. W retrospektywie i "na żywo" doświadczam siebie czyli misternej, nieuchwytnej struktury osobowości, habitusa postaciującego się we wszelkich moich działaniach. Jakbym tego nie nazwał...ilu środków nie przedsięwziął do opisania tego. Próbuję już tyle lat, znajdując ukojenie, czy satysfakcję w opisie, w analizie siebie samego.
Niesamowite jest także to, że mogę być świadkiem zakorzeniania się we mnie nowych rzeczy, i umacniania tych starszych. Mogę sobie wyobrazić przekrój w czasie zawiązanych i uwewnętrznionych udruchów, optyk, predyspozycji, które stały się moimi. Lecz ten brzydki język nie oddaje subtelności, organiczności tego poznania; że tak wiele moich działań posiada cień, w postaci lgnięcia, niechęci. Że nad moją głową nastaje światło, a czasami zamulają je trujące mgły.

Całe to wielowymiarowe i niematerialne królestwo zjawisk - umysł - towarzyszy mi w mojej codzienności, jest zaraz obok, bliżej niż aorta, zawsze. Dopiero po latach potrafię naprawdę zdziwić się faktowi, że człowiek potrafi obserwować same obserwowanie siebie, potrafi obserwować narzędzia do samoobserwacji. Obok umysłu towarzyszy mi to światło, czysta świadomość, śledzenie poruszającego się umysłu i świata zewnętrznego. Znika, potem znów się pojawia. Tracąc je czuję, jakbym wsadził głowę pod wodę, co uświadamiam sobie, gdy już się z niej wyłaniam.

To naprawdę zadziwiające, że chorobliwie uzewnętrzniony świat nie posiada tak naprawdę słownika, gramatyki do mówienia o swojej umysłowości, dziejącej się tak bystro, jako bezlik procesów umysłowych. Używamy metafor wziętych z przyrody, korzystamy z abstrakcyjnych pojęć psychologicznych, czy też sięgamy po narrację ekonomiczną. Wszystko to jednak jest pośrednikiem, słowa okazują się nieadekwatne i zapożyczone.

A mówimy o przedstawieniu rozgrywającym się nieustannie tuż ZA oczami.

Czas to wymiar postrzegania, który "wchodzi" w nas stopniowo. Ludzie w moim wieku, chociaż być może ten proces różnie przebiega u różnych ludzi, mogą to odczuć: to wrażenie, że w codzienności osadza się, pełzając, nowe tło, które rzuca inny cień ludzi, wydarzeń, miejsc. To pamięć, w wraz z nią takie procesy jak porównywanie, a wraz z nim żal...To ciekawe, że świadomość upływu czasu nie wynika z samego upływu czasu (który upływa przecież od początku narodzenia się człowieka), lecz z wykształcenia się neurostruktur w długoterminowej pamięci, która w ten sposób wytwarza przeszłość. Innymi słowy, świat nieustannie się porusza, lecz owo poruszanie, w specyficzny sposób, dostrzegamy dopiero wówczas, gdy tworzy się w nas "nieruchomy" punkt odniesienia, w postaci pamięci.

Jednak jest coś jeszcze! I jest to pozornie nieuchronne i przygnębiające "wykończenie" każdego człowieka You are finished. Jeżeli ten proces jest skończony, to my jesteśmy zgubieni. To jak spływ z nieskończoności do ciasnej struktury. Starość jest przerażająca, gdy dąży ku domknięciu, ku pewnej kompletności, która jest w rzeczywistości układem filtrów wysysających wieczną nowość każdej pojawiającej się chwili.

I ten cień chcenia, niechcenia, bania się, odpychania, jakikolwiek warkocz snujący się za ręką, słowem czy ciałem, gdy coś robisz, gdy czegoś nie robisz a chciałeś zrobić. Ta - właściwie - chmura wątpliwości wyrywająca sobie każdą decyzję i zamysł, rozmieniająca ją na drobne tak jakby miażdżąca w pył. Miażdżąca wolę, sprawstwo, zdecydowanie. Intelektualna nerwica bez wyjścia, nawet jeżeli cicha i codzienna, to zabójcza w swojej konsekwencji. Nerwica dlatego, że nie sposób czasem zadecydować ostatecznie, w jaką stronę pójść, co zrobić. Ośrodek decyzyjny wpada w rezonans, chyboce się pręcik decyzji od tak do nie, dysonans narasta i nieruchomieje w swoim rozedrganiu.

Alternatywą jest afektywnie popadnięcie w jakiś - mniej lub bardziej skończony i subiektywny - system podejmowania decyzji, który męcząco zgrzyta o bogactwo i efemeryczność rzeczywistości. To dwa punkty kontinuum, które tworzą napiętą linię, pomiędzy absolutnym fanatyzmem i absolutnym niezdecydowaniem, pomiędzy betonem a zawieszeniem...

...i pomiędzy tymi skrajnościami rozkłada się nasza codzienność.






poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Tępy dzień

Zachmurzone niebo uwolniło dzisiaj burzę, potrwała ona z pół godziny, po czym się rozjaśniło. Gdy padało, kropel deszczu było tak wiele, że powstało wrażenie mgły o dymnoszarej barwie. Akurat wtedy byłem w tej drugiej części dnia, przechylającego się ku wieczorowi. W dalszej perspektywie, w pewnej części sierpnia. Z inprintem kończących się wakacji. W smętnej Bydgoszczy. Czuję, jak te kręgi obracają się wokół mnie; krótsze i dłuższe cykle. Pomiary chwili. Które budzą coś w rodzaju odległego, zbliżającego się przygnębienia. Czas wchodzi boleśnie pod paznokieć, rwie, nie sposób go do końca wyjąć.

Uczestniczę przymusowo w tym dniu, wypchany złą próżnią, rozpierającą głowę jak czarna wata. Zachowałem - z chwil poprzednich - na takie chwile pewną myśl: to przejdzie. Głowa jest zasnuta, umysł pali lgnięciem, do tego czy tamtego. Pragnienie postrzegane jako zjawisko, poza przedmiotem pragnienia, zawsze jest męczącym doznaniem. Nie ma tego, co upragnione, ssący brak uwiera gdzieś w ciele, albo w aprzestrzennym umyśle. Dlatego moim pragnieniem jest nastrojenie umysłu tak, żeby mniej lgnął. Głowa zasnuta myślami jak spalinami, właściciel popada w dziwne stany, rozwijające ponure myśli. Właściciel jest ofiarą tego umysłu; tego, co w nim jest i co w istocie go stanowi, pomijając tę kategorię „umysłu”. A jednak,mogę powiedzieć: umysł się porusza. Wije się, szamocze, osiada, ciężeje, szarpie. Mój osiołek. Wąż pełzający po ciele. Małpa huśtająca się pośród lian. Poszukiwany bawołu.

Cieplarniany klimat dnia pozwala mi się wpatrywać w to wszystko, cokolwiek z absmakiem. Jestem zdegustowany sobą + inne synonimy. Siedzę i popadłem. Wyżeram wolny czas Matki Ziemi dopuszczając dostateczną próżnię, aby móc spojrzeć na manowce własnej głowy. Czy chemiczne pląsy mózgu. Jakkolwiek to opisać; jest rozregulowane, niespokojne. To tajemnica każdego z nas: rozwierzgane, niematerialne mrowisko, które trzeba czcić jak wielkiego boga wulkanu. Robić co chce. Dokarmiać i izolować od tego, co nielubiane.

Jakikolwiek zrobię ruch, idzie echo. Męczące echo przyczynowości i uwarunkowania. Brak czystych gestów i działania. Wszystko, koniec końców, podczepione pod jedną z linii, krzyżujących się w polu widzenia. Gdy pojawiają się ludzie, struktura się wygina i szamocze. Popadam w role. Czuję przymus sytuacji. Przeciskam się, jak przez dwie żelazne góry. A czasami nie. Osiołek mniej naciska, jest po prostu nieobecny. Bardziej nieobecny.

Tysiące lat zmagań ludzkości jest historią majstrowania przy własnej głowie. Obyczaje, rytuały i ideologie to tylko uzewnętrznienia, materializacje i reifikowanie procesów umysłowych, i ich tworów.

Reżim własnej głowy. Na przecięciu paradoksu dwoistości; ja i inni, człowiek i świat. prawo i grzech. To i nie to. Kompletny lamus poznawczy w samym centrum codzienności, razem z „ja”. Zasady gry potocznych metafizyk, niewidoczna struktura, która superpozycjonuje wszystkie możliwości. Głupek pomyśli,że gdy o tym nie myśli, to nie będzie problemu. Problem zaś tkwi w tym, że zwrócenie na to wszystko uwagi wytwarza - siłą nawyku - myśli wycelowane już w myśli, a nie w „rzeczy zewnętrzne” które również są myślami. A można zawiesić ten strumień.

Spotkałem tylu ludzi „pragmatycznych”, „praktycznych” „mocno stąpających po ziemi”. Właściwie życie - takim jakie je witam codziennie - jest plątaniną historii. Rozmawiając, wytwarzamy wątek, który podsycamy, bojąc się ciszy. Otrzymuję historię za historią, i obserwuję gawędziarzy odurzających się własnymi opowieściami. Opowiadacz wytwarza zamknięty układ, w którym sam siebie ekscytuje i animuje swoimi słowami, w które wnikają - w różnym natężeniu - słowa moje, czy innego rozmówcy. Z tego właśnie powodu, wszelkie rozmowy są nudne, ponieważ są robieniem tego samego. Tak samo jak paint może się znudzić niezależnie od tego, co narysujesz. To taki soczysty truizm.

Smutno spoglądam na pogodę ze swojego dołu, nieco tępego, w wielu miejscach zasupłanego. Może jestem meteopatą, a może za sceną przyczynowości, która w całości odnosi się do mojego nastroju, jest coś innego, co...

...wpycha w kolejne stany, których nie możesz strząsnąć. Nie mając elementarnej wiedzy o tym, jak działa umysł, możemy prać, kupować ubrania, boksować worek, gadać przez telefon i czynić inne rzeczy, które służą wyłącznie wyregulowaniu sobie - na pokrętnie zapośredniczone sposoby - własnej głowy.