środa, 2 października 2019

Władza w ręce wyobraźni



Powiem Wam sekret na temat głębokiej medytacji, o której w mindfulnessowo-duchowych kręgach słyszę tyle, co koteł napłakał. Praca z powierzchownym umysłem (tym, który ciągle gada, kłóci się, podsuwa negatywne wnioski, nie daje spać i odciąga od rzeczywistości) jest pierwszym krokiem na medytacyjnej ścieżce (tzw shamatha/shine). Kiedy już dzielny medytator odgruzuje swój organizm (rozpuszczając nalot myśli rozluźnia także napięcia w ciele), rozum przestanie go napastować, osiągnie ciszę/relaks/chill to...co dalej?  


Otóż konceptualne myślenie jako sposób "zarządzania" życiem słabnie, pojawia się cisza, zdolność do głębszej recepcji rzeczywistości; pytanie brzmi - skąd mam brać swoją motywację, sens życia i wolę, jeżeli nie z myślenia? Wielu medytujących trafia tutaj w próżnie; potrafi wyciszać umysł, lecz nie przekłada się to na skuteczne działanie. W ten sposób powstaje cenzor psychiczny, który blokuje refleksje nt. życia, bo są one "osądzające" i ogólnie "myślenie jest złe i egoistyczne", dlatego należy go unikać. Człowiek nakłada ograniczenia na swoje myślenie i ćwiczy się w biernej kontemplacji, zaś wielokrotnie źródło jego działania jest poszukiwane gdzieś w "niewypowiadalnym", czy wręcz w "Absolucie". Innym źródłem ma być "serce" (a nie "umysł"), ale...mi tutaj coś nie gra, bo zarówno "serce" jak i "intuicja" czy właśnie "Absolut" są raczej mistycznymi (nieosiągalnymi) terminami, niż jasnymi propozycjami.

Więc skąd brać motywacje, sens życia, wolę, jeżeli nie z myślenia? Intuicja, serce czy Absolut równie dobrze mogą być zakamuflowanym myśleniem ustrojonym w duchowe szatki; w ten sposób wielu pechowców daje się okpić przeróżnym szarlatanom o maślanych oczach. Inni ludzie rezygnują z własnej woli na rzecz ściśle uregulowanego trybu zajęć, np. we wspólnocie. 

Moją propozycją jest WYOBRAŹNIA. Wyobraźnia jest zaginionym elementem ścieżek duchowych, które zostały przeszczepione na Zachód. Kiedy myślenie zaczyna odpuszczać, wyobraźnia musi przejąć stery. Musimy zintegrować swoją wyobraźnię z codziennym życiem; wtedy staje się ona codziennym towarzyszem, zrasta się z działaniem, z relacjami z innymi ludźmi...a także relacją ze sobą i innymi ludźmi. Poniżej spróbuję streścić, jak to może działać. 

Słynny "wewnętrzny komentator" to u człowieka naszych czasów wciąż paplająca katarynka, która wyrzuca z siebie mnóstwo myśli; nie wszystkie pasują nam do naszego obrazu siebie ("Kopnij go! Z buta!"). Dodatkowo, "paplator" często się nie słucha i działa przeciwko nam. 

Wyobraźnia to zupełnie inny rodzaj towarzysza. Wyobraź sobie, że jesteś w nieprzyjemnej sytuacji; zaraz czeka Cię stresująca rozmowa o pracę. Albo jesteś piątą godzinę w pracy i zaraz zniesiesz jajko lub wyskoczysz przez okno. Następnie wyobraź sobie (wyobrażenie w wyobrażeniu), że będąc właśnie w takiej sytuacji potrafisz wygenerować umysłem silne wrażenie, że jesteś...wysoko nad miastem. Albo siedzisz na skraju lasu. >>Czujesz<< ten las; zapach drzew niesiony wiatrem, słyszysz szczebiotanie przyrody, bierzesz w ręce garść ściółki. Twoje ciało czuje ulgę; osuwa się w ten stan, a Ty jednocześnie...wchodzisz i stajesz przed rekruterem, albo z uśmiechem wracasz do swojej pracy. 

Niemożliwe? Cóż, to kwestia skilla; wyobraźnia późnonowoczesnego człowieka ulega obumarciu/atrofii. Organ nieużywany zanika. Typowy europejczyk ledwo wyobrazi sobie kwadraty wirujące w powietrzu. Spróbuj wyobrazić sobie, że przed Twoimi oczami tańcuje kwadrat, który nagle wybucha bujną roślinnością; kwiaty i liście rozrastają się w błyskawicznym tempie, a wkrótce obejmują cały pokój.  

Jeżeli potrafisz zrobić coś takiego, to zarówno Twoje ciało jak i umysł (w istocie, jest to po prostu jeden organizm) podąży za tym kształtem. "Gadzia" część naszego mózgu jest wysoce podatna na tego typu działania; innymi słowy, nie odróżnia ich od "rzeczywistości". Tak naprawdę, "materialna rzeczywistość" to po prostu zły pomysł wyobraźni zestalony w zniewolonych mózgach. Jeżeli poszukujesz czegoś, co Ciebie zniewala, jest to właśnie to; Twoja wyobraźnia jest wychudzona i zablokowana; nie może oddychać. Nie może uczestniczyć w Twoim życiu; obcujesz wyłącznie z wielokrotnie recyklowanymi (do porzygu) jej MARTWYMI tworami. Tzw. "koncepcje", które internalizujemy to martwe twory wyobraźni; nieruchome i wywierające statyczną presję. Wyobraź sobie, że możesz je przekroczyć swobodną siłą woli. Nie oznacza to, że zaczynasz demolować sklepy i pluć przechodniom na czapki; po prostu istniejesz w świecie norm, lecz nie krępują one Ciebie; Twoja swoboda nabiera ogromnej niezależności. Jest to możliwe dzięki wyćwiczonej wyobraźni; tak naprawdę to, co nazywamy "wyobraźnią", to po prostu siła prawdziwego umysłu, zjednoczonego zmysłowo, potężnego, przejrzystego i wolnego w sobie. 

Tak, piszę teraz o magii. Materializm poznawczy sprowadził magię do rzucania przedmiotami; czyli do okiełznania rzeczywistości zewnętrznej pojmowanej - właśnie - materialistycznie. W istocie, magia, czy magiczna percepcja jest czymś zupełnie innym niż myślisz. Chcesz się przekonać, czym? To powróć do swojej wyobraźni, dbaj o nią, nawadniaj ją żywą wodą swojej uwagi i zaangażowania. Eksperymentuj; śnij na jawie (świadomie); obejmij własną nieświadomość, zamiast fetyszyzować "świadomość" jak idiota, de facto tworząc z niej metafizycznego kontrolera, który "jest wszystkim". Prawdziwa, głęboka medytacja przenika podział na świadomość i nieświadomość i zwraca człowiekowi jego CAŁOŚĆ. Tak scalony człowiek wykształca zupełnie inny sposób działania, niż ten który znamy z nudnych książeczek psychologicznych i przesiąkniętego materializmem "zdrowego rozsądku"

czwartek, 23 maja 2019

Nieświadomość w praktyce buddyjskiej




Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem  
- Carl Gustaw Jung 

W Zachodnim wykładzie buddyzmu na czoło wysuwa się uważność, świadomość, czy przytomność /awareness/ która praktykowana jest podczas medytacji. Nacisk na uważność jako sedno buddyjskiej ścieżki ukształtowało się na bazie opozycji do religii abrahamowych. Medytacja pozwalała odróżnić buddyzm od chrześcijaństwa, a także ukazać go jako alternatywę, która jest "wolna" od błędów będących udziałem chrześcijaństwa.  


W skrócie, spór z chrześcijaństwem i wyłaniające się z niego dyskursy dotyczące "naukowości" buddyzmu wpłynęły na kształt jego definicji na Zachodzie. Uważność, centralna dla tej definicji, uległa zeświedczeniu (które częściowo wynika z samej "naukowości" przypisywanej buddyzmowi) i stała się mindfulnesem, z którego powstał nowy sektor usług o charakterze relaksacyjnym i terapeutycznym. Jak stwierdziła Jacyno,  religia uległa urynkowieniu i została zaangażowana do technicznego rozwiązywania problemów życiowych... (2007: 200) 


Piesek medytuje lepiej od Ciebie
  

Zaangażowanie w proces poznawczego przekształcenia (zwanego mitycznie "rozwojem duchowym") mogłoby być opatrzone paroma ostrzeżeniami, które informowały by sympatyka, co właściwie go czeka. Rozsądny dyskurs na temat przebiegu i skutków medytacji dopiero wyłania się z mroków narracji marketingowych ("zrelaksuj się z nami") i religijnych ("osiągnij oświecenie z nami"). W tym temacie ostatnio zachwycił mnie blog Davida Chapmana, który wykształcił ciekawy i inteligentny język mówiący o "przygodach na Drodze", a także odczarowujący buddyzm z mylących narracji.  

Co się naprawdę dzieje, gdy zaczynasz porządnie medytować?

Rozpoczęcie samodzielnej czy grupowej praktyki duchowej ma złożone konsekwencje: odkrycie innego, wyjątkowego sposobu patrzenia na świat, Życia ukrytego w życiu, którego jednak nie da się zawrzeć w słowie "uważność". Ten sposób możnaby określić jako podwyższającą się wrażliwość na reakcje psychiczne innych ludzi i samego siebie, która podważa i niszczy wyrobione nawyki i sposoby rozumienia. Stworzone przez ego mechanizmy obsługiwania własnego ciała i umysłu, relacji z innymi czy po prostu bycia w świecie ulegają rozkładowi. W dziurze ziejącej po tych mechanizmach /tzw. habitual patterns/ muszą pojawić się nowe sposoby nawiązywania relacji z życiem. Takie sposoby jednak muszą powstać na innych zasadach niż mechanizmy dotychczas zbudowane. Inaczej będą się wciąż rozpadać pod naporem zrozumienia płynącego z medytacji, albo też medytacja zostanie porzucona lub stanie się powierzchowna. 

Proces ten, raz inicjowany, postępuje samoistnie, i prześlizguje się gdzieś obok myślenia dyskursywnego, które stara się go objąć i zrozumieć. Właściwie, myślenie dyskursywne niejako stoi mu na drodze, zaś racjonalizacja grozi zahamowaniem lub zniekształceniem procesu, o którym mowa. Proces ten nie przebiega także równomierną drogą, jest wysoce subiektywny, a jednocześnie przekracza subiektywność, ponieważ również ją przekształca. Dziesięć obrazów pasterskich stanowi najbardziej przejrzysty portret kolejnych etapów pracy ze sobą, który powtarza się w bogactwie przeżyć różnych ludzi. Proces ów może działać na zasadzie spirali, regresu, kompletnego zbłądzenia i może nawet doprowadzić do szkód psychicznych i zwichnięcia całego życia.   

W dalszych słowach chciałem zwrócić na podstawową kwestię tego procesu: samą świadomość. Świadomość /consciousness/ jest często używana zamiennie z uwagą, przytomnością czy uważnością i oznacza stan umysłu, który śledzi doświadczane zjawiska z chwili na chwilę. Stwierdza się, że jego przeciwieństwem jest nieuważność, porównywana do snu czy nieuwagi, której niezawodnym znakiem jest nadmiar myśli zaśmiecających głowę. Konwencjonalnie, medytacja oznacza uwiązanie uwagi na jakimś powtarzającym się obiekcie, takim jak mantra czy oddech, który umożliwia rozluźnienie umysłu tożsame z opróżnieniem go z myśli. Dzięki temu człowiek może bliżej obcować ze szczegółami własnego doświadczania, takimi jak liście poruszane przez wiatr, ciężar stopy rozkładającej się na podłożu podczas kroku, szelest przejeżdżającego roweru i wiele innych. Zakłada się, że umysł zaprzątnięty myślami nie jest zdolny do percepowania środowiska na tak intymnym poziomie. Myśli odpowiedzialne są nie tylko za takie przytępienie, ale także za stres i nieszczęście, wraz z destrukcyjnymi emocjami, które psują komfort życia, udaremniają osiąganie celów, i tak dalej.  

Trudno jest w paru słowach streścić orientację ustanowioną na wielu kursach medytacyjnych, świeckich i religijnych. Wydaje mi się jednak, że właśnie taki jest punkt wyjścia, który wskazuje na drogę. Myśli podlegają pacyfikacji, która obiecuje lepsze życie. W takim życiu myśli nie kontrolują umysłu czy jego właściciela; podmiot ma do nich "dystans", jest ich "panem" lub wręcz "zarządcą". Zależnie od kursu czy wykładni spotykamy się z inną obietnicą, która zawsze jednak oznacza polepszenie kondycji. Kto bowiem w innym przypadku chciałby przyjść na kurs i zapłacić za niego pieniądze? 

Idea pacyfikacji myśli nie jest sprecyzowana do końca; jest raczej sugestią czy punktem wyjścia niż spójnym wyjaśnieniem. Pierwsze problemy z tą koncepcją zaczynają się już podczas oberwacji samych myśli: na początku zostają one wyciszone na rzecz lepszego kontaktu ze sobą, innymi czy otoczeniem, później zaś rezultatem ich wyciszenia jest paradoksalnie lepszy kontakt z samymi myślami. Zdystansowany od myśli człowiek lepiej pojmuje ich strukturę i zaczyna jaśniej rozumieć własne działania i ich motywy.  

Kluczowy jest jednak moment, w którym umysł zauważa, że myśli. Ja sam, przysposobiony do medytacji w szkole zen nabrałem nawyku powracania do przytomności w chwili uświadomienia sobie, że ją utraciłem. Na przestrzeni lat ów "powrót" następował prawdopodobnie dziesiątki i dziesiątki razów dziennie, jakbym przysypiał i się budził. "Wejście" w stan uważności jest decyzją lub nawykiem, który prowadzi do wycofania się myśli. Myśli dosłownie pierzchną przed przytomnością, co przypomina zapalenie lampki. Mogą powrócić już w następnym momencie (wraz z "utratą przytomności"), kiedy jednak jesteśmy uważni są one nieobecne, albo zmarginalizowane.  

W takim przeskakiwaniu dochodzi do zabawnej sytuacji, którą można opisać przy pomocy następnej historii. Człowiek stoi przed drzwiami, za którymi rozlegają się różne odgłosy. Kiedy otwiera drzwi i wchodzi do pomieszczenia, okazuje się ono puste. Zamyka więc drzwi i dalej nasłuchuje, po chwili znów słychać te same odgłosy. Wchodzi, a tam nic nie ma. 
To oczywiste: wejście człowieka do pokoju powoduje wycofanie się tego, co wydaje odgłosy. Nie jest to jednak żadna pacyfikacja czy okiełznanie, lecz przeniesienie uwagi. W "przytomnym" trybie poznania myśli nie przepływają i nie namnażają się tak samo, jak w tym "nieprzytomnym".  

Dochodzimy tu do dwoistego rozróżnienia, które charakteryzuje umysł; może on być świadomy albo nieświadomy. Wyróżnijmy świadomość i nieświadomość lub słynną podświadomość. Czym ona jest? I jaką odgrywa rolę w naszym funkcjonowaniu? 

Jako wieloletni praktyk zauważyłem w sobie skłonność, o którą podejrzewam także innych buddystów; są oni skupieni, bardziej nieruchomi, ale też swoiście zdystansowani. Lata medytacji robią swoje: faktycznie są bardziej "uważni", jednak jak to rozumieć? 

Powiedzmy, że świadomość czy przytomność, która jest zgeneralizowanym celem praktyki medytacyjnej oznacza wzmocnienie konkretnej dyspozycji psychicznej. Ćwiczymy wybrany mięsień i możemy nim unieść więcej. Będąc świadomymi czy skupionymi możemy inicjować i podejmować decyzje, myśleć, działać i tak dalej. Stajemy się także bardziej świadomi samych siebie. Świadomość nabiera waloru lampy, która oświetla, wydobywa z ciemności, czyni zrozumiałym, umożliwia kontrolę, okiełznanie. Właśnie dzięki temu możemy lepiej sterować sobą. Dobrze ukazuje to poniższy cytat: 

Nowoczesny człowiek 'ma' wnętrze, które może wybierać, kształtować, modelować, formować, zmieniać, edukować, może je ćwiczyć i ostatecznie może nim zarządzać. Dopiero wobec tak skonstruowanej, tj. zracjonalizowanej psyche, jednostka może przyjąć dogodną pozycję i odpowiednio rozlokować własne siły, by podjąć starania o szczęście, zdrowie, wolność, samospełnienie (Jacyno: 2007: 12-13).   
Ze świadomości wyłania się więc świadomy umysł, który odnosi się do rzeczywistości przy pomocy działań ordynowanych za pomocą rozumu. To właśnie tutaj powstaje bypass pomiędzy duchowością a późnym kapitalizmem. Świadomość staje się narzędziem kontroli i zarządzania! "Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem".   


Co jednak wówczas dzieje się z ciemnością?  

Przyjmujemy, że ciemność -  oczywiste przeciwieństwo światła -  nie posiada własnej natury. Dlatego może być ona rozproszona przez światło. W swojej teorii kolorów Goethe zaproponował inny sposób rozumienia, przyznając ciemności niezależne istnienie. Zainspirowało to Jacka Dukaja do wymyślenia tzw. ćmiatła, przeciwieństwa światła, z którego wywiódł całą fizykę konsekwentnie opartą na założeniu o niezależnym istnieniu ciemności.    

Człowiek bez problemów porusza się w świetle dnia chyba, że jest ślepy. W ciemności nie da się ani określić otoczenia, ani swobodnie poruszać. Mamy dwie opcje do wyboru: zapalenie światła albo poruszanie się "na ślepo", po omacku. Niewidomy orientuje się w świecie przy pomocy propriocepcji i kinestezy: gdyby miał oczy, te zmysły nie byłyby u niego tak silnie rozwinięte. Jednakże jego percepcja rzeczywistości kryje w sobie coś więcej; po prostu inny sposób odczuwania, który nie jest zastępczy wobec widzenia, lecz wobec niego alternatywny, przewyższający pod wieloma względami.  

Ta sytuacja dobrze ilustruje temat niniejszego tekstu. Dochodzimy do wniosku, że nieświadomość nie przypomina Baconowskiej Natury, którą należy ujarzmić przy pomocy nauki, "czyniąc ziemię sobie poddaną". Nieświadomość nie musi być rozwiana poprzez światło świadomości. Taka próba odzwierciedla nie tylko racjonalistyczny apel Bacona, ale także apel starotestamentowego Boga! "Czyńcie Ziemię sobie poddaną, i panujcie nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad wszelkimi zwierzętami, które się poruszają po ziemi!". Cytat ten można uwewnętrznić: ziemia staje się organizmem (umysłem i ciałem) człowieka, zwierzęta zaś rozmaitością zjawisk psychicznych, myśli, emocji i percepcji, które się w organizmie wydarzają.  

Czy swobodne poruszanie się zwierząt po ziemi jest problemem? 
Czy ciemność nieświadomego jest problemem i wymaga świetlnej interwencji świadomości? Relacja pomiędzy tymi dwiema, tak wyodrębnionymi aspektami ludzkiego poznania replikuje się w kolejnych duchowych narracjach: poszukujemy pozytywnej energii, odrzucamy zaś negatywną. Przepajamy się duchem i umartwiamy ciało. Chcemy być dobrymi ludźmi i określamy szeroką gamę zachowań jako złe lub niedobre, przez co stają się one ambiwalentne. Coś zostaje odrzucone. Niektóre temperamenty mają tendencję do zakreślenia ostrej linii, inni odczuwają niejasny niepokój prześlizgujący się gdzieś po horyzoncie ich poznania.   

Wszystko to wynika z dualizmu, który rozszczepia naszą świadomość. Praktyka buddyjska jest zaś aktywnością niedualistyczną; ujmuje ona życie jako całość, dlatego też sama medytacja wpisana jest w Ośmioraką Ścieżkę. Jest to zintegrowana etyka, coś kompletnie innego od czarów mindfulnessu, który ukradł z buddyzmu medytację, napompował ją i poddał zgubnej absolutyzacji. 


niedziela, 17 marca 2019

The Sacred made Real:




Powiedzmy to sobie jasno i stąd rozpocznijmy nasze rozważania: Żyjemy w świętej rzeczywistości.  
Prowadzi to nas do pytania: czym jest świętość (sacrum)? Ale jeszcze wcześniej do języka, którym to pytanie zadajemy.

Język jest nieodłącznym towarzyszem poznania; ów język staje się szczególnie znaczący, kiedy pytamy o świętość, otoczoną korowodem swoich idiomów: Bóg, Absolut, Transcendencja, Natura Buddy, Dao.
Więc pytanie o świętość, jeżeli bierzemy je na serio, zwraca uwagę na język, którego używamy do artykulacji pytania. Język ten wytwarza obiekty (rzeczy), wokół których rozgrywa się mówienie; te obiekty to np. "język", "pytanie", "życie", "człowiek", "człowiek-który-pyta", ale także "drzewa", "ludzie", "zwierzęta", "cywilizacje" i "społeczeństwa", czyli - powiedzmy - rzeczy grupowe, wielorzeczy. Rzecz to coś, co daje się uchwycić; mogę nie tylko wyciągnąć po to rękę, ale także stanąć na tym, a więc użyć rzeczy jako trampoliny, to jest punktu odniesienia /point of reference/.

Taka rzecz jest konieczna w porozumiewaniu się; jak inaczej wiedzieć, o czym mówimy?
Właśnie dlatego w pytaniu o świętość natychmiast przenosimy uwagę na język, który ustanawia rzeczy. Sacrum nie jest bowiem rzeczą; jest t a j e m n i c ą.

Czym jest tajemnica? Językowo, jest to rzecz: ta-oto-tajemnica. Nie sposób jednak jej sprecyzować czy zdefiniować; wówczas przestałaby być tajemnicą. Tajemnica to zatem rzecz, która nie jest rzeczą, lub nie staje się rzeczą w sensie czegoś >>domkniętego<<, >>uchwytliwego<<.
Jeżeli jesteśmy z tym w kontakcie, pytanie "czym jest świętość" nie sprowadza się do definiującej odpowiedzi. Oczywiście, możemy iść w drugą stronę, czyli spróbować definicji negatywnej, to tzw. teologia apofatyczna. "Świętość nie jest rzeczą" to krok pierwszy. Świętość nie będzie także >>tym<< czy >>tamtym<<, nie będzie na przykład naturą, czy jednak będzie rzeczywistością? Cóż, rzeczywistość wydaje się czymś totalnym, dlatego także nie może być rzeczą. A jako coś totalnego, może być tylko percepcją.
Inna totalność niż percepcja stałaby się Wielką, przytłaczającą Rzeczą, która odebrała by swobodę komunikowaniu się, zniewoliłaby mowę. Tak właśnie działa totalitaryzm; poznamy totalitaryzm po tym, co robi z językiem, poznamy totalitaryzm po tym, jak język od niego wyrodnieje.

Powracamy więc do percepcji, jest ona rzeczywistością. Co jednak czyni ją świętą? Właśnie tajemnica. Tajemnica ta może się przed nami otworzyć: widzimy ją jasno, być może wręcz nas oślepia, być może grzejemy się w jej blasku. Nie oznacza to jednak odcięcia tego, co przeciwstawne światłu, czyli ciemności. Ten kontekst również jest istotny: tajemnica jest ciemnością, ponieważ nie możemy w niej zobaczyć rzeczy. Nie musimy jednak błądzić w tej ciemności; może ona uwolnić nas od ciężaru rzeczy małych i dużych, które odbierają swobodę mowy i działania.

Uwolnieni od ciężaru rzeczy, spoglądamy prosto w Tajemnicę; rozpościera się ona przed nami. Jesteśmy z nią w kontakcie, jesteśmy w niej zanurzeni. Jesteśmy tak blisko, a jednocześnie nie przestaje ona być tajemnicą; detronizujemy wszelkie wysiłki, aby ją >>wyjaśnić<<, >>zdefiniować<<, >>uchwycić<<. Może to oznaczać wielki paraliż: jak mamy działać bez definicji, jak mamy iść, kiedy nie ma na czym postawić stopy, kiedy nie mamy się czego chwycić? Czy możemy działać bez tych konieczności?
To pytanie zbliża nas do odpowiedzi na pytanie "czym jest sacrum?": jeżeli potrafimy działać skutecznie wewnątrz Tajemnicy, odkrywamy, że "Żyjemy w świętej rzeczywistości": odkrywamy to poprzez nasze działanie. Dodam, że działanie to rafinuje się: nabiera jasności, jest skuteczne, coraz skuteczniejsze. Jest precyzyjne i swobodne. Jak mawiali mistrzowie chan: swobodnie zwijamy się i rozwijamy, rozciągamy i sprężamy, czujemy się w tajemnicy jak ryba w wodzie, a jest to ważna metafora, ponieważ ryba z pewnością nie zdaje sobie sprawy,że "jest w wodzie"; ryba po prostu pływa; czemu nie miałaby się czuć dobrze? Woda jest jej środowiskiem naturalnym, tym, czym dla człowieka jest Święta Rzeczywistość.  

A teraz, żeby nie było że sobie tu folguję ze słowami, sprowadźmy to odkrycie do codzienności.  
Ty żyjesz w świętej rzeczywistości! Co oznacza: myjesz naczynia i rozmawiasz z ojcem, nudzisz się w pracy i jesz obiad na szybko; właśnie >>wtedy<< żyjesz w świętej rzeczywistości; słuchasz ulubionej muzyki i krzywisz się na dźwięk muzyki, której nie lubisz, uprawiasz seks albo fantazjujesz o seksie; doświadczasz nieszczęścia i obserwujesz małe sylwetki ludzi z wysokiego piętra swojego miejsca pracy; wtedy żyjesz w świętej rzeczywistości. 

Kiedy to zauważysz, rzeczy roztopią się w świętości; zostanie tylko święta rzeczywistość, która wciąż jest włączona, wciąż tu jest, i teraz, i teraz (ona ciągle tu jest!). Oddaj się więc świętości, aby uwolnić się od rzeczy, wówczas będziesz mógł chwytać i puszczać, zwijać się i rozwijać, sprężać i rozprężać bez żadnych przeszkód, będziesz mogła mówić bez żadnych przeszkód, Twoje działanie będzie niezakłócone, płynne i ciągłe, będzie także wznosiło się ku coraz większej skuteczności. 



poniedziałek, 5 listopada 2018

Aranżowanie okoliczności do głębokiej, długotrwałej pracy



Siemka. 

Zrobiłem dużą rzecz: usunąłem se prywatnego facebooka, z tydzień temu. 
Przyczyna jest prosta: social media działają destrukcyjnie na percepcję, m.in. zdolność do długotrwałego skupienia zarówno aktywnego jak i pasywnego, głębię relacji międzyludzkich, równowagę sensoryczną (czyli równomierne doświadczanie wszystkimi zmysłami, a nie głównie wzrokiem). Mógłbym jeszcze powymieniać, jak chcecie to mogę kontynuować.
Po tym tygodniu czuję się wspaniale. Dzisiaj natomiast myślałem o aranżowaniu okoliczności do długotrwałej pracy. W moim przypadku są to praktyka medytacyjna, gra na pianinie, trening fizyczny i pisanie. Pielęgnuję te zajęcia na przemian i staram się optymalizować twórczy czas, żeby utrzymać długotrwałe skupienie, zanurzyć się głęboko w działanie i urodzić coś dobrego.  

Oto moje tipy:   

🗝️ rób rzeczy codziennie 
Co byś nie robiła, rób to codziennie. Szczególnie, jeżeli chodzi o medytację; nawet 5 minut dziennie. Żyję w przekonaniu, że w ten sposób umysł "łapie kontakt" z daną aktywnością, dzięki czemu może się ona rozwijać, pogłębiać, powstają krytyczne refleksje, zmiany metody i inne owoce. Jesteśmy szturmowani przez fale bodźców i danych, co wypłukuje "świadomość użytkową" ze śladów pozostawianych przez jakąś czynność. Dlatego w erze informacjonizmu tym bardziej trzeba pamiętać o codziennej pielęgnacji - takie moje zdanie. Oczywiście jeden dzień pauzy to nic takiego - zwłaszcza jeżeli alternatywą jest neuroza typu "MUSZĘ ZROBIĆ". Natomiast, kontakt z taką aktywnością (praktyka, pisanie, śpiewanie, seks tantryczny, programowanie, gra na oboju) odświeża sie także przez czytanie/oglądanie nt. "Twojego czegoś" lub szerszego kontekstu tego czegoś. Odnawianie kontaktu/utrzymywanie ciągłości ma różne wymiary i jest szalenie istotne.  

🗝️ myśl o tym co robisz, jak tego nie robisz 
W kręgach "duchowościowych" panuje przekonanie, że nie wolno myśleć, bo trzeba być uważnym. Ja propsuję uważnie myślenie, tj. skierowane na dany temat, obracające go w mentalnych paluszkach, co zgodne jest z Zachodnim rozumieniem słowa "medytacja" (meditatio). Także często dumam sobie o tym, co bym zrobił po pracy; lepię wytrwale tę kulkę, robię notatki, więc kiedy już mam czas dla siebie, to dokładnie wiem, co chcę robić i gdzie chce się znaleźć np. po godzinie ćwiczeń. W ten sposób po prostu uobecniamy coś w życiu; jest tego więcej i więcej, zajmuje myśli i angażuje uwagę, wciąga i rozkwita.

🗝️ świadome rozpoczęcie daje świadomą kontynuację 
Kiedy siadam do praktyki, muzykowania, ćwiczenia lub pisania, zauważam moment startu - to tworzy "specjalny czas", który odróżnia się od reszty dnia. W przypadku medytacji pomaga mi aplikacja Insight Timer, gdzie wyznaczam sobie np. 25 minut na praktykę, po czym ew. siedzę dłużej. Miejscem praktyki jest poduszka. Miejscem treningu jest siłownia; tworzy to fizyczną granicę, która mówi małpiemu umysłowi: teraz ćwiczymy, kolego. Świadomie zaczynam i świadomie kończę, często w czasie wyznaczonym sobie odgórnie, właczając przerwy. 


🗝️ głębsze wejście w jakąś czynność wymaga min. 40 minut nierozproszonej pracy  
Świadome rozpoczęcie jakieś czynności, niezakłócone rozproszeniem, inicjuje proces zanurzania się w to, co robimy. Dopiero po ok. 40minutowej rozgrzewce zaczynam wsiąkać w czynność; myślenie zbliża się do czucia, dzięki czemu mogę np. przyglądać się jakiemuś akapitowi albo melodii z różnych stron. Zarówno w medytacji, muzyce i tekście zaczynam widzieć co robię, uzyskuję możliwość myślenia WEWNĄTRZ twórczej czynności, tj. myślenie nie odciąga mnie od tego co robię. Myślenie zintegrowane z czynnością zaczyna rodzić pomysły i sugestie. W przypadku wysiłku fizycznego mam głębszy kontakt z ciałem, ogarniam pracę mięśni podczas treningu, zauważam granicę swojej kondycji i naciskam ją bez forsowania się. Podczas medytacji mogę rozpoznać na ile dzisiaj potrafię się skupić/w jakim stanie jest mój umysł/jak czuje sie ciało/czego potrzebuję wobec tego, etc.  

🗝️ obejmij momenty oporu i zniechęcenia 
Mądre podejście do oporu i zniechęcenia to klucz do długotrwałego skupienia. Pokusa social media sprawia, żeby natychmiast z-bypass-ować opór/dyskomfort szybkim zastrzykiem facebooka. Kiedy tego nie ma (i nie ma także MOŻLIWOŚCI takiego bypassu, np. dostępu do internetu) stajesz twarzą w twarz ze swoim "niechcemisie". Zamiast reagować nań nerwowo lub podążać za impulsem, zrób krótką przerwę, ale W RAMACH tego co robisz. Ważne, żeby nie zrywać ciągłości czynności podczas oporu. Zerwanie następuje przez impuls zrobienia czegoś "innego" przez co umysł >>wychodzi<< z tego co robi i - nawet po chwili, ale wciąż - powraca. Jest to ogromnie destrukcyjne dla twórczej i głębokiej pracy, w której pewne możliwości rodzą się DOPIERO po dłuższym czasie zanurzenia. Dlatego, kiedy odczuwasz dyskomfort/zniechęcenie/opór to podejdź do niego z życzliwym lekceważeniem. Większość oporów rozmywa się pod spojrzeniem jasnego oka. Jeżeli zaś opór powraca, to przypomnij sobie np. po co to robisz.  

🗝️ świadomy i skuteczny multitasking 
Jeżeli - z różnych względów - nie jestem gościem, który potrafi robić długo jedną rzecz, wybierz dwie, trzy rzeczy i rób je cyklicznie, w krótkich szotach. Jeżeli nie możesz czytać jednej książki przez 30 minut, to czytaj trzy jednocześnei - po parę minut jedna, w zgodzie z impulsem do zmiany. Rób to na papierze! Nie przeskakuj od pdfa do pdfa, ponieważ zbyt szybkie zmiany odcinają od owoców głębokiej pracy. Podobnie działają np. ćwiczenia obwodowe, w których wykonujesz 3-8 ćwiczeń. Taki świadomy multitasking jest dobrym rozwiązaniem dla umysłów rozwibrowanych internetem, a dla niektórych to jedyny sposób żeby np. zaczać z powrotem czytać książki.  


foto source: https://www.flickr.com/photos/robert-stroll/

piątek, 29 czerwca 2018

Warto mieć wartości. Gdzie je znaleźć?




Czego naprawdę chcemy, czego naprawdę nie chcemy i skąd to wiemy? Gdzie odnajdujemy zdecydowanie i konsekwencję? Skąd biorą się wątpliwości i co z nimi robić? Dlaczego nie potrafimy uporządkować życia bez popadania w sztywność?

Pytania te kierują nas w stronę wartości. Wartości są busolami działania, pragnień, potrzeb i zdrowych granic. Wartość jest czymś, czego chcesz, but be careful what you wish for. Musimy jasno rozpoznać czym są prawdziwe* wartości i gdzie ich szukać. Gdzie zatem szukamy wartości? W naszym działaniu! ...czemu i jak myjesz naczynia, jak mówisz do innych,wiążesz buty i o której kładziesz się spać - to miejsca, gdzie możesz zobaczyć własne wartości i zatroszczyć się o nie.

Patrząc w ten sposób możemy odróżnić prawdziwe, drogocenne wartości od ideologicznego zaślepienia, nihilizmu, konsumpcjonizmu i duchowego materializmu, które jak duchy grasują po zgliszczach zwanych "zachodnim kryzysem wartości".

*tak, istnieją prawdziwe i fałszywe wartości. Nie, to nie jest "subiektywna" kwestia. Śladami Jordana Petersona, uznaję za "prawdziwe" to, co przyczynia się do skutecznego działania i pomyślnego życia.

Poniższy tekst jest dedykowany wszystkim, którzy są głodni wartości, a jednocześnie nie chcą pogrążyć się w którejś z Wielkich Narracji, ideologicznym zawężeniu, niu endżowym wybombaniu w kosmos, etc.

Wartości w akcji

Przyjęcie lub odrzucenie  to fundamenty naszego funkcjonowania w świecie. Codziennie spotyka nas mnóstwo rzeczy; mówimy im "Tak!", mówimy im "Nie!", czyli wybieramy. Czemu mówimy rzeczom "Tak!"? Bo ich chcemy. Mówimy "Nie!" bo chcemy czegoś innego. Jeżeli nam się czegoś chce, to nawigujemy żeby to dostać, poruszamy się tak, żeby być blisko tego - wygrać lub zostać w grze.
Oczywiście, to nie takie proste. Nasze "Tak" lub "Nie" nieraz musi przejść długą drogę. Trzeba przenieść jakieś "Tak" przez wichry losu, czyli nie porzucić po drodze. Żeby chciało się je nieść, warto być przekonanym o swoim "Tak"; nie wystarczy logiczna czy ekonomiczna konieczność. Potrzeba jeszcze pasji.

Postawy "nachodzą" na postawy innych. kiedy komunikujemy się z ludźmi. Więc nasze stanowisko może być twarde i miękkie, czyli usytuowane gdzieś pomiędzy, rozmyte albo owinięte w stosowną bawełnę żeby kogoś nie wzburzyć. Mamy w końcu do czynienia z wrażliwymi ludźmi.

PYTANIA:
- jak mocno/intensywnie/zdecydowanie wyrażasz swoją aprobatę? (tak!)
-jak z kolei wyrażasz swoją dezaprobatę? (nie!)

Kiedy widzisz ludzi kopiących zwierzę (lub co gorsza, człowieka) na ulicy, Twoje "tak" albo "nie" przybiera postać działania. Błyskawiczne zaangażowanie się w taką sytuację aby ochronić krzywdzonego jest wartością w akcji. Więc... angażujesz się w sytuację albo uciekasz od niej i myślisz o niej przez następne parę dni. Kiedy sam spotkałem się z takimi "wyzwaniowymi" okolicznościami zauważyłem, że każda sekunda myślenia o tym co powinienem zrobić wpycha mnie coraz głębiej w nieprzyjemny stupor. W głowie puchną wątpliwości, maszynka szacująca ryzyko szaleje. Myślenie tu nie pomaga, lecz sabotuje działanie. Wpływa to także na ciało; serce bije szybciej, w piersi czy nogach czuć wibracje pobudzenia. Im więcej myślenia o tym co robić tym gorzej; więcej energii w ciele, która nie może wyjść na zewnątrz. Robić, czy nie robić? A jeżeli robić, to co? Zegar tyka, sytuacja rozwija się przed oczami, a ja stoję jak słup soli, jednak od słupa odróżnia mnie kumulacja energii bliska implozji.

Takie sytuacje nauczyły mnie jednego:
intelektualne polemizowanie na temat wartości nie ma wielkiego sensu. Ludzie dużo rozmawiają o wartościach, ale rzadziej rozumieją, jak wartości napędzają ich działanie, jak kanalizują ich pożądanie. Jeszcze rzadziej ludzie potrafią rozmawiać o tym jak wartości napędzają ich działanie bez popadania w intelektualne polemizowanie. Pozostańmy w konkrecie: Wartości  ukazują się jedynie podczas/wewnątrz działania. Czy zatem ma jakikolwiek sens rozpisywanie się na temat wartości, tak jak czynię to teraz? Tak, jeżeli skupiamy się na wartościach w działaniu, uczymy się odnajdywania wartości w działaniu, dalej uczymy się  wdrażania wartości w działanie. Musimy zabezpieczyć się przed jałowym myśleniem!


TAK! vs "W moim odczuciu być może tak ale mogę się mylić no i szanuję twoje zdanie"

Ostatnio - na fali dyskusji Jordana Petersona nt. poprawności politycznej w USA i Kanadzie (kliknij TUTAJ)-  znów fascynują mnie reguły poprawnej komunikacji, które nakazują (lub automatyzują) używanie takich sformułowań jak: moim zdaniem, uważam, myślę, mogę się mylić.
Tak, jesteśmy omylni - każda nasza wypowiedź jest ekspresją ograniczonych zasobów wiedzy i doświadczenia, które mamy do dyspozycji. Dlaczego jednak tak często to podkreślamy?

Idea dialogu dążącego do konsensusu głęboko wrosła w Zachodnie społeczeństwo. Myślę, że wpłynęła także na komunikację ze sobą. Zamiast zdecydowanie i całym sobą powiedzieć TAK przeprowadzamy w głowie złożone negocjacje, zadręczamy się analizami i nie możemy spać. Czy doświadczasz w sobie takiej męczącej polifonii głosów? Dla wielu ludzi sprowadza się to do przewlekłego dysonansu poznawczego. Oznacza to rozmycie, rozbrojenie i osłabienie swoich TAK i NIE. Odbiera to moc decyzjom i wyborom życiowym. 

Okej, to uprzejmie zaakcentować, że nie uważa się swojej racji czy poglądu za "absolutny". Mówiąc "moim zdaniem [wypowiedź] ale mogę się mylić" generuję otwarty komunikat. Komunikuję, że nie wykluczam poglądów odmiennych od swojego. Unosi się nad tym wszystkim quazi-moralna koncepcja "tolerancji" (z łac. przecierpienie), która ma pokojowo zorganizować wielość poglądów. "Szanuję Twoje zdanie, chociaż się z nim nie zgadzam" - pamiętam lekcje WOSu, na których uczyliśmy się w taki sposób rozmawiać. Żeby jednak zrozumieć w pełni te normy komunikacji, przemyślmy co się dzieje kiedy NIE SĄ one stosowane. Odsłania to coś bardzo ciekawego.

Myślę, że jedną z funkcji poprawności językowej jest unikanie tajemniczego dyskomfortu, który pojawia się podczas różnicy zdań. Instytucjonalnie, dążenie to znalazło wyraz w idei "safe spaces" (więcej info tutaj) - miejsc na uniwersytetach, gdzie (z założenia) grupy marginalne nie muszą obawiać się o krytyki lub podważenia swojego stanowiska. W przyszłości, safe spaces uznane zostaną za historyczny wynalazek pokolenia płatków śniegu (kliknij tu)

Różnica zdań może uaktywnić tzw. fight-or-flight response (popularnie znane jako "triggered") czyli przemożną reakcję stresową prowadzącą do starcia lub ucieczki. Świadczy to o wysokiej reaktywności i niskiej odporności /resilience/. Wysoka reaktywność (co oznacza neurotyczną reakcję na bodźce z zewnątrz) jest cechą konstytutywną dla tzw. pokolenia płatków śniegu. Według Stephena Coveya, antidotum na nią jest proaktywność, czyli odpowiedzialne działanie ugruntowane w wartościach. Jaki jest wniosek, czy raczej obietnica? Brzmi ona:

działanie oparte na wartościach zmniejsza neurotyczność w relacjach ze światem.  

Idąc za tą myślą, jeżeli ktoś eksponuje własne wartości w nerwowy, pretensjonalny czy narzucający się sposób to pokazuje, że w jego strukturze coś nie gra. Może wartości są po prostu nieprawidłowo umocowane? Czy istotą posiadania wartości jest nieustanny konflikt z tą częścią świata, która ich nie wyznaje?

Jeżeli odnajdujemy wartości w czymś nienaruszalnym, serce znajduje ukojenie. Przyjęcie Boga jako wartości jest tutaj przykładem; niezależnie od ilości ateistów i krytyki wymierzonej w Kościół, Bóg-jako-Bóg (a nie jako "prawda czy nieprawda" albo jako "szef Kościoła") nadal jest wszechobejmującą miłością, can't touch it. (Ta miłość jest zdolna do zabijania noworodków, więc możesz czuć się bezpiecznie)
W tym kontekście nie ma znaczenia, czy Bóg istnieje czy nie. Istotne jest to, jak "Bóg" jest umocowany w życiu jako wartość.


Co mamy zamiast wartości? 

Rynek terapeutyczny wygenerował mnóstwo metod, które mają nauczyć pewności i konsekwencji ("jesteś zwycięzcą!"). Szukanie pewności siebie bez wartości jako podstawy sprowadziło wielu ludzi na ścieżkę przykrego udawania, w którym zatracali poczucie autentyczności. Nie da się symulować pewności, nie ma sensu też się na niej fiksować; lepiej odnaleźć postawę życiową, gdzie pewność jest skutkiem ubocznym.

Aby znaleźć w życiu wartość, warto najpierw zdiagnozować przyczynę utraty wartości. Utraty nie tyle konkretnej wartości czy mistycznej odpowiedzi na pytanie #czymjestżycie. Myślę raczej, że utraciliśmy zdolność do przeżywania życia jako wartościowego czy drogocennego; utraciliśmy (jako cywilizacja, jako TY, jako my, whatever) "wartościo-genność".  Utraciliśmy także realne poczucie wartości - stąd tyle protez wartości, które robią z ludzi pretensjonalnych dupków. Jak to się stało? Pytanie to jest we mnie odkąd pamiętam.

Ostatnio wysłuchałem w całości wystąpienia Simona Sineka, autora książki "Start with why" - promował on podejście do biznesu i zarządzania organizacją, gdzie u fundamentów stoi pytanie "dlaczego". Sinek mówi sam o sobie, że promuje wizję, w której znaczenie (meaning) przenika cała firmę. Podobna, acz szersza meta-idea jest kolportowana w Polsce pod marką Open Eyes Economy. Oczywiście, propozycja Sineka jest kierowana głównie do dyrektorów rad nadzorczych (C-level), ale - jak zapewnia sam propagator - można ją zastosować nie tylko w prowadzeniu firmy, ale także w życiu. ("Be the CEO of your life" - wszechpanosząca się narracja korporacyjna dla wielu jest jedynym słownikiem osobistej etyki, bleh).

To tylko jeden z przykładów zwrotu ku wartościom, który obserwuję we współczesnej kulturze Zachodu. Wiele z nich jest powierzchownych i zawężonych. Nie możemy wymyślić sobie jakiegoś "dlaczego" i po prostu wmontować ją w wielką ziejącą dziurę pełną wątpliwości, neirozumianych przez nas impulsów i niepewności.  Odnajdywanie swojego "dlaczego" i wdrażanie w życie wartości wymaga czasu i nie może być sfabrykowane. Co natomiast ludzie starają się wmontować w ową dziurę?

Oto szybki przegląd:

-niepowstrzymany i kompulsywny hedonizm (+sztucznie balansowany pracoholizmem)
-protezy motywacyjne w postaci płatnego coachingu
-duchowy supermarket
-zawężony i agresywny racjonalizm (#nauka, #dowody)
-negujący wszystko, agresywny postmodernizm (najgorzej)
-plastikowe sposoby życia zaczerpnięte z Instagrama (+ narkotyki i pieniądze)
-regresywne i tępe ideologie pop-prawicy
-pretensjonalne i przeintelektualizowane teorie radykalnej lewicy (+ dużo alkoholu)
-i inne (+ używki)

Jak zauważyłaś, rozpocząłem ten tekst od wątku zajmowania stanowiska (w rozmowach i działaniu), potem zaś przeskoczyłem do wartości. Tak, te dwa wątki są ze sobą blisko związane. Osobiste stanowisko jest ekspresją wartości =  autentyczna wartość ukazuje się w działaniu. Zgoda lub sprzeciw wobec czegoś jest ekspresją wartości. Może być także ekspresją uprzedzeń, lęku lub impulsów. Jak to odróżnić?

Różnice między wartością a osądzającym poglądem

Jako, że obecnie większość dyskursu nt. wartości koncentruje się na mowie, poniżej odróżniam wartość od osądzających i zideologizowanych poglądów.
Wartość jest dla mnie czymś, co przenika całe życie; konsekwentnie CAŁE życie. Nie oznacza to jednak monotematyczności i wpieprzania się z moralizmem w cudzy obiad. Tak czynią zapalczywi wegetarianie, ponieważ wegetarianizm et consortes jest jednym z surogatów moralności przejmowanych przez klasę średnią. Taki surogat to sztuczna wartość wywiedziona z teorii lub myślenia konceptualnego, koncepcja naładowana wściekłością. Uważam tak stworzoną wartość za fałszywą i szkodliwą. Co więcej, tak stworzona wartość jest środkiem do wyrażania niechęci pod szlachetnym płaszczykiem. Przydatne jest tutaj pojęcie resentymentu (urazy) wypracowane przez Maxa Schelera.

Trucizną [resentymentu] karmi się każdy sposób myślenia, który w samą tylko negację i krytykę wkłada twórczą siłę. Resentyment karmi wewnętrznie i ożywia ów ogólny typ myślenia, który dla części nowej filozofii stał się wprost "konstytutywny". Ten typ myślenia jako "dane" i "prawdziwe" przyjmuje owo nieopierające się krytyce i wątpieniu X, tak zwane Niepowątpiewalne, Niezaprzeczalne. (...) Wszędzie tam, gdzie droga, na której ludzie dochodzą do swoich przekonań, przestaje być bezpośrednim obcowaniem ze światem i samymi rzeczami, a własną opinię kształtuje dopiero podczas krytyki opinii innych osób i poprzez tę krytykę, tak że dążenie do tak zwanych kryteriów słuszności tych poglądów staje się najważniejszą sprawą myślącego, resentyment, którego pozornie pozytywne wartościowania i sądy stale są ukrytymi negacjami i dewaloryzacjami, stanowi niejako fluidum opływające proces myślenia. Zasada resentymentu brzmi: coś, jakieś A akceptuje się, ceni i wychwala nie ze względu na jego jakość, lecz w intencji - choć niewypowiedzianej - odrzucenia, zdeprecjonowania, zgadnienia czegoś innego, B. A jest "wygrywane" przeciw B. "


Wartość to nie koncepcja (nawet o najszlachetniejszej wymowie); leży ona znacznie głębiej i konstytuuje sposób wychodzenia naprzeciw światu /relating with the world/. Wartość nie wyznacza treści tego, co mówimy; przenika raczej sposób wyrażania się, nastraja częstotliwość /frequency/ naszej ekspresji. Dlatego też rozumiem prawdziwe wartości jako coś poznawczego; jako jakości, które można osadzić w swoim aparacie poznawczym. Klasycznie, są to tzw. cnoty /virtues/.

Zauważmy tu istotną różnicę: kiedy wartość "zamieszkuje" pogląd lub koncepcję, jednostka koncentruje się na obronie jej słuszności w mowie i działaniu.  Może to być ochrona życia poczętego czy wywyższenie narodu. Bronienie tak ukonstytuowanych wartości jest wyczerpujące dla psychiki i stwarza niezdrową ekscytację. Utożsamienie wartości z językowo zarysowanym poglądem automatycznie pociąga to za sobą niechęć do stronników, którzy posiadają (lub są oskarżani o posiadanie) pogląd przeciwny lub po prostu inny. Tak powstają wrogość, niechęć i podziały, które miały być uśmierzone przez konwencje wypracowane przez poprawność polityczną i reguły poprawnej konwersacji. Ale nie wyszło. Bardzo nie wyszło.

Jeżeli zaś wartość jest cnotą, uczymy się ekspresji tej cnoty poprzez mowę i działanie niezależnie od stanowiska, jakie zajmujemy.  Ekspresja cnoty zachodzi w zintegrowaniu wielu funkcji życiowych, a nie przez obronę poglądu, który wyznaczony jest granicami języka. Oznacza to na przykład, że mówimy coś zdecydowanym, mocnym głosem, ale jednocześnie utrzymujemy także empatyczne połączenie z rozmówcą. Wszystko to jest mądrością działania, która rafinuje się w praktyce. Dlatego, intelektualne dyskutowanie zasadności cnót mija się z celem; wyznacznikiem prawdziwości cnót jest biegłość w życiu: relacje z bliskimi ludźmi, swoim ciałem i zdrowiem, karierą zawodową i tak dalej.

The individual gyroscopes that enable the person to keep balance in a paradoxical world spin within the principled, knowleadgable self. Such people have strong ethical anchors of their own reasoned choosing, derived from many sources, but are not entrapped by rigid rules based on external dogma or mandates of authority.
- Ken wilber, Trump and a Post-Truth World

Jak wyczuwać zgodność działania z wartościami? Zarys  

Dalej, możemy wyczuć jak kultywować nasze wartości podczas codziennych sytuacji - kiedy nasze działanie je wzmacnia, a kiedy osłabia.  Zamiast w nieskończoność definiować wartości w teorii, odnajdujemy w sobie kompas, żyroskop, który jest subtelnym punktem odniesienia do naszych działań. Subtelnym, ponieważ nie da się go domknąć w koncepcji; nasze TAK i NIE mogą być mocne w ekspresji, natomiast wewnętrzna pewność zgodności działania z wartościami wykracza poza proste "tak i nie". Pewnych rzeczy nie da się wytłumaczyć, ponieważ tłumaczenie ich oddala od tego, co ma zostać wytłumaczone. Na tym polega prawdziwa trudność życia w zgodzie z wartościami - człowiek jest pomiędzy grawitacją impulsów i pożądań a pokusą domkniętych, wszystko-wyjaśniających ideologii. "Niepewność" wobec pewności oferowanej przez zawężające ideologie to po prostu uczciwość i wrażliwość. Wykształcenie w sobie "żyroskopu" wymaga wysiłku, drogi, o której nie ma słowa w żadnej popularnej ideologii, która mówi cokolwiek o wartościach (prawicy, lewicy, coachingowo-rozwojowych wynurzeniach, etc). Postaram się coś o tym napisać w następnych tekstach.


Poniżej podaję trzy przykładowe wartości, cnoty lub rezerwuary wartości:

1. Ucieleśnienie /Embodiment/ albo kontakt z ciałem
jest to odczuwalny kontakt z ciałem, aktualnym poziomem energii, dynamiką oddechu, napięciami mięśniowymi, bólem i reakcjami emocjonalnymi na słowa innych ludzi. Ucieleśnienie to poczucie bycia w ciele, które przekłada się na wyprostowaną, symetryczną postawę. Kiedy uda nam się nawiązać kontakt z ciałem, możemy nauczyć się komunikacji z nim, czyli odczytywania sygnałów, które z niego płyną. Sygnały te służą jako wskazówki do działania. Tzw. odcieleśnienie /disembodiment/ oznacza odcięcie od ciała i działanie wyłącznie z zamysłu, intelektualnej analizy, podejmowanie decyzji na bazie logicznej spójności. Człowiek odcieleśniony traktuje ciało jako niewolnika, którym zarządza rozum. Jeżeli chcesz dowiedzieć się, jak odzyskać i pogłębić kontakt z ciałem, zacznij TUTAJ.

2. Matryca mitologiczna 
mity - w odróżnieniu od ideologii czy wielkich narracji -  są cząstkowymi (a nie totalnymi) historiami, które mówią o jakimś aspekcie życia, działania czy doświadczania. Joseph Campbell przeanalizował mity z różnych kultur i udowodnił podobieństwo ich struktury, którą nazwał monomitem lub tzw. podróżą bohatera. W skład światowych mitów wchodzą historie religijne, plemienne, baśnie, pieśni i inne. S W mitach obecne są wzroce działania, myślenia lub postrzegania, które wkomponowane są w fabułę. Odzwierciedlają się one także w popkulturze. Zachodnią matrycą mitów jest Stary Testament. Jordan B. Peterson przeprowadził kompleksową interpretację mitów bibilijnych, dostosowaną do współczesnego życia. Linki poniżej. Prawdziwym fenomenem w tym temacie jest księga I Ching, która - jak twierdzi wielu badaczy - nie tylko zebrała wszystkie wzorce mityczne w całość, ale także wypracowała metodę losująca, która przystawia dany wzorzec mityczny do życiowej sytuacji.

3. Regularna praktyka 
poprzez praktykę rozumiem techniki, która nawiązują do głębszych, poznawczych warstw życia, a dzięki temu mogą je przeobrazić, a przede wszystkim pogłębić zdolność bezpośredniej (nieanalitycznej) obserwacji emocji, odczuć, percepcji (apercepcji), myśli, kondycji ciała, wymiany komunikatów w relacji międzyludzkiej. Przykłady takiej praktyki to modlitwa, kontemplacja, medytacja, ćwiczenia somatyczne (patrz wyżej), ćwiczenia oddechowe i wiele innych. Aby uniknąć syndromu duchowego konsumpcjonizmu, należy zainwestować czas i środki w wybraną technikę, eksplorować ją przy pomocy specjalisty, najlepiej w ramach jakiejś grupy. Współcześnie istnieje mnóstwo grup, technik i nauczycieli, które można sprawdzić. Trzeba to jednak robić z odpowiedzialnością i zaangażowaniem, inaczej proces po prostu nie zadziała.


Inne wartości, które można ćwiczyć w działaniu, to:
- długotrwałe skupienie na jednej czynności i eliminowanie rozproszeń (patrz Cal Newport: Deep Work)
- codzienne robienie wybranych rzeczy, szczególnie jeżeli budzą one zaangażowanie
- codzienne utrzymywanie porządku w otoczeniu (w pokoju, na pulpicie i w planie dnia)
- regularne cykle snu i czuwania, niezależnie od okoliczności



ŹRÓDŁA I ODNIESIENIA:

 Czego naprawdę chcemy, czego naprawdę nie chcemy i skąd to wiemy? Gdzie odnajdujemy zdecydowanie i konsekwencję? Skąd biorą się wątpliwości i co z nimi robić? Dlaczego nie potrafimy uporządkować życia bez popadania w sztywność?

Pytania te kierują nas w stronę wartości. Wartości są busolami działania, pragnień, potrzeb i zdrowych granic. Wartość jest czymś, czego chcesz, but be careful what you wish for. Musimy jasno rozpoznać czym są prawdziwe* wartości i gdzie ich szukać. Gdzie zatem szukamy wartości? W naszym działaniu! ...czemu i jak myjesz naczynia, jak mówisz do innych,wiążesz buty i o której kładziesz się spać - to miejsca, gdzie możesz zobaczyć własne wartości i zatroszczyć się o nie.

Patrząc w ten sposób możemy odróżnić prawdziwe, drogocenne wartości od ideologicznego zaślepienia, nihilizmu, konsumpcjonizmu i duchowego materializmu, które jak duchy grasują po zgliszczach zwanych "zachodnim kryzysem wartości".

*tak, istnieją prawdziwe i fałszywe wartości. Nie, to nie jest "subiektywna" kwestia. Śladami Jordana Petersona, uznaję za "prawdziwe" to, co przyczynia się do skutecznego działania i pomyślnego życia.

Poniższy tekst jest dedykowany wszystkim, którzy są głodni wartości, a jednocześnie nie chcą pogrążyć się w którejś z Wielkich Narracji, ideologicznym zawężeniu, niu endżowym wybombaniu w kosmos, etc.

Wartości w akcji

Przyjęcie lub odrzucenie  to fundamenty naszego funkcjonowania w świecie. Codziennie spotyka nas mnóstwo rzeczy; mówimy im "Tak!", mówimy im "Nie!", czyli wybieramy. Czemu mówimy rzeczom "Tak!"? Bo ich chcemy. Mówimy "Nie!" bo chcemy czegoś innego. Jeżeli nam się czegoś chce, to nawigujemy żeby to dostać, poruszamy się tak, żeby być blisko tego - wygrać lub zostać w grze.
Oczywiście, to nie takie proste. Nasze "Tak" lub "Nie" nieraz musi przejść długą drogę. Trzeba przenieść jakieś "Tak" przez wichry losu, czyli nie porzucić po drodze. Żeby chciało się je nieść, warto być przekonanym o swoim "Tak"; nie wystarczy logiczna czy ekonomiczna konieczność. Potrzeba jeszcze pasji.

Postawy "nachodzą" na postawy innych. kiedy komunikujemy się z ludźmi. Więc nasze stanowisko może być twarde i miękkie, czyli usytuowane gdzieś pomiędzy, rozmyte albo owinięte w stosowną bawełnę żeby kogoś nie wzburzyć. Mamy w końcu do czynienia z wrażliwymi ludźmi.

PYTANIA:
- jak mocno/intensywnie/zdecydowanie wyrażasz swoją aprobatę? (tak!)
-jak z kolei wyrażasz swoją dezaprobatę? (nie!)

Kiedy widzisz ludzi kopiących zwierzę (lub co gorsza, człowieka) na ulicy, Twoje "tak" albo "nie" przybiera postać działania. Błyskawiczne zaangażowanie się w taką sytuację aby ochronić krzywdzonego jest wartością w akcji. Więc... angażujesz się w sytuację albo uciekasz od niej i myślisz o niej przez następne parę dni. Kiedy sam spotkałem się z takimi "wyzwaniowymi" okolicznościami zauważyłem, że każda sekunda myślenia o tym co powinienem zrobić wpycha mnie coraz głębiej w nieprzyjemny stupor. W głowie puchną wątpliwości, maszynka szacująca ryzyko szaleje. Myślenie tu nie pomaga, lecz sabotuje działanie. Wpływa to także na ciało; serce bije szybciej, w piersi czy nogach czuć wibracje pobudzenia. Im więcej myślenia o tym co robić tym gorzej; więcej energii w ciele, która nie może wyjść na zewnątrz. Robić, czy nie robić? A jeżeli robić, to co? Zegar tyka, sytuacja rozwija się przed oczami, a ja stoję jak słup soli, jednak od słupa odróżnia mnie kumulacja energii bliska implozji.

Takie sytuacje nauczyły mnie jednego:
intelektualne polemizowanie na temat wartości nie ma wielkiego sensu. Ludzie dużo rozmawiają o wartościach, ale rzadziej rozumieją, jak wartości napędzają ich działanie, jak kanalizują ich pożądanie. Jeszcze rzadziej ludzie potrafią rozmawiać o tym jak wartości napędzają ich działanie bez popadania w intelektualne polemizowanie. Pozostańmy w konkrecie: Wartości  ukazują się jedynie podczas/wewnątrz działania. Czy zatem ma jakikolwiek sens rozpisywanie się na temat wartości, tak jak czynię to teraz? Tak, jeżeli skupiamy się na wartościach w działaniu, uczymy się odnajdywania wartości w działaniu, dalej uczymy się  wdrażania wartości w działanie. Musimy zabezpieczyć się przed jałowym myśleniem!


TAK! vs "W moim odczuciu być może tak ale mogę się mylić no i szanuję twoje zdanie"

Ostatnio - na fali dyskusji Jordana Petersona nt. poprawności politycznej w USA i Kanadzie (kliknij TUTAJ)-  znów fascynują mnie reguły poprawnej komunikacji, które nakazują (lub automatyzują) używanie takich sformułowań jak: moim zdaniem, uważam, myślę, mogę się mylić.
Tak, jesteśmy omylni - każda nasza wypowiedź jest ekspresją ograniczonych zasobów wiedzy i doświadczenia, które mamy do dyspozycji. Dlaczego jednak tak często to podkreślamy?

Idea dialogu dążącego do konsensusu głęboko wrosła w Zachodnie społeczeństwo. Myślę, że wpłynęła także na komunikację ze sobą. Zamiast zdecydowanie i całym sobą powiedzieć TAK przeprowadzamy w głowie złożone negocjacje, zadręczamy się analizami i nie możemy spać. Czy doświadczasz w sobie takiej męczącej polifonii głosów? Dla wielu ludzi sprowadza się to do przewlekłego dysonansu poznawczego. Oznacza to rozmycie, rozbrojenie i osłabienie swoich TAK i NIE. Odbiera to moc decyzjom i wyborom życiowym. 

Okej, to uprzejmie zaakcentować, że nie uważa się swojej racji czy poglądu za "absolutny". Mówiąc "moim zdaniem [wypowiedź] ale mogę się mylić" generuję otwarty komunikat. Komunikuję, że nie wykluczam poglądów odmiennych od swojego. Unosi się nad tym wszystkim quazi-moralna koncepcja "tolerancji" (z łac. przecierpienie), która ma pokojowo zorganizować wielość poglądów. "Szanuję Twoje zdanie, chociaż się z nim nie zgadzam" - pamiętam lekcje WOSu, na których uczyliśmy się w taki sposób rozmawiać. Żeby jednak zrozumieć w pełni te normy komunikacji, przemyślmy co się dzieje kiedy NIE SĄ one stosowane. Odsłania to coś bardzo ciekawego.

Myślę, że jedną z funkcji poprawności językowej jest unikanie tajemniczego dyskomfortu, który pojawia się podczas różnicy zdań. Instytucjonalnie, dążenie to znalazło wyraz w idei "safe spaces" (więcej info tutaj) - miejsc na uniwersytetach, gdzie (z założenia) grupy marginalne nie muszą obawiać się o krytyki lub podważenia swojego stanowiska. W przyszłości, safe spaces uznane zostaną za historyczny wynalazek pokolenia płatków śniegu (kliknij tu)

Różnica zdań może uaktywnić tzw. fight-or-flight response (popularnie znane jako "triggered") czyli przemożną reakcję stresową prowadzącą do starcia lub ucieczki. Świadczy to o wysokiej reaktywności i niskiej odporności /resilience/. Wysoka reaktywność (co oznacza neurotyczną reakcję na bodźce z zewnątrz) jest cechą konstytutywną dla tzw. pokolenia płatków śniegu. Według Stephena Coveya, antidotum na nią jest proaktywność, czyli odpowiedzialne działanie ugruntowane w wartościach. Jaki jest wniosek, czy raczej obietnica? Brzmi ona:

działanie oparte na wartościach zmniejsza neurotyczność w relacjach ze światem.  

Idąc za tą myślą, jeżeli ktoś eksponuje własne wartości w nerwowy, pretensjonalny czy narzucający się sposób to pokazuje, że w jego strukturze coś nie gra. Może wartości są po prostu nieprawidłowo umocowane? Czy istotą posiadania wartości jest nieustanny konflikt z tą częścią świata, która ich nie wyznaje?

Jeżeli odnajdujemy wartości w czymś nienaruszalnym, serce znajduje ukojenie. Przyjęcie Boga jako wartości jest tutaj przykładem; niezależnie od ilości ateistów i krytyki wymierzonej w Kościół, Bóg-jako-Bóg (a nie jako "prawda czy nieprawda" albo jako "szef Kościoła") nadal jest wszechobejmującą miłością, can't touch it. (Ta miłość jest zdolna do zabijania noworodków, więc możesz czuć się bezpiecznie)
W tym kontekście nie ma znaczenia, czy Bóg istnieje czy nie. Istotne jest to, jak "Bóg" jest umocowany w życiu jako wartość.


Co mamy zamiast wartości? 

Rynek terapeutyczny wygenerował mnóstwo metod, które mają nauczyć pewności i konsekwencji ("jesteś zwycięzcą!"). Szukanie pewności siebie bez wartości jako podstawy sprowadziło wielu ludzi na ścieżkę przykrego udawania, w którym zatracali poczucie autentyczności. Nie da się symulować pewności, nie ma sensu też się na niej fiksować; lepiej odnaleźć postawę życiową, gdzie pewność jest skutkiem ubocznym.

Aby znaleźć w życiu wartość, warto najpierw zdiagnozować przyczynę utraty wartości. Utraty nie tyle konkretnej wartości czy mistycznej odpowiedzi na pytanie #czymjestżycie. Myślę raczej, że utraciliśmy zdolność do przeżywania życia jako wartościowego czy drogocennego; utraciliśmy (jako cywilizacja, jako TY, jako my, whatever) "wartościo-genność".  Utraciliśmy także realne poczucie wartości - stąd tyle protez wartości, które robią z ludzi pretensjonalnych dupków. Jak to się stało? Pytanie to jest we mnie odkąd pamiętam.

Ostatnio wysłuchałem w całości wystąpienia Simona Sineka, autora książki "Start with why" - promował on podejście do biznesu i zarządzania organizacją, gdzie u fundamentów stoi pytanie "dlaczego". Sinek mówi sam o sobie, że promuje wizję, w której znaczenie (meaning) przenika cała firmę. Podobna, acz szersza meta-idea jest kolportowana w Polsce pod marką Open Eyes Economy. Oczywiście, propozycja Sineka jest kierowana głównie do dyrektorów rad nadzorczych (C-level), ale - jak zapewnia sam propagator - można ją zastosować nie tylko w prowadzeniu firmy, ale także w życiu. ("Be the CEO of your life" - wszechpanosząca się narracja korporacyjna dla wielu jest jedynym słownikiem osobistej etyki, bleh).

To tylko jeden z przykładów zwrotu ku wartościom, który obserwuję we współczesnej kulturze Zachodu. Wiele z nich jest powierzchownych i zawężonych. Nie możemy wymyślić sobie jakiegoś "dlaczego" i po prostu wmontować ją w wielką ziejącą dziurę pełną wątpliwości, neirozumianych przez nas impulsów i niepewności.  Odnajdywanie swojego "dlaczego" i wdrażanie w życie wartości wymaga czasu i nie może być sfabrykowane. Co natomiast ludzie starają się wmontować w ową dziurę?

Oto szybki przegląd:

-niepowstrzymany i kompulsywny hedonizm (+sztucznie balansowany pracoholizmem)
-protezy motywacyjne w postaci płatnego coachingu
-duchowy supermarket
-zawężony i agresywny racjonalizm (#nauka, #dowody)
-negujący wszystko, agresywny postmodernizm (najgorzej)
-plastikowe sposoby życia zaczerpnięte z Instagrama (+ narkotyki i pieniądze)
-regresywne i tępe ideologie pop-prawicy
-pretensjonalne i przeintelektualizowane teorie radykalnej lewicy (+ dużo alkoholu)
-i inne (+ używki)

Jak zauważyłaś, rozpocząłem ten tekst od wątku zajmowania stanowiska (w rozmowach i działaniu), potem zaś przeskoczyłem do wartości. Tak, te dwa wątki są ze sobą blisko związane. Osobiste stanowisko jest ekspresją wartości =  autentyczna wartość ukazuje się w działaniu. Zgoda lub sprzeciw wobec czegoś jest ekspresją wartości. Może być także ekspresją uprzedzeń, lęku lub impulsów. Jak to odróżnić?

Różnice między wartością a osądzającym poglądem

Jako, że obecnie większość dyskursu nt. wartości koncentruje się na mowie, poniżej odróżniam wartość od osądzających i zideologizowanych poglądów.
Wartość jest dla mnie czymś, co przenika całe życie; konsekwentnie CAŁE życie. Nie oznacza to jednak monotematyczności i wpieprzania się z moralizmem w cudzy obiad. Tak czynią zapalczywi wegetarianie, ponieważ wegetarianizm et consortes jest jednym z surogatów moralności przejmowanych przez klasę średnią. Taki surogat to sztuczna wartość wywiedziona z teorii lub myślenia konceptualnego, koncepcja naładowana wściekłością. Uważam tak stworzoną wartość za fałszywą i szkodliwą. Co więcej, tak stworzona wartość jest środkiem do wyrażania niechęci pod szlachetnym płaszczykiem. Przydatne jest tutaj pojęcie resentymentu (urazy) wypracowane przez Maxa Schelera.

Trucizną [resentymentu] karmi się każdy sposób myślenia, który w samą tylko negację i krytykę wkłada twórczą siłę. Resentyment karmi wewnętrznie i ożywia ów ogólny typ myślenia, który dla części nowej filozofii stał się wprost "konstytutywny". Ten typ myślenia jako "dane" i "prawdziwe" przyjmuje owo nieopierające się krytyce i wątpieniu X, tak zwane Niepowątpiewalne, Niezaprzeczalne. (...) Wszędzie tam, gdzie droga, na której ludzie dochodzą do swoich przekonań, przestaje być bezpośrednim obcowaniem ze światem i samymi rzeczami, a własną opinię kształtuje dopiero podczas krytyki opinii innych osób i poprzez tę krytykę, tak że dążenie do tak zwanych kryteriów słuszności tych poglądów staje się najważniejszą sprawą myślącego, resentyment, którego pozornie pozytywne wartościowania i sądy stale są ukrytymi negacjami i dewaloryzacjami, stanowi niejako fluidum opływające proces myślenia. Zasada resentymentu brzmi: coś, jakieś A akceptuje się, ceni i wychwala nie ze względu na jego jakość, lecz w intencji - choć niewypowiedzianej - odrzucenia, zdeprecjonowania, zgadnienia czegoś innego, B. A jest "wygrywane" przeciw B. "


Wartość to nie koncepcja (nawet o najszlachetniejszej wymowie); leży ona znacznie głębiej i konstytuuje sposób wychodzenia naprzeciw światu /relating with the world/. Wartość nie wyznacza treści tego, co mówimy; przenika raczej sposób wyrażania się, nastraja częstotliwość /frequency/ naszej ekspresji. Dlatego też rozumiem prawdziwe wartości jako coś poznawczego; jako jakości, które można osadzić w swoim aparacie poznawczym. Klasycznie, są to tzw. cnoty /virtues/.

Zauważmy tu istotną różnicę: kiedy wartość "zamieszkuje" pogląd lub koncepcję, jednostka koncentruje się na obronie jej słuszności w mowie i działaniu.  Może to być ochrona życia poczętego czy wywyższenie narodu. Bronienie tak ukonstytuowanych wartości jest wyczerpujące dla psychiki i stwarza niezdrową ekscytację. Utożsamienie wartości z językowo zarysowanym poglądem automatycznie pociąga to za sobą niechęć do stronników, którzy posiadają (lub są oskarżani o posiadanie) pogląd przeciwny lub po prostu inny. Tak powstają wrogość, niechęć i podziały, które miały być uśmierzone przez konwencje wypracowane przez poprawność polityczną i reguły poprawnej konwersacji. Ale nie wyszło. Bardzo nie wyszło.

Jeżeli zaś wartość jest cnotą, uczymy się ekspresji tej cnoty poprzez mowę i działanie niezależnie od stanowiska, jakie zajmujemy.  Ekspresja cnoty zachodzi w zintegrowaniu wielu funkcji życiowych, a nie przez obronę poglądu, który wyznaczony jest granicami języka. Oznacza to na przykład, że mówimy coś zdecydowanym, mocnym głosem, ale jednocześnie utrzymujemy także empatyczne połączenie z rozmówcą. Wszystko to jest mądrością działania, która rafinuje się w praktyce. Dlatego, intelektualne dyskutowanie zasadności cnót mija się z celem; wyznacznikiem prawdziwości cnót jest biegłość w życiu: relacje z bliskimi ludźmi, swoim ciałem i zdrowiem, karierą zawodową i tak dalej.

The individual gyroscopes that enable the person to keep balance in a paradoxical world spin within the principled, knowleadgable self. Such people have strong ethical anchors of their own reasoned choosing, derived from many sources, but are not entrapped by rigid rules based on external dogma or mandates of authority.
- Ken wilber, Trump and a Post-Truth World

Jak wyczuwać zgodność działania z wartościami? Zarys  

Dalej, możemy wyczuć jak kultywować nasze wartości podczas codziennych sytuacji - kiedy nasze działanie je wzmacnia, a kiedy osłabia.  Zamiast w nieskończoność definiować wartości w teorii, odnajdujemy w sobie kompas, żyroskop, który jest subtelnym punktem odniesienia do naszych działań. Subtelnym, ponieważ nie da się go domknąć w koncepcji; nasze TAK i NIE mogą być mocne w ekspresji, natomiast wewnętrzna pewność zgodności działania z wartościami wykracza poza proste "tak i nie". Pewnych rzeczy nie da się wytłumaczyć, ponieważ tłumaczenie ich oddala od tego, co ma zostać wytłumaczone. Na tym polega prawdziwa trudność życia w zgodzie z wartościami - człowiek jest pomiędzy grawitacją impulsów i pożądań a pokusą domkniętych, wszystko-wyjaśniających ideologii. "Niepewność" wobec pewności oferowanej przez zawężające ideologie to po prostu uczciwość i wrażliwość. Wykształcenie w sobie "żyroskopu" wymaga wysiłku, drogi, o której nie ma słowa w żadnej popularnej ideologii, która mówi cokolwiek o wartościach (prawicy, lewicy, coachingowo-rozwojowych wynurzeniach, etc). Postaram się coś o tym napisać w następnych tekstach.


Poniżej podaję trzy przykładowe wartości, cnoty lub rezerwuary wartości:

1. Ucieleśnienie /Embodiment/ albo kontakt z ciałem
jest to odczuwalny kontakt z ciałem, aktualnym poziomem energii, dynamiką oddechu, napięciami mięśniowymi, bólem i reakcjami emocjonalnymi na słowa innych ludzi. Ucieleśnienie to poczucie bycia w ciele, które przekłada się na wyprostowaną, symetryczną postawę. Kiedy uda nam się nawiązać kontakt z ciałem, możemy nauczyć się komunikacji z nim, czyli odczytywania sygnałów, które z niego płyną. Sygnały te służą jako wskazówki do działania. Tzw. odcieleśnienie /disembodiment/ oznacza odcięcie od ciała i działanie wyłącznie z zamysłu, intelektualnej analizy, podejmowanie decyzji na bazie logicznej spójności. Człowiek odcieleśniony traktuje ciało jako niewolnika, którym zarządza rozum. Jeżeli chcesz dowiedzieć się, jak odzyskać i pogłębić kontakt z ciałem, zacznij TUTAJ.

2. Matryca mitologiczna 
mity - w odróżnieniu od ideologii czy wielkich narracji -  są cząstkowymi (a nie totalnymi) historiami, które mówią o jakimś aspekcie życia, działania czy doświadczania. Joseph Campbell przeanalizował mity z różnych kultur i udowodnił podobieństwo ich struktury, którą nazwał monomitem lub tzw. podróżą bohatera. W skład światowych mitów wchodzą historie religijne, plemienne, baśnie, pieśni i inne. S W mitach obecne są wzroce działania, myślenia lub postrzegania, które wkomponowane są w fabułę. Odzwierciedlają się one także w popkulturze. Zachodnią matrycą mitów jest Stary Testament. Jordan B. Peterson przeprowadził kompleksową interpretację mitów bibilijnych, dostosowaną do współczesnego życia. Linki poniżej. Prawdziwym fenomenem w tym temacie jest księga I Ching, która - jak twierdzi wielu badaczy - nie tylko zebrała wszystkie wzorce mityczne w całość, ale także wypracowała metodę losująca, która przystawia dany wzorzec mityczny do życiowej sytuacji.

3. Regularna praktyka 
poprzez praktykę rozumiem techniki, która nawiązują do głębszych, poznawczych warstw życia, a dzięki temu mogą je przeobrazić, a przede wszystkim pogłębić zdolność bezpośredniej (nieanalitycznej) obserwacji emocji, odczuć, percepcji (apercepcji), myśli, kondycji ciała, wymiany komunikatów w relacji międzyludzkiej. Przykłady takiej praktyki to modlitwa, kontemplacja, medytacja, ćwiczenia somatyczne (patrz wyżej), ćwiczenia oddechowe i wiele innych. Aby uniknąć syndromu duchowego konsumpcjonizmu, należy zainwestować czas i środki w wybraną technikę, eksplorować ją przy pomocy specjalisty, najlepiej w ramach jakiejś grupy. Współcześnie istnieje mnóstwo grup, technik i nauczycieli, które można sprawdzić. Trzeba to jednak robić z odpowiedzialnością i zaangażowaniem, inaczej proces po prostu nie zadziała.


Inne wartości, które można ćwiczyć w działaniu, to:
- długotrwałe skupienie na jednej czynności i eliminowanie rozproszeń (patrz Cal Newport: Deep Work)
- codzienne robienie wybranych rzeczy, szczególnie jeżeli budzą one zaangażowanie
- codzienne utrzymywanie porządku w otoczeniu (w pokoju, na pulpicie i w planie dnia)
- regularne cykle snu i czuwania, niezależnie od okoliczności



ŹRÓDŁA I ODNIESIENIA:
 Czego naprawdę chcemy, czego naprawdę nie chcemy i skąd to wiemy? Gdzie odnajdujemy zdecydowanie i konsekwencję? Skąd biorą się wątpliwości i co z nimi robić? Dlaczego nie potrafimy uporządkować życia bez popadania w sztywność?

Pytania te kierują nas w stronę wartości. Wartości są busolami działania, pragnień, potrzeb i zdrowych granic. Wartość jest czymś, czego chcesz, but be careful what you wish for. Musimy jasno rozpoznać czym są prawdziwe* wartości i gdzie ich szukać. Gdzie zatem szukamy wartości? W naszym działaniu! ...czemu i jak myjesz naczynia, jak mówisz do innych,wiążesz buty i o której kładziesz się spać - to miejsca, gdzie możesz zobaczyć własne wartości i zatroszczyć się o nie.

Patrząc w ten sposób możemy odróżnić prawdziwe, drogocenne wartości od ideologicznego zaślepienia, nihilizmu, konsumpcjonizmu i duchowego materializmu, które jak duchy grasują po zgliszczach zwanych "zachodnim kryzysem wartości".

*tak, istnieją prawdziwe i fałszywe wartości. Nie, to nie jest "subiektywna" kwestia. Śladami Jordana Petersona, uznaję za "prawdziwe" to, co przyczynia się do skutecznego działania i pomyślnego życia.

Poniższy tekst jest dedykowany wszystkim, którzy są głodni wartości, a jednocześnie nie chcą pogrążyć się w którejś z Wielkich Narracji, ideologicznym zawężeniu, niu endżowym wybombaniu w kosmos, etc.

Wartości w akcji

Przyjęcie lub odrzucenie  to fundamenty naszego funkcjonowania w świecie. Codziennie spotyka nas mnóstwo rzeczy; mówimy im "Tak!", mówimy im "Nie!", czyli wybieramy. Czemu mówimy rzeczom "Tak!"? Bo ich chcemy. Mówimy "Nie!" bo chcemy czegoś innego. Jeżeli nam się czegoś chce, to nawigujemy żeby to dostać, poruszamy się tak, żeby być blisko tego - wygrać lub zostać w grze.
Oczywiście, to nie takie proste. Nasze "Tak" lub "Nie" nieraz musi przejść długą drogę. Trzeba przenieść jakieś "Tak" przez wichry losu, czyli nie porzucić po drodze. Żeby chciało się je nieść, warto być przekonanym o swoim "Tak"; nie wystarczy logiczna czy ekonomiczna konieczność. Potrzeba jeszcze pasji.

Postawy "nachodzą" na postawy innych. kiedy komunikujemy się z ludźmi. Więc nasze stanowisko może być twarde i miękkie, czyli usytuowane gdzieś pomiędzy, rozmyte albo owinięte w stosowną bawełnę żeby kogoś nie wzburzyć. Mamy w końcu do czynienia z wrażliwymi ludźmi.

PYTANIA:
- jak mocno/intensywnie/zdecydowanie wyrażasz swoją aprobatę? (tak!)
-jak z kolei wyrażasz swoją dezaprobatę? (nie!)

Kiedy widzisz ludzi kopiących zwierzę (lub co gorsza, człowieka) na ulicy, Twoje "tak" albo "nie" przybiera postać działania. Błyskawiczne zaangażowanie się w taką sytuację aby ochronić krzywdzonego jest wartością w akcji. Więc... angażujesz się w sytuację albo uciekasz od niej i myślisz o niej przez następne parę dni. Kiedy sam spotkałem się z takimi "wyzwaniowymi" okolicznościami zauważyłem, że każda sekunda myślenia o tym co powinienem zrobić wpycha mnie coraz głębiej w nieprzyjemny stupor. W głowie puchną wątpliwości, maszynka szacująca ryzyko szaleje. Myślenie tu nie pomaga, lecz sabotuje działanie. Wpływa to także na ciało; serce bije szybciej, w piersi czy nogach czuć wibracje pobudzenia. Im więcej myślenia o tym co robić tym gorzej; więcej energii w ciele, która nie może wyjść na zewnątrz. Robić, czy nie robić? A jeżeli robić, to co? Zegar tyka, sytuacja rozwija się przed oczami, a ja stoję jak słup soli, jednak od słupa odróżnia mnie kumulacja energii bliska implozji.

Takie sytuacje nauczyły mnie jednego:
intelektualne polemizowanie na temat wartości nie ma wielkiego sensu. Ludzie dużo rozmawiają o wartościach, ale rzadziej rozumieją, jak wartości napędzają ich działanie, jak kanalizują ich pożądanie. Jeszcze rzadziej ludzie potrafią rozmawiać o tym jak wartości napędzają ich działanie bez popadania w intelektualne polemizowanie. Pozostańmy w konkrecie: Wartości  ukazują się jedynie podczas/wewnątrz działania. Czy zatem ma jakikolwiek sens rozpisywanie się na temat wartości, tak jak czynię to teraz? Tak, jeżeli skupiamy się na wartościach w działaniu, uczymy się odnajdywania wartości w działaniu, dalej uczymy się  wdrażania wartości w działanie. Musimy zabezpieczyć się przed jałowym myśleniem!


TAK! vs "W moim odczuciu być może tak ale mogę się mylić no i szanuję twoje zdanie"

Ostatnio - na fali dyskusji Jordana Petersona nt. poprawności politycznej w USA i Kanadzie (kliknij TUTAJ)-  znów fascynują mnie reguły poprawnej komunikacji, które nakazują (lub automatyzują) używanie takich sformułowań jak: moim zdaniem, uważam, myślę, mogę się mylić.
Tak, jesteśmy omylni - każda nasza wypowiedź jest ekspresją ograniczonych zasobów wiedzy i doświadczenia, które mamy do dyspozycji. Dlaczego jednak tak często to podkreślamy?

Idea dialogu dążącego do konsensusu głęboko wrosła w Zachodnie społeczeństwo. Myślę, że wpłynęła także na komunikację ze sobą. Zamiast zdecydowanie i całym sobą powiedzieć TAK przeprowadzamy w głowie złożone negocjacje, zadręczamy się analizami i nie możemy spać. Czy doświadczasz w sobie takiej męczącej polifonii głosów? Dla wielu ludzi sprowadza się to do przewlekłego dysonansu poznawczego. Oznacza to rozmycie, rozbrojenie i osłabienie swoich TAK i NIE. Odbiera to moc decyzjom i wyborom życiowym. 

Okej, to uprzejmie zaakcentować, że nie uważa się swojej racji czy poglądu za "absolutny". Mówiąc "moim zdaniem [wypowiedź] ale mogę się mylić" generuję otwarty komunikat. Komunikuję, że nie wykluczam poglądów odmiennych od swojego. Unosi się nad tym wszystkim quazi-moralna koncepcja "tolerancji" (z łac. przecierpienie), która ma pokojowo zorganizować wielość poglądów. "Szanuję Twoje zdanie, chociaż się z nim nie zgadzam" - pamiętam lekcje WOSu, na których uczyliśmy się w taki sposób rozmawiać. Żeby jednak zrozumieć w pełni te normy komunikacji, przemyślmy co się dzieje kiedy NIE SĄ one stosowane. Odsłania to coś bardzo ciekawego.

Myślę, że jedną z funkcji poprawności językowej jest unikanie tajemniczego dyskomfortu, który pojawia się podczas różnicy zdań. Instytucjonalnie, dążenie to znalazło wyraz w idei "safe spaces" (więcej info tutaj) - miejsc na uniwersytetach, gdzie (z założenia) grupy marginalne nie muszą obawiać się o krytyki lub podważenia swojego stanowiska. W przyszłości, safe spaces uznane zostaną za historyczny wynalazek pokolenia płatków śniegu (kliknij tu)

Różnica zdań może uaktywnić tzw. fight-or-flight response (popularnie znane jako "triggered") czyli przemożną reakcję stresową prowadzącą do starcia lub ucieczki. Świadczy to o wysokiej reaktywności i niskiej odporności /resilience/. Wysoka reaktywność (co oznacza neurotyczną reakcję na bodźce z zewnątrz) jest cechą konstytutywną dla tzw. pokolenia płatków śniegu. Według Stephena Coveya, antidotum na nią jest proaktywność, czyli odpowiedzialne działanie ugruntowane w wartościach. Jaki jest wniosek, czy raczej obietnica? Brzmi ona:

działanie oparte na wartościach zmniejsza neurotyczność w relacjach ze światem.  

Idąc za tą myślą, jeżeli ktoś eksponuje własne wartości w nerwowy, pretensjonalny czy narzucający się sposób to pokazuje, że w jego strukturze coś nie gra. Może wartości są po prostu nieprawidłowo umocowane? Czy istotą posiadania wartości jest nieustanny konflikt z tą częścią świata, która ich nie wyznaje?

Jeżeli odnajdujemy wartości w czymś nienaruszalnym, serce znajduje ukojenie. Przyjęcie Boga jako wartości jest tutaj przykładem; niezależnie od ilości ateistów i krytyki wymierzonej w Kościół, Bóg-jako-Bóg (a nie jako "prawda czy nieprawda" albo jako "szef Kościoła") nadal jest wszechobejmującą miłością, can't touch it. (Ta miłość jest zdolna do zabijania noworodków, więc możesz czuć się bezpiecznie)
W tym kontekście nie ma znaczenia, czy Bóg istnieje czy nie. Istotne jest to, jak "Bóg" jest umocowany w życiu jako wartość.


Co mamy zamiast wartości? 

Rynek terapeutyczny wygenerował mnóstwo metod, które mają nauczyć pewności i konsekwencji ("jesteś zwycięzcą!"). Szukanie pewności siebie bez wartości jako podstawy sprowadziło wielu ludzi na ścieżkę przykrego udawania, w którym zatracali poczucie autentyczności. Nie da się symulować pewności, nie ma sensu też się na niej fiksować; lepiej odnaleźć postawę życiową, gdzie pewność jest skutkiem ubocznym.

Aby znaleźć w życiu wartość, warto najpierw zdiagnozować przyczynę utraty wartości. Utraty nie tyle konkretnej wartości czy mistycznej odpowiedzi na pytanie #czymjestżycie. Myślę raczej, że utraciliśmy zdolność do przeżywania życia jako wartościowego czy drogocennego; utraciliśmy (jako cywilizacja, jako TY, jako my, whatever) "wartościo-genność".  Utraciliśmy także realne poczucie wartości - stąd tyle protez wartości, które robią z ludzi pretensjonalnych dupków. Jak to się stało? Pytanie to jest we mnie odkąd pamiętam.

Ostatnio wysłuchałem w całości wystąpienia Simona Sineka, autora książki "Start with why" - promował on podejście do biznesu i zarządzania organizacją, gdzie u fundamentów stoi pytanie "dlaczego". Sinek mówi sam o sobie, że promuje wizję, w której znaczenie (meaning) przenika cała firmę. Podobna, acz szersza meta-idea jest kolportowana w Polsce pod marką Open Eyes Economy. Oczywiście, propozycja Sineka jest kierowana głównie do dyrektorów rad nadzorczych (C-level), ale - jak zapewnia sam propagator - można ją zastosować nie tylko w prowadzeniu firmy, ale także w życiu. ("Be the CEO of your life" - wszechpanosząca się narracja korporacyjna dla wielu jest jedynym słownikiem osobistej etyki, bleh).

To tylko jeden z przykładów zwrotu ku wartościom, który obserwuję we współczesnej kulturze Zachodu. Wiele z nich jest powierzchownych i zawężonych. Nie możemy wymyślić sobie jakiegoś "dlaczego" i po prostu wmontować ją w wielką ziejącą dziurę pełną wątpliwości, neirozumianych przez nas impulsów i niepewności.  Odnajdywanie swojego "dlaczego" i wdrażanie w życie wartości wymaga czasu i nie może być sfabrykowane. Co natomiast ludzie starają się wmontować w ową dziurę?

Oto szybki przegląd:

-niepowstrzymany i kompulsywny hedonizm (+sztucznie balansowany pracoholizmem)
-protezy motywacyjne w postaci płatnego coachingu
-duchowy supermarket
-zawężony i agresywny racjonalizm (#nauka, #dowody)
-negujący wszystko, agresywny postmodernizm (najgorzej)
-plastikowe sposoby życia zaczerpnięte z Instagrama (+ narkotyki i pieniądze)
-regresywne i tępe ideologie pop-prawicy
-pretensjonalne i przeintelektualizowane teorie radykalnej lewicy (+ dużo alkoholu)
-i inne (+ używki)

Jak zauważyłaś, rozpocząłem ten tekst od wątku zajmowania stanowiska (w rozmowach i działaniu), potem zaś przeskoczyłem do wartości. Tak, te dwa wątki są ze sobą blisko związane. Osobiste stanowisko jest ekspresją wartości =  autentyczna wartość ukazuje się w działaniu. Zgoda lub sprzeciw wobec czegoś jest ekspresją wartości. Może być także ekspresją uprzedzeń, lęku lub impulsów. Jak to odróżnić?

Różnice między wartością a osądzającym poglądem

Jako, że obecnie większość dyskursu nt. wartości koncentruje się na mowie, poniżej odróżniam wartość od osądzających i zideologizowanych poglądów.
Wartość jest dla mnie czymś, co przenika całe życie; konsekwentnie CAŁE życie. Nie oznacza to jednak monotematyczności i wpieprzania się z moralizmem w cudzy obiad. Tak czynią zapalczywi wegetarianie, ponieważ wegetarianizm et consortes jest jednym z surogatów moralności przejmowanych przez klasę średnią. Taki surogat to sztuczna wartość wywiedziona z teorii lub myślenia konceptualnego, koncepcja naładowana wściekłością. Uważam tak stworzoną wartość za fałszywą i szkodliwą. Co więcej, tak stworzona wartość jest środkiem do wyrażania niechęci pod szlachetnym płaszczykiem. Przydatne jest tutaj pojęcie resentymentu (urazy) wypracowane przez Maxa Schelera.

Trucizną [resentymentu] karmi się każdy sposób myślenia, który w samą tylko negację i krytykę wkłada twórczą siłę. Resentyment karmi wewnętrznie i ożywia ów ogólny typ myślenia, który dla części nowej filozofii stał się wprost "konstytutywny". Ten typ myślenia jako "dane" i "prawdziwe" przyjmuje owo nieopierające się krytyce i wątpieniu X, tak zwane Niepowątpiewalne, Niezaprzeczalne. (...) Wszędzie tam, gdzie droga, na której ludzie dochodzą do swoich przekonań, przestaje być bezpośrednim obcowaniem ze światem i samymi rzeczami, a własną opinię kształtuje dopiero podczas krytyki opinii innych osób i poprzez tę krytykę, tak że dążenie do tak zwanych kryteriów słuszności tych poglądów staje się najważniejszą sprawą myślącego, resentyment, którego pozornie pozytywne wartościowania i sądy stale są ukrytymi negacjami i dewaloryzacjami, stanowi niejako fluidum opływające proces myślenia. Zasada resentymentu brzmi: coś, jakieś A akceptuje się, ceni i wychwala nie ze względu na jego jakość, lecz w intencji - choć niewypowiedzianej - odrzucenia, zdeprecjonowania, zgadnienia czegoś innego, B. A jest "wygrywane" przeciw B. "


Wartość to nie koncepcja (nawet o najszlachetniejszej wymowie); leży ona znacznie głębiej i konstytuuje sposób wychodzenia naprzeciw światu /relating with the world/. Wartość nie wyznacza treści tego, co mówimy; przenika raczej sposób wyrażania się, nastraja częstotliwość /frequency/ naszej ekspresji. Dlatego też rozumiem prawdziwe wartości jako coś poznawczego; jako jakości, które można osadzić w swoim aparacie poznawczym. Klasycznie, są to tzw. cnoty /virtues/.

Zauważmy tu istotną różnicę: kiedy wartość "zamieszkuje" pogląd lub koncepcję, jednostka koncentruje się na obronie jej słuszności w mowie i działaniu.  Może to być ochrona życia poczętego czy wywyższenie narodu. Bronienie tak ukonstytuowanych wartości jest wyczerpujące dla psychiki i stwarza niezdrową ekscytację. Utożsamienie wartości z językowo zarysowanym poglądem automatycznie pociąga to za sobą niechęć do stronników, którzy posiadają (lub są oskarżani o posiadanie) pogląd przeciwny lub po prostu inny. Tak powstają wrogość, niechęć i podziały, które miały być uśmierzone przez konwencje wypracowane przez poprawność polityczną i reguły poprawnej konwersacji. Ale nie wyszło. Bardzo nie wyszło.

Jeżeli zaś wartość jest cnotą, uczymy się ekspresji tej cnoty poprzez mowę i działanie niezależnie od stanowiska, jakie zajmujemy.  Ekspresja cnoty zachodzi w zintegrowaniu wielu funkcji życiowych, a nie przez obronę poglądu, który wyznaczony jest granicami języka. Oznacza to na przykład, że mówimy coś zdecydowanym, mocnym głosem, ale jednocześnie utrzymujemy także empatyczne połączenie z rozmówcą. Wszystko to jest mądrością działania, która rafinuje się w praktyce. Dlatego, intelektualne dyskutowanie zasadności cnót mija się z celem; wyznacznikiem prawdziwości cnót jest biegłość w życiu: relacje z bliskimi ludźmi, swoim ciałem i zdrowiem, karierą zawodową i tak dalej.

The individual gyroscopes that enable the person to keep balance in a paradoxical world spin within the principled, knowleadgable self. Such people have strong ethical anchors of their own reasoned choosing, derived from many sources, but are not entrapped by rigid rules based on external dogma or mandates of authority.
- Ken wilber, Trump and a Post-Truth World

Jak wyczuwać zgodność działania z wartościami? Zarys  

Dalej, możemy wyczuć jak kultywować nasze wartości podczas codziennych sytuacji - kiedy nasze działanie je wzmacnia, a kiedy osłabia.  Zamiast w nieskończoność definiować wartości w teorii, odnajdujemy w sobie kompas, żyroskop, który jest subtelnym punktem odniesienia do naszych działań. Subtelnym, ponieważ nie da się go domknąć w koncepcji; nasze TAK i NIE mogą być mocne w ekspresji, natomiast wewnętrzna pewność zgodności działania z wartościami wykracza poza proste "tak i nie". Pewnych rzeczy nie da się wytłumaczyć, ponieważ tłumaczenie ich oddala od tego, co ma zostać wytłumaczone. Na tym polega prawdziwa trudność życia w zgodzie z wartościami - człowiek jest pomiędzy grawitacją impulsów i pożądań a pokusą domkniętych, wszystko-wyjaśniających ideologii. "Niepewność" wobec pewności oferowanej przez zawężające ideologie to po prostu uczciwość i wrażliwość. Wykształcenie w sobie "żyroskopu" wymaga wysiłku, drogi, o której nie ma słowa w żadnej popularnej ideologii, która mówi cokolwiek o wartościach (prawicy, lewicy, coachingowo-rozwojowych wynurzeniach, etc). Postaram się coś o tym napisać w następnych tekstach.


Poniżej podaję trzy przykładowe wartości, cnoty lub rezerwuary wartości:

1. Ucieleśnienie /Embodiment/ albo kontakt z ciałem
jest to odczuwalny kontakt z ciałem, aktualnym poziomem energii, dynamiką oddechu, napięciami mięśniowymi, bólem i reakcjami emocjonalnymi na słowa innych ludzi. Ucieleśnienie to poczucie bycia w ciele, które przekłada się na wyprostowaną, symetryczną postawę. Kiedy uda nam się nawiązać kontakt z ciałem, możemy nauczyć się komunikacji z nim, czyli odczytywania sygnałów, które z niego płyną. Sygnały te służą jako wskazówki do działania. Tzw. odcieleśnienie /disembodiment/ oznacza odcięcie od ciała i działanie wyłącznie z zamysłu, intelektualnej analizy, podejmowanie decyzji na bazie logicznej spójności. Człowiek odcieleśniony traktuje ciało jako niewolnika, którym zarządza rozum. Jeżeli chcesz dowiedzieć się, jak odzyskać i pogłębić kontakt z ciałem, zacznij TUTAJ.

2. Matryca mitologiczna 
mity - w odróżnieniu od ideologii czy wielkich narracji -  są cząstkowymi (a nie totalnymi) historiami, które mówią o jakimś aspekcie życia, działania czy doświadczania. Joseph Campbell przeanalizował mity z różnych kultur i udowodnił podobieństwo ich struktury, którą nazwał monomitem lub tzw. podróżą bohatera. W skład światowych mitów wchodzą historie religijne, plemienne, baśnie, pieśni i inne. S W mitach obecne są wzroce działania, myślenia lub postrzegania, które wkomponowane są w fabułę. Odzwierciedlają się one także w popkulturze. Zachodnią matrycą mitów jest Stary Testament. Jordan B. Peterson przeprowadził kompleksową interpretację mitów bibilijnych, dostosowaną do współczesnego życia. Linki poniżej. Prawdziwym fenomenem w tym temacie jest księga I Ching, która - jak twierdzi wielu badaczy - nie tylko zebrała wszystkie wzorce mityczne w całość, ale także wypracowała metodę losująca, która przystawia dany wzorzec mityczny do życiowej sytuacji.

3. Regularna praktyka 
poprzez praktykę rozumiem techniki, która nawiązują do głębszych, poznawczych warstw życia, a dzięki temu mogą je przeobrazić, a przede wszystkim pogłębić zdolność bezpośredniej (nieanalitycznej) obserwacji emocji, odczuć, percepcji (apercepcji), myśli, kondycji ciała, wymiany komunikatów w relacji międzyludzkiej. Przykłady takiej praktyki to modlitwa, kontemplacja, medytacja, ćwiczenia somatyczne (patrz wyżej), ćwiczenia oddechowe i wiele innych. Aby uniknąć syndromu duchowego konsumpcjonizmu, należy zainwestować czas i środki w wybraną technikę, eksplorować ją przy pomocy specjalisty, najlepiej w ramach jakiejś grupy. Współcześnie istnieje mnóstwo grup, technik i nauczycieli, które można sprawdzić. Trzeba to jednak robić z odpowiedzialnością i zaangażowaniem, inaczej proces po prostu nie zadziała.


Inne wartości, które można ćwiczyć w działaniu, to:
- długotrwałe skupienie na jednej czynności i eliminowanie rozproszeń (patrz Cal Newport: Deep Work)
- codzienne robienie wybranych rzeczy, szczególnie jeżeli budzą one zaangażowanie
- codzienne utrzymywanie porządku w otoczeniu (w pokoju, na pulpicie i w planie dnia)
- regularne cykle snu i czuwania, niezależnie od okoliczności



ŹRÓDŁA I ODNIESIENIA: